Janusz Gryz - W Shotton

Zszedłem wąską, ruchliwą ulicą w podmuchach marcowego, oceanicznego wiatru do Shotton. Niebo było czyste i połyskiwało błękitnie w zimnym i jaskrawym słońcu, zawieszonym nad kominami fabryk za rzeką Dee. Przeszedłem obok obelisku pomnika, gdzie w chwale wśród stosów amarantowych wieńców i dziesiątek drewnianych dziecinnych krzyżyków powtykanych w otoczoną  niskim kamiennym murkiem wilgotną, rozpulchnioną ziemię spoczywali walijscy żołnierze. Przenikliwie pachniało tu wykluwającą się z ziemi trawą i samą ziemią. Minąłem żółty od narcyzów skwerek z kolistą alejką i dwiema ławkami w objęciach jakichś krzewów o czerwonych jagodach. Przekraczałem ostrożnie lewą stroną wąskie boczne uliczki, które niby strumyki wpadały w rwący, pośpieszny nurt głównej, toczącej swe samochodowe fale wśród parterowych, co najwyżej jednopiętrowych brzegów – ceglanych budyneczków z epoki wiktoriańskiej. Na fasadach tych odpowiadających ludzkiemu wzrostowi budowli naprzyczepianych było mnóstwo różnej wielkości kolorowych szyldów o handlowym charakterze. Okrągły, podobny do dworcowego zegar, umocowany nad chodnikiem tuż nad głowami idących po przeciwległej stronie ulicy, wskazywał dziesięć po drugiej.
Kiedy patrzyłem na te ulice, coś mnie niepokoiło, coś nie pasowało do odciśniętego w podświadomości wzoru i dopiero gdy zszedłem na sam dół, do centrum, odkryłem przyczynę tego niepokoju. Ulice te pozbawione były drzew. Tylko na skwerze czarne, powykręcane gałęzie drzewek podświetlonych od dołu żółtym światłem narcyzów tak już przyjemnie, wesoło, po wiosennemu rysowały się na tle zmurszałej ściany nierównego kamiennego muru i przy pomniku za niewielkim, wyłożonym chodnikowymi płytami placykiem, na którym zapewne przy marszowym, żałobnym dźwięku werbli odbywały się corocznie capstrzyki weteranów, stało kilka pociemniałych, siwych od kurzu świerków. Nie było też bezpańskich psów i kotów. Ludzie szli niespiesznie, ale ciągle, jakby czas miał dla nich konsystencję gumy, był rozciągliwy. I miałem wrażenie, że nigdy oni nie wiedzieli i nie dowiedzą się, co to lenistwo, nuda, smutek, nieokreślone pragnienie szczęścia.
Niespodziewanie zza budyneczków za moimi plecami wypłynęła szaropopielata chmura, granatowoołowiana w środku, przesłoniła słońce i zrobiło się nagle mrocznie, prawie ponuro. Ale nie na długo, bo po chwili z chmury posypał się z suchym szelestem grad. Gruba biała sieć zakryła ulicę, zapachniało świeżością i chłodem zimowego dnia. Białe kuleczki radośnie, świątecznie podskakiwały na chodniku, odbijały się od czarnych, metalowych poręczy oddzielających chodnik od jezdni, bębniły po blaszanych karoseriach samochodów. Umknąłem przed nimi, chwytając klamkę najbliższych drzwi. Okazało się, że był to charity shop. Stuletnie staruszki, przezroczyste i śnieżnowłose sobowtóry swoich cieni, okrążyły mnie jak inwalidzkie wózki na swych wojłokowych podeszwach, uśmiechały się życzliwie i przepraszająco, zachwycone moją niezapowiedzianą wizytą. Pokrążyłem wokół tego rumowiska, podotykałem fajansowych dzwoneczków i pożółkłych puzderek, czując na plecach ukradkowe spojrzenia tych mimowolnych gospodyń, postałem chwilę na zapleczu i wyszedłem.
Chmury już nie było. Nad zielonym, żelaznym wiaduktem kolejowym, przerzuconym nad ulicą, niebo jaśnieje błękitnie, czysto. Łopocze zawieszona wysoko na maszcie przed hotelem, ozdobiona czerwonym smokiem biało-zielona flaga Walii, trzaskają i wydymają się markizy, nagłe podmuchy zimnego, przenikliwego wiatru rozwiewają włosy uczennic w białych bluzkach i granatowych mundurkach z wyhaftowanym na piersi konikiem morskim – herbem szkoły. Białe kuleczki gradu, zdmuchnięte wiatrem pod ściany i ławkę przystanku autobusowego, tają szybko, tworząc niewielkie, sine kałuże.
Nie przeszedłem daleko. Nie wiadomo skąd, bo nie widać żadnej chmury, zaczyna nagle padać drobny, rzęsisty deszcz i znowu wskakuję w pierwsze drzwi, i znowu charity shop.  Po lewej stronie pod ścianą za prowizoryczna ladą zestawioną z jasno okleinowanych szafek wsparta na łokciach dziewczyna kartkuje czasopismo. Jej szczupła, zwężająca się ku dołowi w spiczastą brodę, pospolita, ostro pomalowana twarz zdumiewająco pasuje do tej przestronnej, zastawionej używanymi sofami zakurzonej graciarni, gdzie na ścianach wiszą sentymentalne obrazki, na regałach, na półkach od podłogi do niskiego, pokrytego rdzawymi zaciekami sufitu stoją w przypadkowym porządku płyty, kasety, książki, lalki, zabawki, dziesiątki najróżniejszych bibelotów, które biedni ludzie gromadzą latami, zapełniają nimi swoje wytapetowane w różowe kwiatki ciasne mieszkania, a które po ich śmierci trafiają tu, do tej bezpańskiej, anonimowej przechowalni.
Krążę wśród sof, udając zainteresowanie, przeglądam atlasy i albumy, wdycham zapach staroci pomieszany z wonią tanich perfum, od niechcenia szukam czegoś, sam nie wiedząc czego. I znajduje. Na filarze obstawionym wiszącymi szafkami, za bukietami jaskrawych sztucznych kwiatów, wetkniętymi w tanią replikę chińskiej wazy, dostrzegam ładnie oprawioną akwarelę. To reprodukcja pracy dziewiętnastowiecznej lokalnej malarki przedstawiająca uliczkę Chester o zmierzchu u końca pracowitego dnia. Podoba mi się na tyle, że postanawiam  ją kupić. Podchodzę do „marszandki", a ona rozciąga w uśmiechu swoje fioletowe usta, trzepoce sztucznymi rzęsami i zalewa mnie strumieniem angielskich słów zupełnie dla mnie niezrozumiałych. Przewidując jednak podobną okoliczność nauczyłem się jednego zdania, które trzymam w gotowości i powtarzam często w myślach, aby nie zapomnieć. I teraz z udawaną naturalnością mówię:
- Sorry, I don’t speak English.
Dziewczyna macha ręką, jej piwne ze złotymi iskierkami oczy śmieją się wesoło.
- Ok, no problem.
Na ulicy zupełna wiosna. Deszcz przestał padać, wiatr prawie ustał i wszędzie lśnią, połyskują błękitne kałuże, iskrzą się krople wody. Paruje przysychający asfalt, rześko, odmładzająco pachnie wilgotne, przesycone słońcem powietrze. Migając niebiesko szybami wagonów, w przęsłach wiaduktu potoczył się z dudnieniem, nabierając szybkości, krótki pociąg do Wrexham. W żwawy zgiełk ulicy, w pospiesznie zamierający turkot oddalającego się pociągu, w pokrzykiwania robotników na rusztowaniu wmieszało się dalekie, monotonne, uparte buczenie samolotu. Połyskującą w słońcu srebrną igłą fastrygował on białe, strzępiaste obłoczki, przeszywał je i parł wytrwale ku następnym, na wschód. Pomyślałem o Polsce.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież