Jerzy Suchanek - Między białymi skarpetkami, a białymi dywanami

Każda kolejna książka Stefana Pastuszewskiego umacnia moje przekonanie, że mam do czynienia z pisarzem wyjątkowym, bo nie robiącym artystowskich uników przed koszmarami naszej rzeczywistości. Podobnie jak w zbiorze opowiadań „Coś się kończy, coś się zaczyna...”, Pastuszewski w książce „Trumna nie ma kieszeni” sięga tam, gdzie współczesna proza polska najczęściej nawet nie zagląda z obawy przed popełnieniem „grzechu” niepoprawności politycznej lub z braku wrażliwości na koleje życia tzw. zwykłych ludzi (zwykłych, bo np. nie będących ani artystami przez duże „A”, ani kochającymi inaczej, ani jakąkolwiek inną mniejszością, byle społecznie agresywną).

Zazwyczaj nie zwraca się na to uwagi - w końcu lektura prozy Pastuszewskiego jest zajęciem frapującym przede wszystkim ze względu na treść, a nie formę - że język, którym posługuje się autor „Proboszcza”, to specyficzna odmiana polszczyzny. Słuchamy jej, ale nie słyszymy - często bowiem sami już mówimy taką polszczyzną. Nie ma nic bardziej zaraźliwego niż sposób mówienia, a raczej wysławiania się. Wszyscy usiłują mówić tak, jak wyobrażają sobie, że kiedyś (czyli zanim ukończenie studiów wyższych stało się intelektualnie łatwiejsze, niż zdobycie w XIX wieku czeladniczych umiejętności rzemieślniczych) mówili ludzie wykształceni. Ponieważ jednak w społeczeństwie, które wydało tylu mistrzów słowa (od Kochanowskiego po Miłosza), czytanie dzieł tych mistrzów, czy w ogóle literatury pięknej,  uważane jest za coś uciążliwego i zbędnego, wysławia się ono tak, jak się wysławia. I obecnie ludzie uważający się bez spuszczania oczu za wykształconych, bo mają to udokumentowane na świadectwach dojrzałości, dyplomach licencjackich i magisterskich, mieszają to, co wydaje im się poprawną polszczyzną, z lokalnymi „gwarami” wiejskimi, miejskimi i specyficznym językiem codziennych gazet i mediów elektronicznych oraz bełkotem polityków (który jest postdemokratyczną wersją peerelowskiej nowomowy - a ta swój udział w języku współczesnym też ma niemały). Pastuszewski nadaje tej mowie III Rzeczpospolitej jedynie niezbędny szlif stylistyczny i frazeologiczny. Odmiennie jednak niż np. Maciej Malicki, który z poziomu powierzchni zdarzeń, również językowych, próbuje odnajdywać sensy egzystencjalne, wskazywać pęknięcia w „skorupie”, przez które czytelnik może (jeśli potrafi) zajrzeć w głąb. Autor „Dwunastu pań i panów w lusterkach” nie zajmuje się rejestracją zjawisk na styku języka i świata, on się tym językiem posługuje, nie tylko jako wszystkowiedzący narrator. Również odtwarza go w mowie bohaterów tej prozy.

