Ewa Klajman-Gomolińska - Podniesienie

Stary Żyd wyszedł z późnym Synem pod rozłożyste pinie

Mały wrzucał mu do kosza dorodne szyszki A Stary charczał mówiąc do niego czule

Szli prostą drogą na końcu której czekały irysy uosabiające tęczę

Syn wyprzedził Ojca Odłączył gen od przeznaczenia Połączył wolę ducha z wolą ciała

Stary dusząc się upadł w poprzek prostej drogi Jego byt ucałował ziemię Jego duch Syna

Animus odłączony od materii Wysypały się szyszki i odłączyły od kosza

Nikt później już nie widział żydowskiego Syna

Tylko żółte akacje ugryzione zębami bólu

Stały się gorzkie na wieczność

A sodomskie jabłka zamieniły się w popiół

Tak przynajmniej szumią dębowe lasy

On to, gdy dobrowolnie wydał się na mękę, wziął chleb i dzięki Tobie składając, łamał i rozdawał swoim uczniom, mówiąc:

Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy:

To jest bowiem ciało moje,

Które za was będzie wydane.

Od tamtej pory

Człowiek obłaskawia samotność

Ona stając się krzyżem zrasta się z plecami I wszędzie już chadzają razem

Aż do ostatniej alejki gdzie pinie zrzucają ostatnie szyszki

Dromadery noszą ze sobą swoją własną wolność

Wiecznie zielone cyprysy udają mimozy

A w kielichach odbijają się apostolskie szaty

Wyizolowany Judasz pomieszkuje w rodzinach rozbitych Na polach bitewnych

Nuklearnych podchodach Sercach rozpaczliwie poszukujących ukojenia

I tylko astrowe gaje oliwne szemrają o miłosierdziu

Gdy krążą pod nimi szakale

Morwowe przestają rosnąć i dają żółte drewno

Jak Żółty Chrystus Gauguina

Podobnie po wieczerzy wziął kielich i ponownie dzięki Tobie składając, podał swoim uczniom mówiąc:

Bierzcie i pijcie z niego wszyscy:

To jest bowiem kielich krwi mojej

Nowego i Wiecznego Przymierza,

Która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów.

To czyńcie na moją pamiątkę.

I wtedy

Duch Święty rozszczepił się między Ojcem a Synem Załamał swoim ludem i odbił wewnątrz was i wielu

Oddał siebie królom i żebrakom

Z niebem wciąż tym samym dotykam wierszem tamtej szyszki z Ogrodu Getsemani

Lęk prawem i obowiązkiem Ja obrazą i potknięciem

Gwar niesie jak krew w przegubie mocno chwyconym pożądaniem natury

Jakub czyni z kamienia ołtarz Batszeba miłością przekleństwo

Ręce Dawida obmywa krew i pomsty czas dosięga pierworodnego syna

Każdy mierzy się z Hiobowym losem i własną Golgotą

Niestabilny lecz samodzielny nieład

Z aromatem pochłaniającym pył międzyplanetarny

Rozstępuję się z bólu prawdy jak morze

Ruah walczący z wiatrem zapala światło Animy wieczne Alleluja

Dobranoc powiedziała noc oparta na ulicach

Gasząc ostatniego papierosa

Kościół w gęstym mroku się pogubił Jeden poeta niesie na barach cynową misę

Ale poeci umierają Boże mój Boże któż Ci libretto poskłada

Nie odbieram telefonów od zastrzeżonych numerów Tłumaczę samotności

Moja samotność leży w moich rękach

W roztrzaskanej kałuży przez niewierzących w życie

Coś więcej niż agnostycy

Widzę odbicie oczu mojej matki Persony Niewiasty

Zgromadzenie dwunastu apostołów ogląda ulice Nie są w stanie pomóc

Odeszli od życia jakiś czas temu

Jest koniec świata Noc się nie skończy Można odespać Wyprostować kości Nie spieszyć

Wyciągnięty jęzor próbuje mnie dotknąć

Oddaję cynową misę Ostatniej Wieczerzy

Wracam do mojego wiersza o ojcu Nie zamieszczam postów o pierwszym zachwycie

Pastelowych freskach Francji kolebce oświecenia Rytualnych gestach Mocnych linijkach poematów Walącym się w gruzy banku świata a potem

Potem to jednorazowy projekt Leży zwinięty na sumieniu

Odnawianego jak oblicze planety Metafizyka światła Wieczność zapisuje wiersz

Gorzka istota materii z cząstkami ognia wody powietrza ziemi

Uginam się pod gorejącym krzewem Oprawiam w antyczne złoto skłonności i przyzwyczajenia

Miliardy zderzeń i zdarzeń

Rzeki historii Łany dzieci z jasną nutą marzeń

Twoja Obecność Ojcze Nasz.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora