Małgorzata Kotłowska - wiersze

 
 
Ordery

Kiedy odchodził do swojej nowej baby,

nie udawał nawet, że idzie po zapałki;

w pośpiechu, by ukrócić niechciany akompaniament,

wcisnął fajkę między wąsy, na grzbiet zarzucił

harmonię;

żonie, prócz trzech córek, pola i rogacizny,

zostawił wszystkie ordery

za bicie wroga i ratowanie swoich,

stłoczone w szufladzie wraz z listami krewnych

z Ameryki, pełnymi słów miłości i uznania.

Po ostatniej śmierci w opustoszałym domu

prawnuk przegląda szufladę,

ściera śniedź, ociera łzę dumy.

 

 

Słowo

Jej słowo było święte, a strój odprasowany

w gościach stąpaliśmy ostrożnie, by nie prowokować

do ścierania naszych kroków z błyszczącej posadzki

słuchaliśmy jej Radia z udawaną pokorą

Jej słowo było jasne i – jak trzeba – donośne

nie należała do tych, co mówią dwa razy

miskę zupy zawsze opróżnić i do końca

dojeść schabowego wielkiego jak talerz

W dni bez słów jej milczenie ciążyło brzemieniem

żołądek był piąstką dziecka, w piersi serce wołu

i czekałem - choćby na zawołanie  o b i a d

na żołądek znów bardziej pojemny od serca

Jej zwłoki znaleziono w stanie nieznacznego

rozkładu, przy telefonie głuchym jak pień;

być może chciała krzyknąć w słuchawkę  p o m o c y

z głębi piwnicy, w której zawsze więziła  t o  słowo

 

 

Cholera

Ty cholero! – wrzeszczała mamusia, jak to kiedyś bywało –

żebyś ty w kalendarz kopnął, zanim ja umrę,

mnie pożyć dał.

Chichotaliśmy nieraz spod stołu pod ten niedzielny refren,

zmiksowany z oparami przetrawionej żytniej

i bulionu na głowach dorszy.

A potem, w dzień powszechni, krzyż mu na drogę

na chlebie, kawał sera, pęto śląskiej i ciche życzenie

powrotu, ze spuszczoną głową.

Wsiadał wtedy do kutra i kolebał się z nim na falach

jak Mojżesz w koszyczku. A że nie bałam się morza,

brał i mnie czasem.

Uczył, jak sieci rozplątywać, jak zarzucać, odrzucać

to, co zbędne; jak patroszyć ostrym nożem i na powrót

wkładać serce do piersi,

jak zachodzić za horyzont Bałtyku - bez końca i ostatni raz.

I umarł pierwszy, cholera.