O nie, ten język nie jest bezbarwny - między białymi skarpetkami, od których główny bohater pierwszego opowiadania pt. „Nadzieja” zaczynał, a białymi dywanami, wśród których kończy, jest spora paleta różowości wymieszanych z szarościami. Sukces materialny okazuje się fiaskiem w obliczu doświadczenia ostatecznego, jakim jest śmierć. Bohater tego opowiadania ostatecznego pocieszenia nie szuka we wspomnieniu ciekawego życia, czy w synu (ten zresztą jest utracjuszem i zdaje się właścicielowi białych dywanów nie synem-następcą, lecz synem-konkurentem), lecz w informacji o aktualnych kursach walut. Umiera, dzwoniąc po księgowego. To jego jedyna nadzieja. Innej zresztą być nie może w takim systemie wartości, w którym rozrastające się atrapy szczęścia (od skarpetek do dywanów) nie pozostawiają miejsca na emocje i uczucia bardziej skomplikowane, niż samozadowolenie z zamożności. Czy taka jest cena ograniczonego i specyficznego „sukcesu” gospodarczego III Rzeczpospolitej? U jej początków nieracjonalnie i utopijnie mogło wydawać się, że kombinatorzy w białych skarpetkach bardziej niż białych dywanów będą pożądać białych kruków...  Pastuszewski dobija to złudzenie. Arystokracja pieniądza w znanej nam rzeczywistości nigdy nie stanie się arystokracją ducha. A arystokracja ducha nie sięgnie po fortuny i tym samym zostanie zmarginalizowana. Chyba że weźmie się za realizacje konkretnych interesów politycznych, najczęściej sprzecznych - z obśmianym przez nią - dobrem narodowym. „Nadzieja” jest najkrótszym opowiadaniem w tomie, ale ewokuje skojarzenia, a za nimi rozważania wykraczające daleko poza standardowy namysł nad utworem literackim. Swoistym dopełnieniem „Nadziei” jest opowiadanie „Papier toaletowy”, opisujące kilka godzin z życia emeryta, któremu brakuje środków na zaspokojenie podstawowych potrzeb, takich jak ogrzanie mieszkania w zimie, zakup najtańszej żywności i... papier toaletowy. Winien tu jestem krótkie wyjaśnienie dla młodych czytelników. W czasach peerelu papier toaletowy był „dobrem” deficytowym. Trudno go było „zdobyć”, a jak już się udało trafić na dostawę do sklepu, czy kiosku, to się kupowało kilkanaście rolek. Szczęśliwcy za pomocą sznurka robili sobie z rolek naszyjnik i tak przyozdobieni pędzili przez miasto do domu rozpromienieni, jakby jakieś wieńce olimpijskie mieli na szyjach. W szaletach publicznych babki klozetowe wydzielały papier na łokcie, jeśli go akurat miały, lub oferowały kawałek starej gazety (najlepiej do tego celu nadawała się „Trybuna Ludu” lub wydawana na Śląsku „Trybuna Robotnicza”). Z toalet biurowych, fabrycznych i pociągowych papier toaletowy znikał natychmiast po uzupełnieniu jego braku, jeśli ten brak sprzątaczka raczyła uzupełnić. Przezorni zabierali ze sobą odpowiedni metraż papieru toaletowego wszędzie, a szczególnie, gdy wybierali się w podróż. Pod koniec peerelu pojawiły się nawet specjalne torby i aktówki z kieszonką na spory zwitek tego papieru - kieszonki podobne do tych, jakie teraz producenci przeznaczają na telefon komórkowy. Niestety, epoka obfitości papieru toaletowego, która zaczęła się wkrótce po tzw. okrągłym stole, rychło stała się dla takich emerytów, jak Zenon z opowiadania Pastuszewskiego, epoką niedoboru środków na (prze)życie.  Chcąc nie chcąc, Zenon musi kontynuować podkradanie papieru toaletowego z toalet biurowych. Tymi kradzionymi rolkami broni resztek swej godności. Szkoda, że autor nie wspomina, czy Zenon nie używa do tego celu „Gazety Wyborczej” ze względów estetycznych, politycznych, czy po prostu się boi.

W opowiadaniach „Pucio, Pucio...”, „Woreczki foliowe i papierowe” i „Nowa praca Juliusza” pokazuje Pastuszewski, jak się w Polsce robi karierę literacką, jak skorumpowani są ekolodzy i jak się tworzy synekury dla partyjnych kolesi pod pozorem realizacji wydumanych projektów, finasowanych ze środków publicznych i unijnych. Uważny czytelnik może tutaj mieć tylko jedno zastrzeżenie do rozpoznań autora „Coś się kończy, coś się zaczyna...”. Otóż pozostawia przekonanie tytułowego bohatera opowiadania „Pucio, Pucio...”, że „(...) nie zrobisz kariery, nie należąc do którejś ze światowych mafii: pedalskiej albo żydowskiej, najlepiej (należeć - przyp. JS) do obydwu (...)”, bez głosu polemicznego. Jakby taka teza nie wymagała riposty. Ale czy w ogóle takie przekonanie zasługuje na jakiś z nim dialog, czy spór? Sądzę więc, że to nie „błąd w sztuce” lub niedopatrzenie autora „Proboszcza”. Przecież pisze dla umiejących czytać, a więc potrafiących myśleć, czyli zdolnych do dokonania samodzielnej oceny cytowanego przekonania. Autor nie musi być podpowiadaczem. Ani jako narrator, ani poprzez stworzone przez siebie postaci. Oczywiście ryzykuje wtedy więcej, bo zostawiając czytelnikowi (szczególnie takiemu, który reaguje histerycznie) całkowitą swobodę, naraża się i na to, że ten uzna Pucia za porte parole autora.

Do jakiej desperacji może doprowadzić rozbudzona, lecz nie spełniona ambicja artystyczna, dowiemy się z opowiadania pt. „Wrzutka”. Artyści imają się różnych sposobów, by zaistnieć. Choćby przez godzinę, piętnaście, pięć minut u osowiałej od nadmiaru bodźców wizualnych i dźwiękowych publiczności. O wartości dzieła nie decyduje już jego idea i mistrzostwo wykonania, ale czy jest dopuszczone do nośnego medialnie miejsca. Nie jestem pewien, czy Pastuszewski nie oparł „Wrzutki” na autentycznym wydarzeniu (lub wydarzeniach). Jeśli tak, to również chwała mu za to. Historia nieznanego malarza, który zawiesza swój obraz obok dzieł uznanych mistrzów w Luwrze, zasługuje na coś więcej niż kilkunastosekundowy  news w telewizji śniadaniowej, lub wzmianka w dziale ciekawostek jakiegoś plotkarskiego czasopisma dla kobiet.

Zgryźliwemu zgłębianiu kobiecej duszy poświęca Pastuszewski kolejne trzy opowiadania. „On” to opowieść o zakłamaniu i wyznaniu, skrytym  w literacką formę. Traktowanie małżeństwa, jako instytucji ekonomicznej li tylko, prowadzi główna bohaterkę do utraty swej tożsamości. Rodzi dzieci poczęte nie z mężem, gdyż ten okazuje się bezpłodny, ale z kochankami, byle tylko - dzięki dzieciom - nie stracić statusu materialnego, jaki zapewniło jej małżeństwo. Z kolei bohaterka „Powłoki” niechęci do swej kobiecości daje wyraz ostateczny. Natomiast w opowiadaniu „Moja kochana Zosieńka” - dość karkołomnie, choć ironicznie - czyni Pastuszewski z bohaterki swoje alter ego i orędowniczkę między innymi swych przekonań o ścisłym rozgraniczeniu biologicznych i społecznych ról damskich i męskich. W tych trzech opowiadaniach kontynuuje autor „Tancerki” swoje - z punktu widzenia emancypantek i feministek - mizoginiczne obserwacje. Według pisarza wykraczanie poza naturalny ład biologiczny i społeczny w relacjach między kobietami i mężczyznami prowadzi do rujnowania ładu moralnego.  I jest w tym nieomal pozytywistycznie przekonujący.

Szczególnie w opowiadaniu pt. „W megafonie”. Narrator nie ukrywa, że jest pisarzem. Nie dziwi więc, że pilnie wsłuchuje się w opowieść kobiety, której praca polega na zapowiadaniu przez dworcowy megafon przyjazdów i odjazdów pociągów. W zwykłości jej życia jest jakaś niesamowita aura spokoju i równowagi. Życia jakby znieruchomiałego pośród tętniących ruchem dworcowych torowisk oraz zapełniających się i wyludniających peronów. Cóż z tego, że konstatacje filozoficzne tak kobiety, jak i narratora brzmią nieco staroświecko, jakbyśmy czytali dziewiętnastowieczną rozprawkę filozoficzną wiejskiego nauczyciela? Oto okazuje się, że wśród zgiełku zmian każdy, nawet mniej wyróżniony niż kobieta zapowiadająca przez megafon, może znaleźć ład i szczęście. Czy tylko wtedy, gdy potrafimy być niezależni od odjeżdżających i przyjeżdżających pociągów, od tych zmian, które im bardziej oszałamiają, tym mniej zmieniają?

W zapewne autobiograficznym opowiadaniu „Bóg jest!” Pastuszewski udanie mierzy się z odnalezieniem znaków Boga w codziennym życiu, natomiast zamykające książkę opowiadanie „Pan Bóg na żużlu” okazuje się czymś więcej niż socjologicznym obrazkiem z życia kibiców tej dyscypliny sportu. To, że autor „Dziwnych spraw” jest zawołanym kibicem żużlowym i zna doskonale wszelkie realia, pozwoliło mu w opowieści o uobecnianiu się Pana Boga w trakcie meczu drużyn żużlowych zawrzeć moralitet o marnych skutkach wszelakiej nieuczciwości. Cóż, niektóre machloje bez boskiej interwencji czy to w żużlu, czy w piłce nożnej, czy w jakiejkolwiek innej dyscyplinie sportu, a szczególnie w codziennym życiu III Rzeczpospolitej byłyby zapewne nie do rozwikłania.

Tyle tylko, że ja wolałbym, by narrator tego opowiadania konwersował z Panem Bogiem na przykład po łacinie, a nie w języku upstrzonym nieco już zapomnianymi kibicowskimi sloganami. Nie w języku III Rzeczpospolitej.

Jerzy Suchanek

 

Stefan Pastuszewski, Trumna nie ma kieszeni, Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, Bydgoszcz 2009, ss. 116.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora