• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Z archiwum

    Jan Burakowski - Kup pan cegłę!

    W połowie lat 50-tych XX wieku w PRL-u narastał problem chuligaństwa. Nie było dnia, by gazety i radio nie informowały o ekscesach i rozbojach – pobiciach przyzwoitych obywateli, odarciu przechodniów z palt lub pierścionków, bójkach między młodzieżowymi bandami (słowo „gang” nie było jeszcze w powszechnym użyciu). Samotne spacery wieczorem po marnie oświetlonych bocznych uliczkach miast były bardzo ryzykowne.

    Edmund Pietryk - Requiem

    Był poetą najdelikatniejszym z delikatnych, najcichszym z najcichszych. Kręciło się wokół niego sporo wielbicieli, ale trudno było sobie wyobrazić równie samotnego człowieka na świecie. Miewał przypływy schizofrenii, ale również jak on łagodne. Był najbliższym przyjacielem Stachury, który, gdy żył, zabiegał o druk jego wierszy, bo sam Witek był tak życiowo niezaradny, że nie był w stanie szukać sobie miejsca w środowiskowych układach.
    A przy tym był na swój sposób szczęśliwy, szczęściem bezbronnego dziecka, które wciąż nie może zrozumieć okrucieństwa tego najlepszego ze światów. Przez całe dorosłe życie mieszkał z matką i właściwie nie bardzo było wiadomo, kto kim bardziej się opiekował. Matka była poetką, która nie napisała w życiu ani jednego wiersza – jej skończonym dziełem poetyckim był Witek. Byli sobie potrzebni, wręcz niezbędni, rozumieli się bez słów.
    Witek miał swoich wyznawców – jeden z nich nazywał go czyśćcowym poetą, a przecież tak naprawdę był on poetą nieba na ziemi, która bywa najprawdziwszym piekłem. Stachura popełnił samobójstwo i w jakiś sposób osierocił Witka, ale wciąż od prawdziwego sieroctwa strzegła go matka. Z mostu skoczył jego przyjaciel Andrzej – spadł na betonowe nabrzeże, zginął na miejscu, ale wciąż trwała przy nim matka. Innych kobiet nie było w jego życiu. Odstraszały je jego bezbronność, niezaradność, lewitowanie w innej, niezrozumiałej dla nich rzeczywistości. I nie starały się go zdobyć nawet te fanatycznie zakochane w jego poezji.