Archiwum

Stefan Pastuszewski - Barwne dziennikarskie ptaki

1 Dislike0
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Znałem ich wielu, odeszli. Znam również nowych, też wkrótce odeszli z zawodu. Stan dziennikarski zmienił się w ostatnich czasach bardzo, odpersonalizował. Już nie nazwisko przed czy pod artykułem się liczy, ale tytuł i zaciekawiająca, a raczej szokująca treść… na chwilę. Liczy się też sposób a raczej technologia rozpowszechniania i dodawane do słowa obrazki, czasem nawet muzyka…


Przeglądając Słownik dziennikarzy i publicystów Kujaw i Pomorza (1908-2021) wpadam w nastrój co nieco melancholijny. Pamiętam dynamikę i krótkie, urywane słowa Andrzeja Grześkowiaka (1938-2012), rubaszną powagę Kazimierza Małychy (1900-1988), ciepło bijące od Romana Chłodzińskiego (1909-1979) i choć był on ciężko partyjny, to bronił mnie, szałaputnego trochę opozycjonistę w jakiejś tam komisji SDP. To były osobowości!
Czy to jest osobowość dziennikarska? Ruchliwość, pogoń za nowością, chęć udowodnienia czegoś, pokazania siebie, wola dokonania zmian w opisywanej rzeczywistości? A może jest to pragnienie utrwalenia zmieniającego się świata? Zainteresowanie i interesowność? Chyba wszystko razem, ale na pewno pragnienie kontaktu, choćby tylko pośredniego z drugim człowiekiem. Humanizm.
Czy teraz osobowości dziennikarskich nie ma? Chyba są, ale jak mają się objawić, skoro klasycznych czasopism, nad którymi można się zadumać, zatrzymać, przysnąć nawet, prawie że nie ma, a wielu młodych dziennikarzy zmuszonych jest do służby marketingowej i public relations w różnych firmach i korporacjach. Dziennikarstwo zawsze balansowało na granicy prawdy i fałszu, a przynajmniej informacji i propagandy, a teraz dziennikarze coraz częściej operują już tylko w ściekach post-prawdy.
Znaleźli się więc w Słowniku  tylko dlatego, że przez kilka lat pracowali w normalnych redakcjach, choć o niektórych tytułach pierwszy raz słyszę. I chyba bez straty, bo to efemerydy – dwa, trzy, maksimum kilka lat istnienia. Zmienił się ten zawód, o ile jeszcze jest zawodem a nie jakąś pełną schematów jałową młócką nastawioną na łapanie i mamienie klientów, bo nie czytelników. Teraz wszystko zamienia się w akt kupna-sprzedaży, nawet w kulturze nie mówi się już o dziełach tylko produktach.
Autorów Słownika przed zarzutem zachwaszczenia dziennikarskiej niwy ratuje włączenie do grona dziennikarzy publicystów, głównie autorów różnych książek i albumów. Bo oni, napracowawszy się w firmach i korporacjach i żeby popatrzeć bez niesmaku w lustro oraz dać upust swemu talentowi, zabrali się za książki. Marek Chełminiak jako fotograf wyspecjalizował się w almanachach regionalnych i lokalnych. Gizela Chmielewska po wielu latach pracy badawczej wydała ksiązki o polskim Wschodzie: Cierń kresowy (2010), Kropla goryczy (2014), Gniazdo zastępcze (2018). Nie do przecenienia jest pięć leksykonów kulturalnych Zdzisława Prussa sprokurowanych wraz z różnymi współpracownikami. Tak więc publicystyka dziełowa ratuje dziennikarstwo przed wspomnianym już wyjałowieniem i bladą anonimowością. Tego samego nie mogę jednak powiedzieć o przekazach internetowych, bo ich skrótowość bliska jest korporacyjnemu reklamiarstwu, tym bardziej, że bardzo często różnym korporacjom one służą. No i ta zabójcza ulotność: dziś są, jutro ich nie ma. A gazeta chociaż poleży sobie dłużej na stoliku, czasem na strychu i po latach z zaciekawieniem i uśmiechem pobłażania przeczyta się ją po raz wtóry.   
Problemem dziennikarstwa przełomu XX i XXI wieku był związek dziennikarstwa z władzą. Nie ulega wątpliwości, że w Polsce Ludowej władza autorytarna, a w niektórych okresach nawet totalitarna (1947-1953, 1981-1989), traktowała media jako instrument propagandy. Wiązała dziennikarzy przynależnością partyjną, systemem finansowania, siatką analiz i ocen, a nawet bezpośrednim dyktatem tajnych służb. Funkcjonariusze UB i SB dostarczali bowiem dziennikarzom materiały operacyjne w celu napisania artykułów o określonej treści. Tak na przykład było w 1962 roku z krytyką pomocy charytatywnej świadczonej przez organizacje chrześcijańskie w RFN. Podobnie było w latach osiemdziesiątych XX wieku. Dobrze byłoby, aby dla prawdy historycznej dziennikarze, którzy ulegli takim naciskom, opisali je z reporterską dokładnością. No i ze wstydem, na pewno też z tłumaczeniem się. Mają ku temu prawo.  
Nie ulega wątpliwości, że już z końcem lat siedemdziesiątych a na pewno po 1980 roku wielu dziennikarzom, szczególnie młodym, taka zależność zaczęła ciążyć. Etos wolności, w tym wolności twórczej, ale też etos porządnego dziennikarstwa, który mimo wszystko kultywowało, choć tylko postulatywnie i teoretycznie, Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, nakłaniał do przebudzenia się i zmiany postawy. Wielu tak uczyniło, choćby wspomnieć Ryszarda Jaworskiego (1942-2018), w młodości krótko pracującego jako cenzor, a od 1975 roku prowadzącego krytyczny wobec władz tygodnik  „Kujawy”. W lutym 1982 roku został on usunięty ze stanowiska redaktora naczelnego tegoż pisma i zmuszony do banicji do Gdańska; pismo oczywiście padło. Tego typu przebudzeń i nawróceń było więcej, co wcale nie znaczy, że nie należałoby – jak chce Andrzej Bogucki – poinformować w poszczególnych notach biograficznych o wcześniejszej przynależności partyjnej  a także o związkach z SB, choć trzeba pamiętać, że one czasami też kończyły się „rozwodem”.
Nie mam wystarczających informacji o przynależności partyjnej kujawsko-pomorskich dziennikarzy, ale po wnikliwych badaniach historycznych mogę podać w miarę pełną listę współpracowników SB.
Pierwszym z odnotowanych był Tadeusz Petrykowski (1921-1983), który jako TW „Bury Wiesław” inwigilował środowisko artystyczne i dziennikarskie w latach 1961-1968. W 1967 roku pozyskano TW „Seweryna”, czyli Stanisława Jakubowskiego (1930-2017), redaktora „Ilustrowanego Kuriera Polskiego”; w 1963 roku TW „M” („Marino”, „Jana”), czyli Jerzego Jaśkowiaka (1936-2013), redaktora „Dziennika Wieczornego”; w 1975 roku TW „Lipińskiego”, czyli Jerzego Wiśniewskiego (1948-), redaktora „Dziennika Wieczornego”; w 1974 roku TW „Andrzeja”, czyli Lecha Lutogniewskiego (1953-2006), w 1981 roku TW „Francuza” (w latach 1984-1985 współpracownik kontrwywiadu WSW), czyli Marka Faściszewskiego (1956-) z Rozgłośni Polskiego Radia, choć on w procesie sądowym został oczyszczony z zarzutów, gdyż jego współpraca dotyczyła tylko sprawozdań z wyjazdów zagranicznych. W latach 1985-1989 jako TW „Żurawski” funkcjonował Janusz Drozdowski (1934-1990) z Rozgłośni Polskiego Radia a w latach 1982-1989 jako TW „Krzysztof” jego kolega z rozgłośni Włodzimierz Chłodziński (1936-1996).
Aktywność agenturalna ułatwiona była przez fakt, że dziennikarze z różnych redakcji spotykali się często ze sobą, należąc też do jednego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a spotykając się na obiadkach w „dołku”, czyli w redakcji „Gazety Pomorskiej” przy ul. Śniadeckich 1. Agentów tych wspierali agenci wywodzący się z kręgów administracji, jak na przykład TW „Krzysztof”, czyli Ryszard Ciesielski w RSW „Prasa-Książka-Ruch” czy KO „Stenia”, czyli Stefania Zmaczyńska w Oddziale Wydawnictwa „Epoka”, będącego agendą „niepewnego” Stronnictwa Demokratycznego. Przynależność tej drugiej do PZPR blokowała przejście do kategorii TW, lecz praca na rzecz tajnych służb kwalifikowała ją wręcz do kategorii nieetatowych funkcjonariuszy SB. KO „Stenia” w sposób niezwykle wyrachowany spełniała swoją rolę. Bardzo opiekuńcza wobec dziennikarzy, nazywana przez nich matką, uzależniała ich od siebie, tolerując ich różne grzeszki i świadcząc różne drobne beneficja. Od czasu do czasu wzywała ich do siebie i przepytywała zgodnie ze scenariuszem podyktowanym przez SB. Wspomagał ją w tym, ale głównie w kręgach administracji i poligrafii TW „Zawadzki”, czyli inspektor wydawniczy Zygmunt Kaniecki. Po 1976 roku w inwigilację, kontrolę i moderowanie redakcji „Ilustrowanego Kuriera Polskiego” włączyła się KS „DH”, czyli zastępca sekretarza redakcji Danuta Hencel (1944-1989). Znając operatywność i przebiegłość KO „Steni”, prawdopodobnie to „Stenia” dyrygowała ową dwójką a przynajmniej z nią ściśle współdziałała w celu umocnienia ustroju, w który zapewne w trójkę wierzyli. Z. Kaniecki do „wiary” tej został zmuszony szantażem za drukowanie wydawnictw religijnych na niezarejestrowanej maszynie poligraficznej.
Trzeba też mieć świadomość, że oprócz formalnej współpracy z SB miała też miejsce współpraca nieformalna, bez dokumentacji, dorywcza i w wielu przypadkach była ona bardziej efektywna niż formalna, ale wymuszona. Bywało, że miała charakter złośliwego delatorstwa, zwanego eufemistycznie pomocą obywatelską. No cóż, zawiść jest w środowiskach twórczych na porządku dziennym.
Trudno z dzisiejszej perspektywy dokonywać oceny moralnej Osobowych Źródeł Informacji, najlepiej więc odnotować tylko fakty. Ważną informacją jest czasokres współpracy, zerwanie jej bądź nie, unikanie współpracy mimo formalnego zarejestrowania, ograniczanie współpracy do „gry z funkcjonariuszem”, ostentacyjna bierność, przekazywanie informacji fałszywych bądź ogólnie znanych, wykazywanie się nieznajomością rzeczy. Nie ulega też wątpliwości, że wielu dziennikarskich OZI było znakomitymi fachowcami i spolegliwymi działaczami społecznymi, wychowawcami nowych pokoleń, jak S. Jakubowski, J. Drozdowski, W. Chłodziński.
Ogromnym nakładem pracy sporządzony Słownik dziennikarzy i publicystów Kujaw i Pomorza (1908-2021) jest bardzo potrzebny dla utrwalenia tego, co tak ulotne – a więc publikacji gazetowo-radiowo-telewizyjno-internetowych i ich twórców, tudzież wyrobników. Posiada jednak pewne mankamenty, w tym przede wszystkim brak spójnego modelu poszczególnych not biograficznych.
W wielu przypadkach opublikowano na żywca to, co bohaterowie sami o sobie napisali, a nierzadko napisali, co im ślina na język przynosiła, bez zhierarchizowania danych. Zabrakło – jak już wspomniałem – informacji o związkach politycznych, a przecież dziennikarstwo bardzo ściśle splata się z polityką. Informacje o przynależności partyjnej, których nie unikał Jerzy Długosz, autor Słownika dziennikarzy regionu pomorsko-kujawskiego (1997) w pełniejszym świetle pokazałyby poszczególne postacie, bardzo często będące ofiarami określonych sytuacji. Jedynie Grażyna Nowicka (1945-) przyznała się do przynależności do PZPR.
Niemniej Słownik może być świetną bazą wyjściową dla pogłębionych analiz meandrującego nurtu diarystyki, reportażu i publicystyki w regionie. Gromadzi pewną, choć niepełną wiedzę.

--------------------------------------------------------------------------------------------
Słownik dziennikarzy i publicystów Kujaw i Pomorza (1908-2021), red. Bolesław Aszklar, Ryszard Buczek, Gizela Chmielewska, Zbigniew Kołpacki, Grzegorz Młokosiewicz, Bydgoszcz 2021, Kujawsko-Pomorski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, ss. 320

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok