Janusz Gryz - Tatuaż

Wysoki postawny emigrant z Płocka, monarchista, zwolennik intronizowania Jezusa na króla Polski, jeszcze kawaler i nieskory do żeniaczki, jeżdżący wózkiem widłowym w fabryce poligraficznej wciąż i wciąż przegląda internet w poszukiwaniu studia tatuażu, które zrealizuje jego namiętne marzenie: wytatuuje mu na plecach trzech szarżujących husarzy. Zamówienie jest trudne, koszty wysokie, ale on jest zdecydowany pracować na overtime’ach i zarobić potrzebne pieniądze. Nic tylko od rana – w tym tygodniu na nocki – koresponduje: wysyła maile i wciąż ze mną o tym próbuje rozmawiać, radzić się. A ja przecież nie mam zielonego pojęcia o tatuażu, a tym bardziej nie mogę pojąć, jak można czymś takim na całe życie „przyozdobić” sobie ciało.

Wreszcie któregoś ranka przychodzi do mnie z rozjaśnioną twarzą i zacierając ręce oznajmia, że znalazł wykonawcę w Warszawie. Koszt: dziesięć, dwanaście sesji - po 1200 zł każda – między sesjami przerwa na gojenie minimum trzy tygodnie – no i koszt każdorazowego przelotu z UK do Warszawy i z powrotem. Widząc moje zdumienie graniczące z przerażeniem śmieje się, odchodzi i słyszę jak zbiegając ze schodów gromko, radośnie wyśpiewuje: „Trzymaj się Polaku z daleka od rodaków”, a mnie przypomina się trzecia prawda z kodeksu Rodła: „Polak Polakowi bratem”. Sekret pokolenia, przed którym mój intelekt kapituluje.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież