Jarosław Sułowski - Po drugiej stronie maczety

Albert Camus, zamykając porażającą Dżumę, wyraził myśl tak niewiarygodnie uniwersalną, że – przez wzgląd na jej treść -  wolałbym nie traktować jej poważnie albo wcale o niej nie słyszeć.  Zawarł w kończących powieść frazach prawdę dotyczącą zła: [...]bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, [...]może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i bieliźnie, [...]czeka cierpliwie w pokojach, w piwnicach, w kufrach, w chustkach i w papierach, [...] nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury[...] (tłum. Maria Zenowicz). Ileż razy w dziejach ludzkości ten metaforycznie sformułowany typ znajdywał swój katastrofalny antytyp. Na początku nowego tysiąclecia i krótko przed śmiercią w 2004 roku Czesław Miłosz stwierdził, że piekielny wiek XX nie może się powtórzyć. Dwie wojny światowe, stalinowski terror, zimna wojna, Wietnam, Bałkany, Zatoka Perska, wreszcie krwawa Afryka. A przecież nie są to wszystkie przestrzenie jednostkowego i zbiorowego bytowania ludzkości, które zostały dotknięte ręką zła. Wiosną 1994 roku reporter JEAN HATZFELD przebywa w ogarniętej wojną Jugosławii. Potem wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych, gdzie dla dziennika Libération relacjonuje wydarzenia związane z mistrzostwami świata w piłce nożnej. Pierwsze obrazy afrykańskiego ludobójstwa widzi w telewizji. Rwanda – niewielkie państwo w środkowej części czarnego lądu. Jądro ciemności. Skojarzenie z dziełem Josepha Conrada jest tak oczywiste, że nasuwa się jakby od niechcenia. Siódmego kwietnia 1994 roku uzbrojone w maczety ekstremistyczne bojówki Hutu wkraczają do Nyamaty – stolicy kraju. Idą mordować Tutsi: mężczyzn, kobiety, dzieci – wszystkich. Bo to nie jest żadna wojna, ale pewnego rodzaju zajęcie, praca, jakieś obwarowane policzalnymi roboczogodzinami zatrudnienie. Lokalni interahamwe będą eliminować codziennie od godziny dziewiątej trzydzieści do godziny szesnastej. Zresztą „eliminować" to niewłaściwe słowo. Jest zbyt przystojne, daje poczucie akceptowalności czynu, ma oficjalnie ugrzeczniony połysk.  W zasadzie nie ma słów odpowiednich, nie sposób nazwać to, co wydarzyło się w Rwandzie, używając nawet tych gęstszych, synonimicznych sformułowań. Kim są Hutu? Bandą szaleńców? Oszołomionych narkotycznym oparem morderców? Nie wydaje się. Wśród bojówkarzy interahamwe są nauczyciele, lekarze, intelektualiści, także zwykli, prości ludzie. Ale chyba wszyscy zostali zatruci populistyczneą retoryką układu szytego grubymi nićmi wielkiej polityki i czarnych jak sam kontynent dziejów. Przecież tak zwaną policję Hutu wymyślił sam prezydent Habyarimana, zaś wojsku kliki notabli dostarczały lśniące, sprowadzone z Chin maczety oraz białą broń. Oprawców szkoliła afrykańska armia, ale też lokalnie – francuska. Rozkazy wypływały z gabinetów administratorów i policyjnych szych.  Upiorny sezon maczet to eliminacja totalna, ludobójstwo, w którym Hutu tak zasmakują, że rwandyjskie bagna uczynią na blisko sto dni istnym terytorium łowieckim. Później Hatzfeld pojedzie do Afryki, by całym swym jestestwem wejść w pamięć ocalałych, w myśli i uczucia tych, którzy jednak wyrwali własne ocalenie z krwawego błota ściętych, rozprutych ciał; by w końcu przeniknąć permanentną nieobecność zmasakrowanych: pojechałem po prostu po to, aby zbierać świadectwa ocalałych pośród plantacji bananów na wzgórzach nad bagnami. Hatzfeld porzuca siebie-reportera, odkleja się od latami ćwiczonych technik bycia dokumentalistą. Nie chce tylko pisać kolejnych książek o tragedii Tutsi. Pragnie, aby świat usłyszał głosy ocalałych – nie ocalonych – tych bowiem musiałby ktoś ocalić. Zatem trzynaścioro ocalałych zaczyna mówić. Ich historie złożyły się na książkę Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy.
Jest to przede wszystkim ich książka, bo w Rwandzie, być Matutsi czy Mahutu, to cała historia. Nagość to cykl niezwykłych relacji ludzi, których oczy są wciąż sklejone błotem i krwią, których oczy, nerwowo reagując na rzeczywistość, wybierają jednak pełne bólu milczenie. Nagość to też próba poszukania sensu. Dlaczego z dnia na dzień zdumiewająco większa część ludności Hutu, czasami przymuszona, lecz najczęściej z woli własnej, codziennie chwytała za maczety, żeby zabijać? Dlaczego, jeżeli już Tutsi musieli zginąć, nie mogli doświadczyć śmierci „bardziej humanitarnej"? Dlaczego polowano na nich, obcinano im ręce, nogi, głowy, dlaczego rozcinano brzuchy brzemiennym kobietom i mordowano płody – systematycznie, niechybnie, z pasją? Właśnie ta pasja, przygnębiająca rzetelność, właśnie te pozbawione skrupułów, jakichkolwiek wyrzutów i moralnych kalkulacji metody interahamwe stawiają reportera oraz gości, których zaprosił do książki, przed znanym już problemem niewyrażalności. Wydarzenia, o których mówią Rwandyjczycy nie są ilustracjami konfliktu zbrojnego. Trzeba to powtórzyć, mocno zaakcentować. To, co wydarzyło się w samym sercu Afryki w kwietniu i maju 1994 roku nie było wojną. Tam przynajmniej padają bardziej lub mniej niedorzeczne żądania, argumenty, tam przynajmniej anonimowa ofiara może liczyć na obojętność anonimowego wroga, na jego leniwy automatyzm, ewentualny brak fascynacji, satysfakcji. Wojna, jak wnioskuje Innocent Rwiliza, ocalały nauczyciel Tutsi z centrum Nyamaty, jest skutkiem inteligencji i głupoty. Na wojnie, która posiada swoją dynamikę, przeważnie nie ma czasu, aby pławić się w jej krwawych żniwach. Liczą się mobilność, logistyczna wydolność. Inaczej jest w przypadku ludobójstwa będącego przejawem zwyrodnienia inteligencji. Ludobójstwo, masakra, rzeź, eksterminacja – oto imiona sezonu maczet, nazwy zjawisk przerastających wszystko i wszystkich. Także sferę opisu. Oprawca pławi się w barbarzyństwie rzezi, kontempluje zbrodnię, stając się filozofem zbrodni. Poszukuje wymyślnych metod zadawania śmierci, aby istocie ludzkiej wykraść jej humanistyczny profil.  Tu, w Rwandzie, była masakra, ludobójstwo. Czy można zrozumieć ludobójstwo? Hatzfeld, posiłkując się świadectwami ocalałych, mówi o projekcie eksterminacji, o nieludzkim planie wymyślonym przez ludzi, zbyt szalonym, opętańczo inteligentnym w swym metodycznym wymiarze, by móc go zrozumieć. Tym bardziej, że rwandyjskie ludobójstwo jest jednocześnie bratobójstwem. Tutsi i Hutu żyli na jednej ziemi, byli sąsiadami, braćmi skonfederowanymi pod szyldem podobnych dyspozycji intelektualnych, mentalnych, kulturowych. Ich relacje społeczno-ekonomiczne tworzyły tryb bytowej machiny. Nad wszystko jednak znów wzniosła się w śmiertelnym geście zbrojna ręka Kaina.
Opowieści z bagien Rwandy są dokumentem pozwalającym dotrzeć do fundamentalnej problematyki potęgi bezsennego zła, do źródeł tej zwierzchności, którą w Dżumie metaforycznie zdefiniował Albert Camus. Książka tłumaczy, że moralność to sprawa grupy uprzywilejowanej, której paradoksalnym obowiązkiem jest bycie przez jakiś czas poza moralnością. Dramat Rwandyjczyków, pomimo katastrofalnych rysów, w teatrze przestrzeni publicznej wciąż występuje w kapeluszu drugoplanowego niuansu. Być może zbiór Hatzfelda odmieni karierę zapomnianego aktora, jeśli stanie się inaczej – nie będę zdziwiony. Wszak Nagość życia jest książką, której lepiej nie znać.

Jean Hatzfeld: Nagość życia. Opowieśći z bagien Rwandy, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, ss. 193.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

zloty motocyklowe