Kiedy odchodził do swojej nowej baby,
nie udawał nawet, że idzie po zapałki;
w pośpiechu, by ukrócić niechciany akompaniament,
wcisnął fajkę między wąsy, na grzbiet zarzucił
harmonię;
żonie, prócz trzech córek, pola i rogacizny,
zostawił wszystkie ordery
za bicie wroga i ratowanie swoich,
stłoczone w szufladzie wraz z listami krewnych
z Ameryki, pełnymi słów miłości i uznania.
Po ostatniej śmierci w opustoszałym domu
prawnuk przegląda szufladę,
ściera śniedź, ociera łzę dumy.
Słowo
Jej słowo było święte, a strój odprasowany
w gościach stąpaliśmy ostrożnie, by nie prowokować
do ścierania naszych kroków z błyszczącej posadzki
słuchaliśmy jej Radia z udawaną pokorą
Jej słowo było jasne i – jak trzeba – donośne
nie należała do tych, co mówią dwa razy
miskę zupy zawsze opróżnić i do końca
dojeść schabowego wielkiego jak talerz
W dni bez słów jej milczenie ciążyło brzemieniem
żołądek był piąstką dziecka, w piersi serce wołu
i czekałem - choćby na zawołanie o b i a d
na żołądek znów bardziej pojemny od serca
Jej zwłoki znaleziono w stanie nieznacznego
rozkładu, przy telefonie głuchym jak pień;
być może chciała krzyknąć w słuchawkę p o m o c y
z głębi piwnicy, w której zawsze więziła t o słowo
Cholera
Ty cholero! – wrzeszczała mamusia, jak to kiedyś bywało –
żebyś ty w kalendarz kopnął, zanim ja umrę,
mnie pożyć dał.
Chichotaliśmy nieraz spod stołu pod ten niedzielny refren,
zmiksowany z oparami przetrawionej żytniej
i bulionu na głowach dorszy.
A potem, w dzień powszechni, krzyż mu na drogę
na chlebie, kawał sera, pęto śląskiej i ciche życzenie
powrotu, ze spuszczoną głową.
Wsiadał wtedy do kutra i kolebał się z nim na falach
jak Mojżesz w koszyczku. A że nie bałam się morza,
brał i mnie czasem.
Uczył, jak sieci rozplątywać, jak zarzucać, odrzucać
to, co zbędne; jak patroszyć ostrym nożem i na powrót
wkładać serce do piersi,
jak zachodzić za horyzont Bałtyku - bez końca i ostatni raz.
I umarł pierwszy, cholera.

