Ludwik Filip Czech - Poezja pod wysokim napieciem.

Debiutancki tomik wierszy Ewy Kowalczyk potraktowalem jak każdy inny. Wyjąłem z redakcyjnej koperty i otworzyłem na dowolnej stronie. Żeby wyrobić sobie wstępną opinię. Ślepy los chciał, że natknąłem się na tytuł „Przed kolacją”. To utwór napisany sprawnie, utrzymany w poprawnym literackim kanonie. Właściwie bez zarzutów, gdyby nie fakt, że mówi o niczym. Poetka zupełnie serio zastanawia się czym umilić sobie wieczór - kawa czy herbata. Sama następnie rozstrzyga ten dylemat pisząc - „ale czy to ważne skoro jest nam miło”. Gdzie w tym wszystkim dramatyzm - pomyslałem - gdzie ów poetycki haczyk, który autorzy zarzucają na wytrawnego czytelnika. Niczego takiego nie znalazłem. Zasugerowany szczegółem - ogól uznałem za nieudany. Pochopnie. Oskar Wilde napisal: „Nigdy nie czytam książek które recenzuje. Tak łatwo się zasugerować”. Również i w tym wymiarze nie jestem Wildem. Czytam w całości powierzone mi książki. Choć wiem, że to wśród recenzentów zanikający zwyczaj. Tomik „Przepraszam chciałam przejść” Ewy Kowalczyk przeczytałem dokładnie, co po raz kolejny przekonało mnie, że przyzwoitość popłaca. Zmienilem bowiem zupełnie zdanie o tej książce. Prawdą jest, że otwierający ją wiersz ”Własny rodzaj kamienia” to moim zdaniem poetycki słowotok. Zbiór barwnych obrazów, które tworzą całość - wyłącznie estetyczną. 

W tym wszystkim samodzielne jest tylko echo i skrajne pozycje słońca

Kiedy nad ranem biedronki pachną  szronem i mandarynkami

W dłoniach nadal zima przebija przez szyby tramwaju

Fantasmagorie przychodza częściej a sny maleją; po prostu przestają   

      „Własny rodzaj kamienia” 
 

   Czytając podobne wiersze mam wrażenie, jakbym przedzierał się przez gęstwinę leśną. Nie neguję tutaj bogatej wyobraźni. Ta stanowi atut tej książki. Podejrzewam jednak, że czytelnik - przytłoczony tym skondensowanym nadmiarem poezji - straci chęć do dalszej lektury. Tymczasem już na kolejnych stronach poetycka mgła rozrzedza się. Znajdujemy teksty przystępniejsze w odbiorze. Ich niewątpliwa atrakcyjność i odrębność - dzieki uproszczeniu formy - są lepiej widoczne. Wymienie tylko niektóre tytuly - „Symbolika nerwic”, „Po obu stronach”, „Reminiscencja…”, „Panowie z pogotowia”. ”Mocarzem być” to mój ulubiony wiersz - granat: 
 

Potem im pokaze.

Królowa dynamitu 

Dotknęli

Nie wybuchłam 

A ziemia zrównana 
 

     Prawie wszystkie wiersze tego zbioru są w dziwny sposób naelektryzowane. Mają nieobojętny ładunek. Bliskie są eksplozji. W jednym z nich sama autorka używa zwrotu „moja elektryczność” / ”Żebyś był tak zupełnie happy…”. W tym miejscu wspomnę o utworze „Wcale nie chcieliśmy”. Wpisuje się on w tonację poprzedników i podsumowuje ten charakterystyczny wątek. Mogę tylko zgadywać skąd bierze się ta indywidualna cecha. Jej źródeł dopatruję się w wyjątkowej osobności tych wiersz. Osobności samej autorki. Osoby -śmiem twierdzić - o usposobieniu konfrontacyjnym, która z dogodnej dla siebie pozycji obserwatora bada rzeczywistość, jak laborant bada preparat. Warto też dodać, że istnieje w tym zbiorze wątek szpitalny. Jego czołowym reprezentantem jest - dla mnie - wiersz „Zasadniczo ważne”. Może dlatego, że to utwór nietypowy. Czytelnik nie znajdzie tutaj opisu chirurgicznej jatki. Nie natknie się na fruwające pod sufitem skalpele. Nie będzie świadkiem reanimacyjnej akcji prowadzonej w jeziorze krwi. Autorka bowiem - rezygnujac ze schlebiania pospolitym gustom - skupia się na atmosferze panującej na szpitalnym korytarzu. Na rzeczy mało spektakularnej, a jednak zasadniczej. Żeby tak pisać, trzeba albo tam pracować albo długo przebywać. Żeby zrozumieć. 
 

Nikt nie krzyczy tu jest smutek korytarza

Echo serca rozchodzi się słabo

Tylko cisza i smutek potrafia zabrzmieć

To jest dobre mijsce na pustelnie 

      „Zasadniczo ważne” 
 

 Zestaw najlepszych wierszy znalazłem w rodziale „Ostatnie trzaśnięcie drzwiami”. W moim egzemplarzu prawie każdy utwór dostał trzy plusy. Tytuł sugeruje zamknięcie pewnego etapu. Być może rozpoczęcie kolejnego. Temperament tej poezji - o którym pisałem wcześniej - nagle zdecydowanie słabnie. Jakby poetka uprzednio skacząc po skalnych półkach, teraz wędrowała szeroką górską polaną. Taki nasuwa mi się obraz, gdy porównuję te dwie jakości. Nawet zapis w „Ostatnim trzaśnięciu drzwiami” jest zupełnie inny. Przywołuje w wyobraźni spokojny miarowy oddech. ”Wiersz o kryształach” - pierwszy w tym rozdziale - zapowiada świetną lekturę. Całkowite panowanie nad językiem idzie w parze ze zgrabnymi pomysłami (”Miało być o Warszawie…”). To wiersze nieco bardziej osobiste, z wyraźnym śladem drugiego człowieka. Ten jest jednak tylko tłem, przyczynkiem do refleksji. Nie odgrywa roli pierwszoplanowej. ”Sokół wędrowny” karze nawet postawić pytanie, czy aby jego ustawiczny brak nie jest jego główną zaletą. Chociaż z drugiej strony, ową wątpliwość rozwiewa wiersz „Przed zaśnięciem”. To wyjatkowej urody poetycka robota. Świadcząca o skali talentu autorki. Niestety z powodu ograniczeń przytocze skromny fragment: 
 

Tym razem postaram się wysłuchać twoich oddechów

Szepczących że jesteż zmęczony i śpisz smacznie 

Postaram się nie zakłócać snu

Natarczywym patrzeniem które może peszyć

Które przeszywa i obserwuje twój charakter

Bo tylko nocą pozostaje bezbronny

Gdy badam go od zewnatrz poczynając od skroni (…) 

   Ewa Kowalczyk świetnie porusza się między biegunami nastrojów. W jednej chwili potrafi krzesać iskry, żeby za moment  czułym wzrokiem kontemplowac sfere uczuć. Żaden z wierszy nie jest opatrzony datą. Być może to poetycki koktajl. Zaryzykuje jednak twierdzenie, że te ostatnie w zbiorze - w wyraźnie spokojniejszej tonacji - są efektem dojrzałości. A wiec powstały niedawno. Tak czy inaczej - należy autorce pogratulować. I mieć nadzieję, że pozostanie wierna tylko tym emocjom które pomnożą jej talent. 

Książkę polecam. 
 

Ewa Kowalczyk

„Przepraszam chciałam przejść”

Miejski Dom Kultury w Żyrardowie 2008

Sts.59

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora