• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Z archiwum

    Katarzyna i Jerzy Samusikowie - Pałacyk Szwykowskich i Piłsudskich w Czabiszkach

    Na prawym brzegu Wilii, w miejscu, gdzie wpada do niej rzeczka Mussa, leżą Czabiszki (lit. Čiobiškis), niewielka miejscowość, w której zachował się klasycystyczny pałacyk. Zbudowano go w 1794 roku według projektu wileńskiego architekta, Wawrzyńca Gucewicza, dla ówczesnego właściciela Czabiszek, Stefana Szwykowskiego, skarbnika powiatu trockiego.

    W rozległym parku, wśród starych drzew stanął na planie wydłużonego prostokąta budynek parterowy, trzynastoosiowy, pokryty dachem gładkim, dwuspadowym. W części centralnej znalazł się od frontu trzyosiowy, dwukondygnacyjny ryzalit, z dwoma doryckimi półkolumnami w wielkim porządku i dwoma pilastrami na  narożach. Podpierały one belkowanie zawierające szeroki fryz z tryglifami. Całość wieńczył ogzymsowany, trójkątny przyczółek z okulusem pośrodku. Podobny ryzalit zdobił elewację ogrodową, ale w nim, między półkolumnami, znalazł się na piętrze mały balkon otoczony żeliwną balustradą. Części parterowe, o narożach boniowanych, posiadały w każdej elewacji po pięć dużych prostokątnych okien, podzielonych na osiem kwater. Ponad nimi biegł fryz z tryglifami oraz kroksztynowy gzyms. Szerokie, pięcioosiowe elewacje boczne zamykały trójkątne szczyty, otoczone także gzymsem kroksztynowym. Znajdowały się w nich duże, półokrągłe okna pośrodku, a po bokach – dwa małe okulusy. W późniejszym okresie do elewacji bocznej prawego skrzydła dobudowano drewnianą, przeszkloną werandę, a jeszcze później, w czasach już nam współczesnych dostawiono do lewego skrzydła szpecącą pałac przybudówkę. Jednocześnie z budową pałacu wzniesiono dwa duże budynki, zaprojektowane prawdopodobnie również przez Wawrzyńca Gucewicza, o czym świadczyć może ich klasycystyczny styl. Jeden z nich pełnił rolę oficyny, w drugim mieściły się stajnie.

    Wojciech Czaplewski - DZIEWIĄTE PIĘTRO

    Jak wszystkie inne, również ta podróż okazała się pielgrzymką. Melancholijni aniołowie zrobieni z oczu patrzących uważnie ćwiczą przed lustrami powitalne gesty, skrzydlate drabiny odlatują z trudem jak ociężałe komarnice, a dziewczynka, która go tu przyprowadziła, znika w srebrnej bombce z wirującej skakanki.
    Kajetan roni łzę. Nie spodziewał się, że to będzie aż tak. Jak nagły ból przeszywa go myśl, że świetlistym trójkołowym rowerku, co wprawia w ruch słońce i gwiazdy.