Rafał Jaworski - Zaszczyt interpretacji

Kojarzenie duchowości i kulturowego miejsca Tomasza Mertona z twórczością i poglądami Ezry Pounda wydaje się mnie samemu niedorzeczne. Ale chcę się zmierzyć,  „mocą” mych intuicji, z wezbraną wodą  poetyk i celów rewelatora z początku XX wieku i połączyć ją z żarem rozmaitych spuścizn mistycznych, które przedkłada nam Thomas Merton. Poeta trapista pisze w wierszu pełnym akceptacji dla ascetycznego ogołocenia (kenozy), o trakcie prowadzącym do prawdziwego, osobowego zjednoczenia z Bogiem:

„Dam Ci wszystko, czego pragniesz.
Poprowadzę Cię w samotność.
Poprowadzę Cię drogą,
której nie potrafisz absolutnie zrozumieć,
bo chcę, żeby to była droga najkrótsza.
Wszystko, co Cię dotknie, będzie Cię palić z bólu,
będziesz cofał Twoją rękę,
aż oddalisz się od wszystkich rzeczy stworzonych.
Wtedy znajdziesz się zupełnie sam.
Nie pytaj: kiedy, ani gdzie,
ani jak to się stanie.
Czy na jakiejś górze,
czy w więzieniu,
czy na pustyni,
czy w obozie koncentracyjnym,
czy w szpitalu,
czy też w Getsemani.
To nie ma znaczenia.
Nie pytaj mnie więc,
bo Ci i tak nie odpowiem.
Nie będziesz wiedział,
dopóki się tam nie znajdziesz.
Zakosztujesz prawdziwej samotności,
mojej męki i mojego ubóstwa:
poprowadzę Cię na wyżyny mojej radości.
Umrzesz we mnie
i odnajdziesz wszystkie rzeczy
w głębi mojego Miłosierdzia,
które stworzyło Cię w tym celu...”

Tekst wiersza jest niesamowicie „twardy”;  faktycznie brutalny, wręcz pogardliwy wobec zwykłego zjadacza aktów wiary w Boga Ojca, Chrystusa i Ducha Świętego, który wierzy, że jego Parafia to przedsionek raju wspólnoty wspólnot, czy poddaje się innym dewocyjnie łatwym wyobrażeniom. Ten tekst jest pełen wyższości, jawnie akcentowanej wiedzy, że się wie to, co najważniejsze, a pozornie doskonale zakryte, emituje też wczesnochrześcijańskie odkrycie, że rzeczy widzialne są obrazem rzeczy niewidzialnych i zna się metodę prowadzącą do ich ujrzenia. Można odczuć, że autor poetyckiego tekstu  jest uczciwy, daje przykład, potwierdza realne istnienie „czegoś”, co  niepoznawalne rozumem, a jednak osiągalne realnie.

Tak też, choć często w innym sensie, bardziej przylegającym do literackiej stajni niż niuansów mistyki, pisał Ezra Pound.  Co charakterystyczne, zmarł w dzień Wszystkich Świętych 1972 r. i jego ciało zostało pochowane na weneckiej wyspie Isola di San Michele obok Josifa Brodskiego. Obaj poeci wielbili miasto kanałów, mnogich gondoli i mostów, miasto kryjące swe skarby i włoski gotyk w zaciszu laguny, dawne  miasto-państwo błyszczące jeszcze pychą i siłą, nasycone wyrafinowanymi dziełami sztuki. Pokracznie napisałem, niezgodnie z chronologią, ale i zapewne z hierarchią dokonań: - to Brodski spoczął obok Pounda. I jest to właściwy zapis. Trzeba jednak powiedzieć, że poeta imagista, wortycysta, który swoimi teoriami i praktykami „metody ideograficznej” przewietrzył zmurszałą poezję anglosaską początku XX-ego wieku, swoje niespotykanie bujne życie, pełne niesamowitych zwrotów,  przegrał na sposób pospolitego odczuwania, to z pewnością je wygrywa w linearnym czasie, wobec uhonorowanej, sprawnej technicznie, pełnej wrażliwości i urokliwej poezji Brodskiego. Poeta amerykański, a z pokrewieństw  anglo-italiańsko-konfucjański, okresowy antysemita, faszystowski propagandzista i jakże odmienny poeta, rosyjski Żyd, przymusowy emigrant z „lepszego” („lepszego” w urojeniu koszmaru „dyktatury proletariatu”), do Wolnego Świata, leżą obok siebie, a właściwie obok siebie spoczywają ich tułacze, ziemskie szczątki.  Spoczywają w harmonii, którą dyktuje śmierć. Paradoks historii i meandrów ludzkich losów. Pound budził szacunek swymi dokonaniami. Nawet w okresie panów spod znaku sierpa i młota, w czwartym numerze miesięcznika „Poezja” z roku 1973 ukazała się w PRL-u pochlebczo-promocyjna notka autorstwa Ewy Życieńskiej i parę wierszy zmarłego pisarza.

Wracając do głównego tematu tego tekstu, trzeba przytoczyć chwalebną cechę charakteru, która łączy Mertona z Poundem. To niesamowita życzliwość dla innych ludzi, dla spotykanych twórców, dla ich ekspresji; to  uparte szukanie powinowactw i inspiracji. Obydwojgu obcy był solipsyzm, nie byli egocentrykami, co jest nagminną cechą artystów, a przede wszystkim  artystycznych celebrytów. Interesowali się osobami i szukali z nimi kontaktu. Świadczą o tym takie autorytety, literackie i moralne, jak Hemingway i Eliot w przypadku Pounda, a Czesław Miłosz w odniesieniu do T. Mertona, co jasno można wnioskować z tekstów ich dziesięcioletniej korespondencji, którą zainicjował mnich-trapista po lekturze „Zniewolonego umysłu”. Merton był zdrowo tolerancyjny, nie przeszkadzało mu dość prowokacyjne akcentowanie przez Miłosza jego krypto-katolicyzmu (tak wynika z opublikowanej przez „Znak” w roku 1991 korespondencji między obu Poetami).

Poeta imagista tak zaczyna „Canto I”, które otwiera wielki cykl jego dojrzałej twórczości,  pełnej sprzeczności formalnych i ideowych:

„A potem zeszli w dół ku statkowi,
Kilem wprost w bałwany…
(…)
Dotarliśmy wreszcie do granic najgłębszych wód,
Do Ziem kimeryjskich i ludnych miast
Nakrytych gęsto utkaną mgłą nigdy nie przebitą
Blaskiem promieni słonecznych.
Nie rozjarzona gwiazdami, lub choćby patrząca z niebios,
Noc najśniadsza rozciągała się nad nędzę tych ludzi. (…)”

Oczywiście, Poundowi zapewne nie chodziło tu o nędzę materialną, akcentuje ciemność wewnętrzną tej krainy i jej mieszkańców. Ziemia kimeryjska w legendach-mitach Greków  przylega do Hadesu, co jest symbolem ostatecznego schodzenia w dół i na zawsze. Ten fragment „Pieśni I”  jest parafrazą cząstki wędrówki  Odysa. I to właśnie wędrowanie ku prawdzie, szukanie swego miejsca w świecie,  błądzenie niemal po omacku jest podstawową fascynacją i wewnętrzna motywacją Pounda. Z tej fascynacji wynika pożądanie drogi do kresu ludzkich możliwości, do kulturowych początków cywilizacji, do jej rozszyfrowania werbalnego i zespolenia się z  jej jądrem mitycznym. Jest w tym dążeniu wątek mistyczny, przejaw tej konieczności działania, która generuje  powinowactwo z zakonnikiem z Ameryki. Zauważmy, że ta noc była „najśniadsza”, co daje nadzieję, że może mieć wiele wspólnego z np. oczyszczającą „ciemną nocą zmysłów” św. Jana od Krzyża, który tak fascynował Ojca Ludwika. Być może bluźnię, ale bluźnierstwo daje asumpt do myślenia i do ozdrowieńczej pokuty. Na te moje słowa odpowiem strofami T. Mertona, które mogę określić jako retorsje czy refutacje:

„(…) To co mówimy, przeciw nam się zwraca
Kreśląc grzechów imiona na kości i ciele
Gdy płoną światła twarde jak diamenty,
A myśli nasze wrogowi sprzedają nas w jasyr
Kreśląc grzechów imiona na surowym szpiku
Gdy płoną światła ostre jak szkło. (…)
Logika nas zmiażdżyła,
Teorematy obrzuciły nas swoim błazeństwem,
Ekonomia nie dała nam nic oprócz mieczy
I cała krew wypłynęła nam z żył:
Jakże podobna do śmierci jest nasza modlitwa !
Kłamiąc usłużnie skaczemy przed nieznanym Zbawcą,
Który nie może się zbudzić w czujnie strzeżonym grobie... (…)”

Można też powiedzieć, że jest w tym poetyckim tekście zawarta jakaś dawka sceptycyzmu, pyrronizmu sprzed wieków i owocującym obecnie kwestionowaniem pozytywnych tez w wymiarze filozoficznym, teologicznym, socjologicznym. Rozprawka „Contra uczonym” Sextusa Empiryka z III wieku po Chr.  przypomina o konieczności dystansu do urojeń wiedzy, nawet wiedzy niepodważalnie ważnej.

Konieczność pokonywania trudnej drogi łączy te sprzeczne osobowości. Dlatego jest to jedna z przesłanek, które usprawiedliwiają moje intuicje. To nie tylko „Odyseja”, Homer, Owidiusz byli dla Pounda akcjonariuszami brukowania traktów walki o prawdę  cywilizacyjną i absolutną. Przecież spory wkład w kapitał jego myśli i utworów mają toskańscy i prowansalscy piewcy dwornej miłości, a także japońscy twórcy haiku i chiński konfucjanizm. Ale największym intelektualnym i wizjonerskim „inwestorem” przyciągającym kapitał dla rozwoju myśli i twórczości Pounda był  Dante Alighieri. Zaproponował i zrealizował w swym dziele całościową wizję świata. A ponieważ była rdzennie chrześcijańska, to przybliża autora „Romańskiego ducha” do autora  „Znaku Jonasza”.  Merton, jako katolicki kapłan, chciał wnikać w duchowość Wschodu, łączyć ją w podobieństwach z doświadczeniami Zachodu,  szukał inspiracji w technikach kontemplacji i przecież to jego śmierć w Bangkoku zakończyła karkołomną misję połączenia rdzeni metafizycznych doznań z innych wyznań, z przeciwstawnych  kręgów pojmowania łączności z bóstwem, bardziej bezosobowych, pojmujących osobowość jako źródło cierpienia, od której trzeba się uwolnić w akcie np. nirwany czy stanu satori. Studiował też buddyzm, hinduizm, taoizm, sufizm czy wspomniany wyżej zen. Duchowa „wielokulturowość”.

Ezra był niewątpliwie „poetą uczonym”. Obca była mu tzw. „poezja czysta”, wolna od odniesień kulturowych, filozoficznych, społecznych i nawet ekonomicznych. „Uczoność” Thomasa Mertona też nie wzbudza żadnych wątpliwości. Jego wierszei rozprawki wynikają w przeważającej mierze z wnikania w sens lektur, które mówią o głębokiej duchowości i schodzeniu wzwyż. Tak, schodzeniu wzwyż. Przypisanie obu poetem terminu „Poeta doctus” nie powinno w nikim wzbudzać wątpliwości. Poundowi też bliski był daleki Wschód, japońskie haiku, Konfucjusz, którego był wielbicielem jak świadczy genialne „Canto XIII”, którego przytoczę bardzo nieznaczny fragment:

(…) I Kung podał słowa „ład”
I „poważanie braterskie”
I nic nie rzekł o życiu po śmierci.
I tak mówił:
„Każdy może wpaść w przesadę,
Łatwo jest strzelić obok celu,
Trudno stać pośrodku niewzruszenie” (…)

Ezra Pound zaznał krańcowej samotności pokonanego, kiedy przez 25 dni roku 1945 obwożono go w metalowej klatce i pokazywano w Pizie włoskiej gawiedzi. Ezra mylił się jak nie mylił się Merton. Może nie jest to bliskość, ale krańcowa opozycyjność znajdują na ogół wspólne źródło, tak jak bliżej nienawiści do miłości, niż obojętności, na podstawie złotego środka, do stanów uczuciowych uprzednio wymienionych.

Czy fascynację poezją „Roman de Geste”, amerykańskiego poety można spokrewnić z heroicznym mistycyzmem trapisty z Kentucky? Trzeba, w tym kontekście, koniecznie przytoczyć cytat z trubadura, Aimerica de Bellanoi, którego  przywołuje Pound:

„Żaden człek nie potrafi całkowicie spełnić tego, co ma w sercu,
Kiedy tylko coś jest powiedziane lub zrobione, wydaje się rzeczą małą.”
Dalej, było już tradycyjnie, jak w tamtej epoce o idealizowanej, ukochanej rycerza-pieśniarza:
„(…) przysięgam tej, która jest memu sercu najdroższa,
Że ktoś kocha ją bardziej
I że jak sądzę, kocham ją tylko trochę.”

Ten tekst autorstwa „gitarzysty” z XII-ego wieku De Bellanoi, cytuje wielki obywatel miasta Medyceuszy i wygnaniec z ukochanej Florencji, który w swej „Komedii” zawarł całościową wizję świata i historii; a po kilku wiekach strofy trubadura przywołuje Ezra Pound, czyli jest to tekst niezwykle ważny, przetrwał w pamięci pokoleń, szczątkowo wprawdzie, ale jednak. Dlaczego te wersety są fundamentalne, choć w ogóle nie mają znaczenia w wymiarze społeczności, nie istnieją w realnej świadomości konsumentów tradycji i przeszłej kultury? Wydaje się to dość proste. W pierwszym fragmencie niezwykle trafnie została opisana kondycja człowieka. Te dwie linijki w sposób zasadniczy wyprzedzają myśl francuskiego filozofa Maurice Blondela, który udowadnia, że ludzkie chcenie zawsze stawia na nieskończenie więcej niż człowiek faktycznie „chce”. To prowadzi do rekapitulacji, że „niespokojne jest moje serce, dopóki nie spocznie w Tobie, Panie”. To św. Augustyn ze swoich „Wyznań”. Ten „trakt kocich łbów” straszy i w końcu boli niewygodą takiej podróży, którą nasza współczesność określi jako utopijną i psychotyczną. Ale trakt wymagający krańcowej samotności, wynikający z dążenia po kresu, łączy Pounda z Mertonem, wiąże ich odległa droga, dążenie do „czegoś więcej”, do stanu czystej wiedzy, która nie musi być racjonalna, ale powinna sięgać w „coś”, czego nie da się określić w językowych domenach logiki i trzeba sięgać po alegorie, symbole, konteksty, figury stylistyczne poetyckiej retoryki.

Natomiast drugi przytoczony fragment z Pieśni De Bellanoi mówi o niesłychanej pokorze miłości, pokorze wręcz mistycznej, kiedy własna osoba schodzi na plan dalszy, bo ustępuje „czemuś większemu”, sile większego uczucia do wielbionej Osoby, która może być figurą jakiegoś urojonego bóstwa, a może i poziom wyżej.

Merton tak jak Pound nie stroni od interpretacji, o nią walczy swoimi rozległymi studiami. Ten drugi pisze „Funkcja interpretacyjna to  najwyższy zaszczyt sztuki. Z tego powodu uznajemy, że swego rodzaju hipernaukowa precyzja jest kamieniem probierczym i kryterium siły artysty, jego honoru i jego autentyzmu. Stale musi rozróżniać między cieniami a rozmaitymi stopniami tego, co niewysłowione” – tak pisał już w „Duchu romańskim” już w roku 1909. W pewnym sensie, poprzez gwałtowne porzucanie stylów i koncepcji twórczych,  Pound potwierdza tezę o niewysławialności tego, co ważne naprawdę, o jego niepojętności i niewyrażalności w werbalnej emisji ludzkich języków.

Wiem, że nie jestem „kamieniem”, lecz kruchą bryłką zlepieńca i jeśli „po mnie przetoczy się lawina”, choćby pseudo-granitowych kamieni, że sparafrazuję klasyka, to po przejściu tychże kamieni pozostanie jedynie krótko zawisający nad mogiłą obłoczek piaskowego  pyłu – godność włamywania się intuicją i słowem do jaskiń typu platońskiego, chybiona analiza twardych i chyboczących cieni.

Moja niezakłamana fascynacja trapistą z Ameryki „zaowocowała” w końcu lat 80-tych wierszem, który w jakiś sposób starał się oświetlić, w mym wnętrzu, jego życie i świadectwo,  i śmierć:

„Zaczął od ucieczki,
która nie jest ucieczką, a skokiem
w goniące. Od skoku, który skokiem nie jest,
a wspinaczką ku Prawdzie. Od wspinaczki, co cudem
wrastania w coraz większy głód Boga,
ogałaca z szacunku pozycji, błyskotek talentu (…)”

Tworzyłem go w aktach bezsenności i wdzierania się własną empatią w inną, niezmiernie wyższą osobowość i emanację tej wiedzy starałem się rozświetlać słowem, aktem posiadania wiedzy o cechach mowy ciemnej.

Nie ukrywam też wczesnych, własnych fascynacji twórczością i osobą Ezry Ponda. Jest oczywista, choć nie tak bardzo wygodna intelektualnie. A też ideologicznie. Winą największą, armat- haubicą  wytaczaną  przeciw niemu przez dziesięciolecia, jest jego antysemityzm, choć w kontekście promowanych przez niego teorii monetarnych jest w znaczny (nie dogmatyczny)  sposób uprawniony. W słynnej „Cantos XLV”, której przytoczę fragment i pointę, konstatuje:

„(…) Lichwa – to pomór, lichwa
stępia igłę w ręce dziewczyny,
sprytowi prządki kładzie kres. Pietro Lombardo
nie stał się przez lichwę. Duccio nie urósł przez lichwę
ani Pier della Francesca (…)
Nie stał się Angelico przez lichwę; nie urósł Ambrogio Predis
Ani żaden kościół z ciętego głazu, z napisem: Adamo me fecit.
Nie przez lichwę Św. Trofim,
Nie przez nią Św. Hilary – (…)

Sprowadzili kurwy do Eleusis,
Trupy się sadza do bankietu
na żądanie lichwiarzy.”

Ta „Pieśń” była dla wielu krytyków i czytelników jakąś formą objawienia (odkrycia) rzeczywistości. Ezra Pound uważał, w latach trzydziestych-czterdziestych, że pieniądz funkcjonujący jako towar typu kupić – sprzedać jest podstawowym czynnikiem zła społecznego i kulturowego, cierpienia i krzywdy indywidualnej, a także degeneracji zbiorowości. Jednak pod koniec życia przyznał, że przyczyną uwiądu cywilizacji w jej formacie misteryjnym, nie jest pieniądz jako towar, ale jeden z grzechów głównych, czyli Chciwość, który umiłowany przez niego Dante przedstawiał jako Wilczycę. Ta alegoria wychudzonej wiecznie suki dominuje nad innymi głównymi grzechami typu lenistwo, obżarstwo, a postawiona została przez Florentyńczyka na równi z Lwem, czyli pychą.  Przypomnijmy, że powyżej cytowałem Mertona, który też zajmował stanowisko bliskie antylichwiarskiej krucjacie Pounda: „Ekonomia nie dała nam nic oprócz mieczy…” Te „miecze” należy interpretować również jako narzędzia przymusu fiskalnego, a może tak przede wszystkim”.

Trzeba przyznać, że Pound bardzo rzadko odwołuje się bezpośrednio do kręgu wiary chrześcijańskiej, powyższy cytat z „Pieśni XLV” jest wyjątkowy, choć zachwyca też przepiękna  „Litania nocna” z jego pierwszego tomu wierszy „Personae”; - przytoczę fragment:

„O Boże, jakież to wielkie dobro
            wyświadczyliśmy niegdyś
             i zapomnieli,
Że cudami takimi darujesz nas,
                O Boże wód?

Boże nocy,
              Jakiż to smutek
Ma nas ogarnąć,
              Że tak nam go płacisz
Jeszcze nim nastał?”

Te strofy powstały jako odzew na zauroczenie pięknem Wenecji. I zwrot do Boga jest raczej wytworem literackiej konwencji niż konfesyjnym aktem uwielbienia, choć podziw dla piękna świata, ale i ludzkich wytworów jest naturalną drogą do Boga (z rzeczy widzialnych). Podobnie trzeba powiedzieć o początku wiersza „Wyspa na jeziorze”:

„O Boże, o Wenero i ty, Merkury, patronie
 złodziei…”

Stawianie w jednym szeregu Boga i patrona złodziei jest literacko płodne, zgrabne obrazowo i zaciekawia, ale nie ma w tym zestawieniu cienia chrześcijańskiej czci dla Najwyższego, dla Tetragramonu (nie używaj Imienia Boga nadaremno). Jest tu zdrowe połączenie epok i kultur, jakiś uniwersalizm ponadczasowy, który na szczęście nie ma nic wspólnego z współczesnymi wymogami multi-kulturowości i terroru wybiórczej nad-tolerancji.

W późnych tekstach  Pounda, w „Pisan Cantos”, po małostrawnych (nawet dla upartego czytelnika) wykładniach  poglądów autora i  jego często chromych uprzedzeń, nagle wyskakuje taka nuta silnej, męskiej liryki, że ustępuje znużenie przebijaniem się przez gąszcz polemik i „ideogramów”. Metodą poety z Idaho stało się zestawianie cząstek  tekstów nie jego autorstwa i metafor branych z przeszłych epok, z klasyki, ale i z tekstów pobocznych dla głównego nurtu piśmiennictwa, przywoływanie postaci nawet zapomnianych i zderzanie tych cząstek stanowi pewne płodne novum, inny obraz dla skamielin świadomości, „daje do myślenia”. Kojarzy, w umyśle czytelnika, nawet odległe  i sprzeczne fragmenty-całostek dla wywołania niepodejrzewanej wcześniej jakości i świeżości odbioru przez osobę wrażliwą i rozumną, ale jednak cośkolwiek przygotowaną intelektualnie.

Merton pisał wiersze, ale nie poezja była jego żywiołem, tylko sztandarowe „szukanie Boga”. Poezja była narzędziem kondensującym przekaz, a jednocześnie niejednoznacznym i intrygującym. Swe wiersze traktował jako ekspresję przemyśleń, lektur i doznań.  Także Pound z czasem coraz mniej był literatem, a stawał się swoistym prorokiem, ekonomicznym wizjonerem, co przy nałożeniu się na klimat II wojny światowej owocowało mylnie pojętym patriotyzmem amerykańskim.

Trzeba też przywołać fakt, że obydwoje kojarzeni przeze mnie poeci i teoretycy myśli, z czasem przedkładali „to, co się wyraża”, nad to „jak się prezentuje”, czyli nie forma a treść (mówiąc trywialnie) ma górować w utworze, w wymiarze prezentowanego przekazu. To bardzo nienowoczesne, nie mieści się ramach „kultury” humbugu, najbrudniejszych prowokacji i wymogów kultury masowej. Cóż… inny, przeszły format osobowości i szacunek dla dokonań minionych pokoleń. Konkludując: - nie zabawa i sukces, a powaga i troska.

„Poprowadzę Cię drogą,
której nie potrafisz absolutnie zrozumieć,
bo chcę, żeby to była droga najkrótsza.”

Jeszcze raz przytaczam słowa Mertona. Nie da się wiele zrozumieć z procesu osiągania bliskości Boga. Wtedy człowiek nie staje się  –  pewnie jest, choć piszę uprzednio o procesie. Ascetyczna droga oczyszczająca, oświecająca i w końcu jednocząca nasuwa się w sposób bezpośredni; to droga teologii apofatycznej. To zaledwie moje intuicje. Nigdy nie byłem tym „jest”, nie byłem tak blisko abym się opromienił tym zimnym żarem  Ale wtedy „znajdziesz się zupełnie sam” – świadczy O. Ludwik z Gethsemani. Porwałem się na niemożliwe. Mam jednak nadzieję, że daję impuls do myślenia, studiów, a przede wszystkim szukania drogi, drogi własnej, ale o celach wertykalnych. W rozprawkach Mertona znalazłem takie dwa zdania: „Człowiek został stworzony dla najwyższej działalności, która w istocie jest spoczynkiem. Ta działalność, inaczej kontemplacja, jest immanentna i przekracza poziom zmysłów i rozumowania”. Te zdania niejako podsumowują me odniesienia. „Najwyższa działalność” jako spoczynek, gnostyckie „anapausis” ma być kwintesencją rozważań? Chyba słusznie.

Na koniec muszę jeszcze raz zacytować poetów, aby dać szczery wyraz podziwu dla ich mistrzostwa i głębi:

Ezra Pound:  „Pieśń LXXXI”
(…) Co ukochałeś wielce, pozostanie,
                                        Reszta to śmieć,
Co ukochałeś wielce, nie będzie ci wydarte,
Co ukochałeś wielce, prawdziwym twym dziedzictwem,
                   Czyj świat, czy mój, czy ich,
                    Czy jest on niczyj?”

„Niczyj”, czyż we wewnętrznej, śródzwrotkowej poincie, nie ma „Todo y nada”? Wszystko i nic. Rodem z Św. Jana od Krzyża.

Thomas Merton: „Wolność jako doświadczenie”
„(…) Głęboko w kamiennym sercu jakiejś góry Kaffir,
Nasza skłonność, świeżo zrodzone głębokie pragnienie,
Płonie w kopalni naszego życia jak nie odkryty diament.

Zamknięci w tej sile, trwamy,
Trwamy i nie możemy odejść,
Bo Ty dałeś nam naszą wolność.
Uwięzieni w losach Twej nieugiętej mocy,
Nie możemy już się poruszać, bo jesteśmy wolni”

I jeszcze dodatkowy,  podsumowujący rozważania cytat z Pounda mówiący o „zaszczycie interpretacji”: „Sztuka jest żywotna, jedynie kiedy coś objaśnia, a więc tak długo, jak długo objawia coś, co artysta postrzega bardziej intensywnie i gruntowniej niż jego odbiorcy.” W tej „żywotności” winna trwać godność, nieustanne dążenie i honor twórcy, albo człowieka do tego miana mającego uprawnione aspiracje.

październik-listopad, 2017 r.

                                    

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora