Dukla, brama do Rzeczpospolitej. Pierwsze znaczące miasto na tzw. trakcie węgierskim, skąd od wieków z południa płynęły do Rzeczpospolitej nie tylko ludzie, czy też idee, style, mody z Italii, a zwłaszcza towary w postaci win południowych, które wiezione przez kupców, chronione przed zbójcami, tzw. beskidnikami, gościły na stołach bogatego mieszczaństwa, szlachty i magnaterii.
„Kocia szajka i fałszerze pierników” najnowsza premiera toruńskiego Baja inspirowana jest piątym tomem książki Agaty Romaniuk pod tym samym tytułem. Akcja spektaklu niczym z kryminalnego serialu wyjęta trzyma widzów w stałym napięciu. Na samym początku dowiadujemy się, że ktoś w Grodzie Kopernika podrabia toruńskie pierniki. Używa gorszych składników, skraca czas dojrzewania ciasta, dodaje szkodliwych konserwantów i sprzedaje produkty po konkurencyjnych cenach, psując tym samym renomę słynnych lokalnych specjałów. Miasto jest tą sytuacją wstrząśnięte, a szczególnie emerytowany komisarz kot Bibi Lolo. Do rozwiązania kryminalnej zagadki i zdemaskowania piernikowego gangu, żeby uniknąć korupcji lokalnej policji, zatrudnia on grupę detektywów z odległego Cieszyna.
Szczególnym konkursem jest interdyscyplinarna impreza Lednicka Wiosna Poetycka, która łączy różne dziedziny sztuki, choć akcent kładzie na poezję. Została ona powołana do istnienia w 1997 roku przez Stanisławę Łowińską i od niemal trzydziestu lat jest obecna na arenie kulturalnej Wielkopolski.
Można ją śmiało określić najsubtelniejszą poetką współczesnego Krakowa. Kilkanaście rozchwytywanych i znaczących tomów poezji świadczy samo za siebie. Danuta Perier-Berska nie zwalnia tempa.
Topolowy szelest słów w poezji Anny Andrych
Z dorobku literackiego poetki Anny Andrych wybrałem dwa tomiki wierszy, a mianowicie: Do dna (1996) i Archipelag (2018). W zamyśle chciałem dostrzec zaistniałe różnice w tematach i stylu pisania poezji na przestrzeni czasu. Autorka tych tomików w przyszłym roku będzie obchodzić czterdziestolecie swojej twórczości, zadebiutowała wierszem w 1985 roku na łamach Zielonego Sztandaru. Jest poetką o bogatym dorobku literackim, pisze prozę, wiersze, opisujące zjawiska i wydarzenia, dotykające ją osobiście lub pośrednio, wrażliwość kobiety i poetki jednocześnie.
Żyjemy w zalewie informacji, w czasach, w których słowa mnożą się w nadmiarze. Cały ten zasób wyrażeń i znaków językowych powinien służyć wzajemnemu porozumieniu. Oczywiście, język się zmienia, ponieważ funkcjonujemy w erze szybkich przemian i w różnych środowiskach. Zmiany te czasami służą podmianie znaczeń, co może prowadzić do głoszenia nieprawdy lub wywołania chaosu.
Czytając dwanaście lat temu, tom poezji Stanisława Chyczyńskiego Byłem pomyłką, nie uwierzyłem w zejście z literackiej drogi tak utalentowanego i oryginalnego liryka z Kalwarii Zebrzydowskiej. Wszak Ryszard Kapuściński w Lapidarium VI pisze: „Króla stwarzają dworzanie. Bez nich jest on zwykłym człowiekiem. To im zawdzięcza konieczną dla istnienia władzy atmosferę podniosłości i celebry. Kiedy owa atmosfera kończy się, kiedy gasną światła reflektorów i milkną oklaski tłumu, znika również król – żałosny artefakt”. Zastąpmy króla – poetą?
Zielony, jak wiadomo, to ulubiony, symboliczny kolor ekologów i działaczy proekologicznych. Wątek walki o dobrostan Matki Natury, w polskiej muzyce młodzieżowej i rockowej, pojawił się już na przełomie lat 60- i 70-tych. Ograniczę się do trzech przykładów. W tamtym czasie bardzo popularna stała się satyryczna i stylizowana piosenka Kazimierza Grześkowiaka Chłop żywemu nie przepuści. W 1969 r. zespół Klan nagrał piosenkę Z brzytwą na poziomki, w której refrenie wybrzmiewał znamienny apel: „My, zielone fauny, na fujarkach grajmy, my, zielone fauny, niszczyć mu nie dajmy”. Kilka lat później grupa Homo Homini wylansowała przebój Drzewa ruszają w drogę, z interesującą nas tu frazą: „Stało się przecież na koniec to, co musiało się stać: wielkim, zielonym pochodem drzewa ruszyły przez świat”. Zieleń sukcesywnie zyskiwała na ideowej mocy.
Odczuwam pewien rodzaj szczęścia ze „zdobycia” Naroczy, z kąpieli w tym największym białoruskim jeziorze. Paradoksalnie nie dokonałem tego nigdy w Śniardwach, mając z tym olbrzymem jedynie kilkuminutowy kontakt, gdy zahaczyliśmy onegdaj jachtem o jedną z jego rubieży w czasie mazurskiej przygody żaglowej. Wykąpałem się zaś w białoruskiej Naroczy (!)