Rozmowę o wydarzeniach sprzed 70-laty z niezłomnym antykomunistą, bydgoszczaninem Andrzejem Mazurowiczem przeprowadził Paweł Milla. Andrzej Mazurowicz to bydgoszczanin, znany polski zawodnik wioślarstwa oraz trener. W 1956 roku, gdy wybuchł Poznański Czerwiec miał zaledwie 20 lat. Pracował wtedy w Poznańskiej Fabryce Wodomierzy i Gazomierzy, a wcześniej był zatrudniony w Zakładach im. Józefa Stalina. Antykomunista, jeden z czwórki liderów bydgoskiej podziemnej Solidarności (TKK), więzień polityczny w okresie 1984/85.
Fragmenty spisane przez Pawła podczas spotkania z Andrzejem Mazurowiczem.
Dla mnie trzy najważniejsze w życiu rzeczy to: Rodzina, Sport i Solidarność. Solidarność to było coś, na co wewnętrznie czekałem, że coś takiego się wydarzyło, to było wspaniałe dla mnie. W 1944 roku miałem 7 lat, ojciec mój był całą wojnę w obozie jenieckim. Pamiętam Niemców. Mieszkaliśmy na przedmieściu, koło Golęcina i tam były koszary. Pamiętam, jak maszerowali i głośno śpiewali swoje hajli hajlo.
Mając 15 lat poszedłem do roboty od 1951 u Cegielskiego, już normalnie z dorosłymi pracowałem. Była bieda sakramencka. Ojciec mało zarabiał, bo też nie chciał się zapisać do partii. Mama chorowała. I właściwie ja utrzymywałem cały dom finansowo. Powiedziałbym tak, gdybym nie był sportowcem, wioślarzem, to może byłbym żołnierzem i do dziś, jak patrzę, jak wojsko idzie i tak dalej, to mi się to podoba. Pracowałem więc bardzo ciężko i chciałem się uczyć. W 1953 roku poszedłem na szkołę morską w Gdyni, gdzie było technikum morskie mechaniczne. Dostałem się, ale mnie wyrzucili po trzech miesiącach po tej kwarantannie, bo nie zapisałem się do ich organizacji socjalistycznej. Powiedzieli, że jak się nie zapiszesz to skreślimy? Więc wróciłem do Poznania, wróciłem, znowu do fabryki, do Cegielskiego. Później przeniosłem się do POWOGAZu, gdzie zastało mnie powstanie 28 czerwca. Miałem 20 lat. I nagle przyszło kilku robotników, tramwajarzy. Wywołali nas, że apelują, żeby wyjść na ten podzamek, tam obok był Urząd Wojewódzki i KW PZPR. No i tam cała nasza załoga wyszła. Nawet pracownicy umysłowi też. No i tam się zaczęło...
Byłem młodym, sprawnym chłopakiem, zawodnikiem wioślarstwa. I chcieliśmy się dostać do środka. My. To znaczy wszyscy. Ja między innymi. Drzwi zamknięte. A ja, że byłem wysoki, to też między nimi podsadziłem faceta, który mi przez okno pomógł wybić szybę. Wszedł do środka i otworzyli drzwi i wtedy wtargnęli ludzie do środka. Urzędnicy uciekli wcześniej. Ciąg dalszy był taki, że część z nas wylądowała na dachu i przywiesiliśmy tam takie hasła.
"My chcemy chleba" i inne hasła...
W środku na stołach zobaczyliśmy zielone obrusy takie, konferencyjne bardziej. Jak wyszliśmy z tego urzędu, to już był tramwaj przewrócony. Ja na tym tramwaju zdjęcie miałem, ale mnie nie rozpoznali. Wówczas spotkałem kolegów, np. Janek Kulas, on był tak zwanym Eckersteinem na Jeżycach, z niemieckiego, to taki co na rogu ulicy rządził i za nim paka chłopaków poszła. I były takie wyprawy, że my z Ratajów, żeśmy szli na Jeżyce i tam na ustawkę i tam od bójka. 28 czerwca prawie wszyscy na UBeków poszli i na czerwonych.
Stamtąd poszliśmy na ulicy Dąbrowskiego ulicę tam, gdzie była zagłuszarka, taki grzyb był duży na dachu. Więc ja sam tam nie byłem. Tam było multum ludzi. Ta zagłuszarka wylądowała na ulicy.
Potem poszliśmy tam na Kochanowskiego, tam pod gmach UB. Pamiętam, że w tym ogromnym tłumie i w tym ścisku, który był, był taki dość wysoki facet i krzyczał, że Warszawa krwawi, Łódź krwawi, a my tu Poznaniacy…
Myśleliśmy też, że ta delegacja robotnicza, która pojechała do Warszawy, została uwięziona. I dlatego część tych powstańców poszła do więzienia na Młyńską i na Kochanowskiego do tego UB. Tam jednak nam nie udało się nam dostać. Przyjechał czołg, z poligonu z Biedruska, ale z niego żołnierze wyszli. Okazało się, że w jednym z tych czołgów był mój kolega, Jurek Kosicki i mówił, że im kazali jechać na Poznań, mówili, że tam faszyści. Jurek był w służbie dwuletniej czynnej, nie był wojskowym. On był rok starszy ode mnie.
Cała załoga, opuściła czołg i mówi, że nie będą strzelać do ludzi. On już potem do domu nie wrócił. Co się z nim stało, nie wiadomo, ale byli wśród nas ludzie, którzy byli w wojsku pancernym, byli starsi, którzy zdobyli ten czołg i pojechali. Wiem, że takie hasło było, żeby pojechać na stację benzynową, zatankować diesla i potem pod ten budynek UB zdobyć. No to się jednak nie udało. UB się zaczęło bronić. Bo tak myśleliśmy, że tam są ci uwięzieni. Natomiast otrzymałem od kogoś pistolet do ręki, więc stanąłem za takim filarem z cegieł i oddałem trzy strzały do UBeków, bo nie było więcej naboi. No, potem inny czołg nadjechał, a tu ludzie napierali, zewsząd napierali, Ja byłem na przykład z przodu, to potem się każdy zapierał, chciał do tyłu, bo tu na plecach ci ludzie pchają, a tutaj strzały padają.
Przeszliśmy na, jaka ta ulica była, już też nie pamiętam, idziemy ławą ulicą, a naprzeciwko z kompania z Golęcina, podoficerowie ze szkoły. Oni stali tutaj, my uciekamy tam, bo czołg przyjechał i zaczął strzelać. Idziemy, a tu już salwa poleciała, pach, nad głowami, śmigały pociski. No ale idziemy dalej, bo ci z tyłu napierali. Następna salwa poszła na poziomie nóg. Ja lekko dostałem, no mam jeszcze już lekko widoczną bliznę, ale obok mnie facet, który szedł, to w kolano dostał, a inny padł na miejscu, bo w gardło dostał. I ten oficer, który wydawał komendę, padł w pewnym momencie. Chyba z czwartego piętra ktoś z powstańców strzelił, ale może ktoś z tych żołnierzy, którzy tam z nim byli. I na tym się skończyło. My żeśmy się rozbiegli, choć cały czas kotłowało.
I jak wracałem do domu, miałem lekką ranę, na szczęście powierzchowną. Jak wracałem już w nocy i koło szpitala, na ulicy Szczeleckiej, podjechał wojskowy Lublin i widziałęm jak ładowywali ludzi bez nóg rozwalonych, trupy. Ja do domu wróciłem po północy. Mama mówi, gdzieś ty był, tylko nikomu się nie przyznawaj, żeś tam był. Patrzę, a noga czerwona cała w bucie krew. Teraz po 70 latach chyba teraz mogę nie słuchać śp. mamy.

