Janusz Gryz - W sklepie osiedlowym

Nazajutrz wyjeżdżałem za granicę i trzeba było się pożegnać. Nie doceniłem możliwości moich kolegów i jak zwykle zabrakło alkoholu. Był ciepły sierpniowy wieczór z lekkim pachnącym miastem wiatrem, znad morza. Przed otwartymi drzwiami osiedlowego sklepu, przy śmietniczce stała dziewczyna i paliła papierosa, zaciągała się nim głęboko, chciwie, pośpiesznie. Tak palą starzy palacze stojący na krawędzi życia, nad grobem. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia trzy lata. Szare krótko obcięte włosy wokół urodziwej twarzy z mięsistymi wargami, szara luźna sukienka do kolan. Intrygujący brak dbałości o wygląd zewnętrzny, żadnego łańcuszka, pierścionka, kolczyka czy bransoletki, żadnego makijażu czy tatuażu, żadnych perfum i tylko jeden zbytek – zielono pomalowane przycięte przy skórze paznokcie. Zobaczywszy nas zamierzała zgasić papierosa, ale ją powstrzymaliśmy mówiąc, że nam się nie spieszy, mamy czas. I znów głębokie, chciwe pociągnięcia wypełniające całe płuca, jakby ratujące życie.

Ulica, przy której mieścił się sklep była jeszcze do niedawna jedną z głównych arterii komunikacyjnych miasta, przejeżdżały tędy dziennie tysiące samochodów i ten ogromny ruch przekładał się na całkiem pokaźny zysk. Ale rok temu otwarto omijającą osiedle wygodną wielopasmową drogę i sklep podupadł. Poprzedni dzierżawca po kilku miesiącach zrezygnował i dziewczyna zgodziła się go poprowadzić pod warunkiem, że właściciel znacznie obniży czynsz. Dogadali się. I oto sama jedna od szóstej do dwudziestej drugiej krząta się po dwóch dużych wymalowanych na biało pomieszczeniach zastawionych chaotycznie, luźno regałami i przypominających raczej hurtownię niż sklep. Dwa niewielkie okna zmuszają do całodziennego palenia jarzeniówek, których zimne fioletowe światło nadaje skórze martwy, trupi wygląd. Przechodzimy pomiędzy regałami poszukując napojów, a ona tkwi za ladą przy kasie widoczna w pozbawionej drzwi arkadzie, wydaje się ospała, przemęczona, wolno opadają powieki na jej podłużne matowozielone oczy. Sięga za siebie i z górnej półki podaje nam dwie butelki jarzębiaku. Podczas płacenia rozmawiamy o cenach, ciągle rosnących, o nowej właśnie wprowadzonej 15-procentowej akcyzie na alkohol. Nasze słowa wydają się docierać do niej ze zniekształconym opóźnieniem, jej odpowiedzi są nieskładne, zbaczają z tematu, co czyni wrażenie, że niezupełnie ściśle dopasowana jest do rzeczywistości. Przypisujemy to zmęczeniu wywołanemu ogłupiającą wielogodzinną pracą, nieustannymi pełnymi niepokoju myślami, czy starczy na zapłacenie hurtownikom, na czynsz. Dziewczyna wydaje resztę i mówi z trudem patrząc na nas bez mrugnięcia szeroko otwartymi oczami pełnymi zdziwienia jak po przebudzeniu.
- Wypożyczyłam z biblioteki jedną książkę i tam pisze, że wszystkie wojny są z powodu pieniędzy. Każdy, kto tą książkę wypożycza, musi wypełnić ankietę, podając swoje nazwisko, zawód, adres, ale ja tego nie zrobiłam.
Skryty, trudno widoczny uśmiech unosi kąciki jej pełnych, świeżych ust, dziewczęce pensjonarskie palce z uczniowskimi paznokciami machinalnie wysuwają i wsuwają pełną przegródek ebonitową szufladkę kasy. Z plastikowej plakietki zawieszonej na jej lewej ledwo wybrzuszającej sukienkę piersi odczytuję imię i spoglądając na opuszczoną skromnie w dół twarz osłoniętą równo przyciętą grzywką, okoloną szarymi krótkimi włosami, taką ufnie bezbronną – kobiety nigdy nie są tak silne, jak kiedy uzbrajają się słabością, taką dziecinną mówię żartobliwie.
- A ja uważam, pani Heleno, że wszystkie wojny są z powodu kobiet, weźmy chociażby wojnę trojańską.
Dziewczyna podnosi głowę i wybucha niegłośnym, chichotliwym śmiechem, w jej rozjaśnionych, błyszczących oczach, tańczą zielone iskierki, a ja nagle stwierdzam, że jest niepospolicie ładna. Ileż wdzięku w tym lekko zadartym piegowatym nosku, w długich złocistych rzęsach, w zarumienionych policzkach, jak powabne nagie do łokcia okrągłe ręce. Ile niezamierzonej, ujmującej kokieterii w tej szarej sukience tak miło koliście wyciętej wokół szyi.
I mówię dalej siląc się na powagę, która ją śmieszy
- I niewykluczone, że przez panią wybuchnie kolejna wojna.
- Czyżby tak – opowiada przeciągając dłonią czoło i poważniejąc – ależ ja nie mam zazdrosnego męża, a zresztą któżby tam chciał mnie porywać.
- „Przód, niźli zdamy samym sobie o niej sprawę, serce nasze staje się niewolnikiem miłości na wieki" – mówię cicho pochyliwszy się ku niej, żeby nie słyszeli moi kompani, którzy już się spieszą tłoczą w drzwiach, pokrzykują, poszturchują i oglądają się za mną. Patrzę w jej znieruchomiałe szmaragdowe oczy i lekko kładę dłoń na leżącej na ladzie ręce. Opuszcza powieki i widzę, jak drżą jej rzęsy, jak ciemny rumieniec wstępuje na policzki. Próbuję wysunąć palce spod mojej dłoni, ale przyciskam je.
- Niech pan idzie – zniża głos do szeptu, ale mówi bez przekonania, tak jakby chciała, żebym został i już nie usiłuje uwolnić ręki – koledzy czekają.
Po powrocie zza granicy, gdzie doznałem szczególnej nudy i uciążliwości, poszedłem do sklepu. Powitał nie napisem na szybach: Do wynajęcia. W środku pusto, gołe ściany, żadnych regałów, lady, podłoga zasłana gazetami, brudnymi obdartymi serpentynami taśm klejących, w kącie kilka krzywo ustawionych jeden na drugim szarych kartonów. A dziewczyna, jak się dowiedziałem, została tancerką, w położonym tuż nad plażą, nieopodal mola ekskluzywnym klubie nocnym „Koń Trojański".
 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież