Janusz Gryz - Może właśnie za tym wzgórzem…

Ośrodek mieścił się w pruskim pałacu stojącym w starym parku. Gałęziste dęby unosiły swe potężne konary nad schludnie wygrabionymi alejkami prowadzącymi do wzgórka, z którego roztaczał się daleki widok na równinne pola z biegnącą przez nie drogą wysadzaną, jak tu mówią, napoleońskim dębami.

Dyrektor urządził imieniny w obszernym salonie na parterze. Przy długim, lśniącym orzechowym stole na obitych skórą fotelach siedzą córki z mężami, zaprzyjaźniony z dyrektorem i akurat przebywający na wypoczynku nad morzem znany aktor i piosenkarz Michotek ze swą młodą przyjaciółką, nauczycielki, wychowawczynie, wychowawcy i pielęgniarka.

 

Z każdym nowym toastem robi się gwarniej, weselej. Przez okna otwarte na całkiem już zmierzchające niebo widać jak plotkują i drżą ledwo widoczne jak pajęczyna nietoperze. Powietrze jest ciepłe i nieruchome, nie odczuwa się najlżejszego powiewu. Obok dyrektorowej pod jelenimi wieńcami i zawieszoną poniżej tuż nad wiśniową boazerią pracą Wróblewskiego przedstawiającą zwartą kawalkadę najeżonymi szczytami Tatr siedzi nowa nauczycielka. Od szampana i trzech kieliszków wódki jej opalone policzki nabrały rumieńców, oczy lśnią czerwienią agatu.

On nie spuszcza z niej wzroku, czuje jak wolno wzbiera w nim fala pożądania. Wczoraj podczas spaceru z dziećmi do niedalekiego lasu i potem siedząc w ażurowym cieniu sosny na miękko wyścielonym igłami pagórku dowiedział się, że jej mężowi zaproponowano stanowisko dyrektora POH-tu. Skuszono ich nie tyle zarobkiem, co dużym wygodnym domem. Zwolniła się z liceum w Białogardzie i teraz w oczekiwaniu na obiecany etat w gminnym gimnazjum zatrudniła się w Ośrodku. Potem rozmawiali o studiach i ona wspominała, że będąc przewodniczącą ZSMP z okazji jubileuszu uczelni witała znamienitego gościa. Wyjęła z torebki złożony szary arkusik. Na lichym papierze „Sztandaru Młodych” rozmazana czarna farba drukarska odbiła jej uśmiechniętą twarz obramioną gęstymi puklami, białą bluzkę ściągniętą krawatem i bukiet kwiatów w rękach wyciągniętych ku małemu łysemu mężczyźnie w okularach zasłaniających wypukłe jak u raka oczy: przewodniczącemu Rady Państwa, Henrykowi Jabłońskiemu.

Przyglądał się je szczupłym kostkom, podłużnym stopom do połowy ciemnym od opalenizny, które wysunęła z sandałów, pokrytym złocistymi włoskami opalonym łydkom, kusząco pełnym udom. Obnażone krągłe ramiona są jak wypolerowane bline piersi wyraźnie uwydatniają się pod lekką sukienką z sarpinki i cała ona gorąco pachnie tą sarpinką i opalonym ciałem.

Cicho nucąc rozgarniała patykiem igły, rysowała nad cytrynowym, sypkim piasku. Po zeschniętej popękanej korze patyka wspinała się bursztynowa mrówka, pobiegła szybko przebierając ruchliwymi nóżkami, by po chwili zatrzymać się, rozglądać i badać uważnie otoczenie wokół i nad sobą. On powiedział:

- Przed śmiercią Cezar Tyberiusz wyruszył z Capri do Rzymu. Po drodze zatrzymał się w Tuskulum, bo przeląkł się: ulubionego węża, którego zawsze woził ze sobą, pożarły mrówki. Spojrzała na niego z udanym dziecinnym przestrachem.

- To znaczy, że ja jestem wężem, którego zaraz pożre ta oto mrówka?

- Tego nie powiedziałem.

- A tak w ogóle, to co ja mam wspólnego z wężem?

- Weźmy, dodajmy to, Ewę w raju i jabłoń i…

Odchyliła daleko w tył głowę, potrząsnęła włosami i roześmiała się głośno. Mrówka przepełzła z kija na jej dłoń i dalej na nogę. Spojrzeli równocześnie i ona bojąc się, że owad dostanie się pod sukienkę, odsłoniła gładkie kształtne kolano.

Zaczął deklamować

Oczyszczając sukienkę, aż do nóg się zbliżył

Usta trafem ku skroniom Telimeny zbliżył…    

- No tak, najpierw byłam kusicielką Ewą, a teraz jestem Telimeną pragnącą uwieść młodego, niedoświadczonego Tadeusza.

Pochyliwszy się do jej różowego ucha owiniętego pasmem kruczoczarno połyskujących włosów i zniżając głos do szeptu wyrecytował

Może właśnie za tym wzgórzem
Za tą jasną kępą brzóz
Napotkamy naszą muzę

Odwróciła wolno głowę, z odległości kilku centymetrów patrzyły prosto w niego szeroko otwarte czarne oczy ze złotymi iskierkami w głębi, nieruchome i spokojne tym pierwotnym niewzruszonym spokojem istoty ulegle zuchwałej, wyzywająco pokornej i dokończyła również szeptem

- I miniemy ją bez słów?

- Bez słów, ale nie miniemy.

Zamknęła oczy, a on pocałował ją w umilkłe miękkie usta bezwolnie podające się pieszczocie jego warg.

Dyrektor i jego żona gorąco namawiali aktora, by wybrał coś ze swego bogatego repertuaru i zaśpiewał. On pochlebiony wymawiał się chrypką, by w końcu się zgodzić. Przyniesiono gitarę. Nastroił ją w ciszy, która zapadła nagle w salonie i która robi tak silne wrażenie po długotrwałym bezładnym hałasie popłynął głęboki, poruszający smutkiem głos pokornej Modlitwy.

Dopóki ziemia kręci się, dopóki jest tak czy siak,
Panie, ofiaruj każdemu z nas, czego mu w życiu brak:
mędrca obdaruj głową, tchórzowi dać konia chciej,
sypnij grosza szczęściarzom… I mnie w opiece swej miej…

Pochylił głowę, słuchał w skupieniu, w żarliwym napięciu wypełniającym jego głodną duszę, potem wstał i wyszedł z salonu.

Taras i cała ta strona pałacu była w księżycowym, przejrzystym cieniu. Przed sobą miał obszerne, jasne podwórze i rozjaśnione mury i stare dachy zabudowań wiejskich. Noc jest ciepła, bezwietrzna, sucha, księżyc w pełni stoi wysoko, a niebo pełne gwiazd. Oparty łokciami o kamienną balustradę patrzył na zawieszoną nad stawem, jaśniejącą spoza wiekowych brzóz bielejących pniami koło gorzelni jakąś dużą gwiazdę.

Podeszła do niego cicho i postawiła na balustradzie dwa wąskie stare puchary o pozłacanych brzegach napełnione szampanem. Wypili duszkiem do dna i objąwszy się jak mąż i żona pocałowali wilgotnymi wargami.

Wzięła go pod rękę, zeszli ze schodów i minąwszy jednopiętrową szkołę lśniącą matowo ołowianymi szybami klasowych okien, garaż i składzik na ogrodowe narzędzia wkroczyli do parku. Cienie spokojnie leżą na suchej ziemi, po której tak przyjemnie iść. W kącie za drzewami jest ogród, widna noc jaśnieje w jego zaciszu, nad jego polanami, na których stoją stare jabłonie. Coraz bardziej cichną i oddalają się dźwięki gitary, słabną i zacierają się słowa. W ciszy poranku wyraźnie rozbrzmiewa jego miarowy głos

Heute, nur Heute,
Bin ich so schön;   
Morgen, ach Morgen
Muß Alles verghen!

- Kto to i dlaczego po niemiecku, i dlaczego ten Vergänglichkeit?

- Theodor Storm, a po niemiecku, bo i stary pałac, i park, i ogród, i ludzie, którzy tu kiedyś mieszkali, byli młodzi jak my, weseli, pełni wspaniałych planów na przyszłość i jak my dzisiaj spacerowali tymi alejkami objęci i zakochani, a których już dawno nie ma i nawet pamięć o nich przeminęła. A ja ich wspominam, próbuję wyobrazić sobie ich dawne życie, ich zamierzchłe czasy, które wydają mi się piękne i szczęśliwe – bo legendarne.

- Jesteś romantykiem. – i po chwili dodała w zadumie – Tylko przelotne szczęście jest piękne.

Zatrzymał się, podniósł głowę, wysunął do przodu prawą nogę i położywszy dłoń na sercu zaczął mówić z komicznie dramatyczną emfazą.

O, jak cudownie blask księżyca lśni
Tu na tej ławce…


To jest nie na ławce, lecz na wzgórku. Posiedźmy trochę Muzo.

- Posiedźmy, Apollonie.

Skręciwszy w bok z alei usiedli na trawie…

Wracali powoli, na wprost u końca alei, świeciły żółte okna pałacu, nad nimi w ciemnościach gwiaździstej otchłani unosił się mleczny dysk księżyca, a na zachodzie za czarnymi pniami rozlewała się na trzecią część nieba fioletowo-różowa gazowa zorza Karlina.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież