Michał Krzemkowski - Na parafii w Drui – odc. 14

W poniedziałek znowu wyprawa. Dobrze już nam znanym szutrem jedziemy przez Idołtę do Mior, które omijamy po obwodnicy.

Potem już w nieznane, drogą krajową przez Czeresy, Sławszczyznę, Tatary, wzdłuż jeziora Gretskoje, o idealnie wężowatym kształcie (jedynie wężej paszczy - w postaci głębokich zatok u kresu jeziora okalających półwysep, i ślepiów - w formie dwóch niewielkich wysepek brakuje do pełni obrazu) opuszczamy Pojezierze Brasławskie. Jedziemy do Połocka. Na trasie kolejne malowane przystanki autobusowe. Na jednym z nich, na bocznej ścianie, biedronka siedząca na liściu, w środku – pejzaż leśny. Na drugim obrazek kruka podrywającego się z pobocza drogi do lotu nad łąkami, na trzeciej – malunek niedźwiedzia i jelenia idących przez las. Przy każdym przystanku kosz na śmieci i ławeczka. Co ciekawe, na tym odcinku nie ma dobrze znanych nam, chroniących przed wiatrem krzewiastych szpalerów. Są za to rzędy brzóz. Wyjeżdżamy z lasów. Droga, prosta jak strzała, mknie przez rozłożyste łąki, a na nich wypasają się ogromne stada krów, pierwsze - około dwieście sztuk, drugie – dobre sto i następne – na pewno dużo powyżej setki.

- Mleczna równina – komentuję, bo ja zawsze wszystko komentuje, jak coś jest inne, niezwykłe, nowe.

- Milky Way, inna galaktyka – dopowiada Krzysztof, bo on zawsze coś zmyślnie dopowiada, jak ja komentuję. Zawsze ma coś do dodania.

         Znowu lasy. Niewielkie wioseczki – Jurkowszczyna, Turkowo, Berezowo, Szaragi. Zbliżamy się do Dzisnej. Moglibyśmy ją ominąć, bo tak droga pozwala, ale nie omijamy. Stefan zjeżdża do tego dwutysięcznego miasteczka, powstałego w miejscu ujścia rzeki Dzisny do Dźwiny. Wcale nas ta decyzja nie dziwi. Jego wielki imiennik – król Stefan Batory odebrał tu 4 sierpnia 1579 r. hołd lenny od księcia Kurlandii i Semigalii -  Gotarda Kettlera, z którym wspólnie ruszył na Połock w bój z wielkim księciem moskiewskim - carem Iwanem Groźnym.

Dzisnej prawa miejskie w 1563 r. nadał ostatni z Jagiellonów – Zygmunt August i jeszcze tego samego roku wzniósł na dużej wyspie na Dźwinie zamek, z którego pozostał do dzisiaj zarys wału obronnego. W tej warowni, już jego następca - Stefan Batory, dokonał koncentracji armii Rzeczypospolitej w czasie wojny z Iwanem Groźnym. To na cześć jego pamięci wyspa do dzisiaj nosi nazwę „Wyspa Batorego”. On też, po wygranej wojnie, w 1583 r. ufundował w Dzisnej kościół parafialny, nad którym opiekę powierzył jezuitom z Połocka. Dopiero pięćdziesiąt lat później pieczę nad parafią z rak jezuitów przejęli franciszkanie, którym klasztor ufundował z kolei ziemianin Krzysztof Malchiwicz – Chełchowski.

Duch bitewny w Dzisnej nie ugasł przez następne stulecia. Podczas okupacji moskiewskiej w 1661 r. mieszczanie dziśnieńscy obezwładnili załogę moskiewską, burmistrza zdrajcę powiesili na bramie, a wrota miejskie otwarli żołnierzom kasztelana nowogródzkiego Mikołaja Judyckiego. Dwa wieki później, w czasie zaborów, w 1831 r. ogłoszono tutaj akt przystąpienia powiatu do powstania listopadowego i powołano komitet powstańczy, z Romualdem Podbipietą na czele. Wojsko powstańcze, składające się z trzech tysięcy ochotników wyzwoliło wówczas Dzisnę. Ten duch trwał dalej…..17 września 1939 roku żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza oraz polscy uczniowie miejscowego gimnazjum, pod dowództwem nauczyciela geografii por. rez. Zygmunta Giergowicza, który został później zamordowany w Katyniu, podjęli się obrony miasta. Bohaterski bój trwał przez kilka nocnych godzin.

W okresie II Rzeczypospolitej Dzisna, wzorem wielu innych miast w tych stronach, zdominowana było przez ludność żydowską. Spis z 1921 r. podaje blisko 3 tys. osób wyznania mojżeszowego, a niecałe 900 – rzymskokatolickiego i niewiele poniżej 800 – prawosławnego. Co ciekawe, około tysiąca z nich zadeklarowało przynależność do polskiej narodowości. Dziśnieńscy Żydzi, w zgodzie z brutalną logiką czasów drugiej wojny światowej, zostali prawie doszczętnie wymordowani przez Niemców, którzy założyli tu obóz zagłady. W najbardziej tragicznym miesiącu wojny, w czerwcu 1942 r. zgładzili ponad dwa tysiące osób.

         Wjeżdżamy do Dzisnej ulicą łajdaka Michaiła Kalinina, który ma na sobie krew polskich oficerów zamordowanych w Katyniu. Droga przechodzi, co z ulgą stwierdzam, w ulicę Dźwińską, która prowadzi nas do brzegu rzeki, gdzie wybudowano przeprawę promową. Taki obiekt to zawsze ważna sprawa dla geografa. To węzeł komunikacyjny, w którym urządzenie techniczne umożliwia dalszą podróż, która wobec naturalnej przeszkody byłaby udaremniona. Nie wybieramy się jednak za rzekę, patrzymy jedynie na platformę promu, który stoi u drugiego brzegu, dźwigając samochód ciężarowy. Oglądamy też skromną strukturę drewnianej rampy, która pnie się łagodnie do góry od brzegu, zabezpieczona u boków stalowym płotkiem. Przy obu bokach od jej środka ułożone są dwie dodatkowe „płozy” z desek, prowadnice dla kół samochodowych. Wygląda to bardziej jak wielki pomost dla wędkarzy, ale jest stanicą promową.

Patrzymy w drugą stronę i widzimy stojące nieopodal brzegu Dźwiny monumentalne neogotyckie ceglane ruiny szpitala. Mają cokolwiek mroczny wdzięk, jakby rodem z horrorów Edgara Allana Poe. Wysokie, trzypiętrowe ściany, obłupane, z pustymi otworami okiennymi, bez dachu, z dekorującymi ich szczyty wieżyczkami. Zachował się, mimo tej totalnej dewastacji, w dobrym stanie naczółek wieńczący w centralnym ryzalicie fasadę budowli. Ten budynek nie robiłby większego wrażenia, gdyby trwał do dzisiaj, jak wiele innych tego typu budowli neogotyckich. Ale, taki zrujnowany, skontrastowany w przestrzeni przez swą destrukcję i ostre przez to zarysy, jest obiektem niezwykłym, a z każdą chwilą bliżej nocy wręcz niesamowitym. Stoi przy ulicy Puszkina.

Powolutku mijamy go samochodem, jadąc dalej skrajem zbocza nadrzecznego, aż do Kościoła Niepokalanego Poczęcia NMP, a właściwie tego, co po nim pozostało. Wznieśli go w 1773 r. w stylu barokowym, w miejscu kościoła drewnianego, wspomniani wcześniej franciszkanie. Zniszczony poważnie w czasie II wojny światowej, trwał w tym stanie aż do 1956 r., kiedy wysadzono go w powietrze. Mimo tego ostały się trzy ściany, w tym prawie całe prezbiterium. Zaledwie rok temu do ściany budynku w miejscu dawnej zakrystii dobudowano niewielką kaplicę, w której lokalna wspólnota zbiera się w niedziele i święta.

Ulicą Kirowa dojeżdżamy do placu z pomnikiem „Ku czci 20-lecia zwycięstwa w Wojnie Ojczyźnianej”, któremu towarzyszy ustawione w rogu placu muzealne działko artyleryjskie.

Odrobinę dalej mamy Cerkiew Zmartwychwstania Pańskiego. Kościół katolicki w ruinie, ale cerkiew jest w dobrym stanie. Biała zgrzebna świątynia z dwoma wieżami – jedną nad kruchtą, drugą ponad centralnym korpusem. Do cerkwi wiedzie brama z trzech arkad, większej pośrodku, mniejszych po bokach. Brama i filary ogrodzenia zbudowane są z białej cegły. Cerkiew też cała biała, jedynie hełmy wież, prawosławnym zwyczajem – całe złote.

Nie udaje nam się wejść do środka. Cerkiew jest zamknięta. Krzysztof gdzieś wyczytał, że w środku znajduje się raka z relikwiami kapłana męczennika Konstantego Żdanowa.

Dojeżdżamy do Parku Miejskiego, mającego postać polany, skąd jest najlepszy widok na „Wyspę Batorego” i wyróżniające się w jej zarysie wały pozostałe po zamku, który stał tu od XIV do XVIII wieku.

To właściwie nasz ostatni przystanek w tej bardzo ważnej mieścinie, w której śladów jej dawnej ważności właściwie już prawie nie ma. Miasteczko ruin, pozostałości i dość przypadkowej, współczesnej zabudowy. Wyróżnia się cerkiew i lśni pomnik pamięci czynu zbrojnego Armii Czerwonej. Polska tu dawno umarła, stoimy u jej grobu. Są takie miejsca, które żyją w historii, a we współczesności jedynie egzystują gdzieś na obrzeżach cywilizacji. To właśnie takie miejsce.

Park Miejski leży na skraju półwyspu, który powstaje z zakrętu Dźwiny i wpadającej doń Dzisny, która na ostatnim przed ujściem odcinku około pół kilometra nabrzmiewa do postaci szerokiego, omalże jak Dźwina, kanału. Sama Dzisna to wąska rzeczka, którą przekraczamy zjeżdżając z półwyspu mostkiem w ulicy Lenina, która inną trasą niż wjeżdżaliśmy wiedzie nas z powrotem do drogi krajowej.

Nim tam jednak dojedziemy, przejeżdżamy przez prawobrzeżną dzielnicę miasteczka, gdzie nieco na uboczu, pośród drzew ukryta jest zbiorowa mogiła 3800 mieszkańców Dzisny, ofiar niemieckiego obozu zagłady, głównie Żydów. Cmentarz, na którym pogrzebano w bezimiennych dołach tak wielu ludzi, budują ułożone do siebie prostopadle betonowe chodniki i kilka pamiątkowych pomników i tablic.

Ulicą Lenina wyjeżdżamy z Dzisny, mijając jeszcze po drodze przykładnie zadbane biało-zielone zabudowania lokalnego leśnictwa i stojący przy drodze okazały znak pożegnalny, z dwóch pionowych, stojących przy sobie, stalowych, posrebrzanych, ściętych ostro u góry, cylindrów, spiętych w górnej części herbem Dzisny, przedstawiającym łódź z żaglem na falach, a u dołu, przy ziemi, wielką tablicą z nazwą miasta.