Ariana Nagórska - Wymóg bezwarunkowego aplauzu

NISZA KOZIOROŻCA            
 

          Nie ulega wątpliwości, że łatwiej dziś spotkać piszącego niż czytającego, o czym wiele razy już wspominałam. Teoretycznie więc piszący powinien skakać z radości, gdy ktoś jego dzieło raczy choćby przekartkować. A jeśli już trafi się ktoś, kto poświęci czas, by wyrazić swe opinie - autor powinien być w siódmym niebie choćby z tego względu, że czytelnik nie okazał się wobec jego dzieła obojętny. Nie mówię tu wcale o recenzowaniu w czasopismach - bo to osobny rozdział. W tej dziedzinie coraz częś-

ciej możemy oglądać szczyt groteski, gdy autor sam informuje publicznie, jak należy jego dzieło czytać i interpretować oraz jakie walory obowiązkowo w nim dostrzegać. Jest to zwykle polemika z recenzentami, którzy zdaniem autora czytali  bez należytej uwagi, źle interpretowali, nie zauważyli,spłycili, zubożyli... itp. Pomijając oficjalne recenzowanie i autorecenzowanie, chcę się skupić na innym, dość powszechnie obserwowanym zjawisku: autorzy usilnie proszą różnych kolegów, znajomych, adresatów korespondencji itp. o szczerą wypowiedź na temat ich książki, a gdy ktoś się wypowie, z góry może liczyć na obrazę majestatu, która następuje wcale nie tylko wtedy, gdy dzieło zostało totalnie skrytykowane.

          Uczciwa opinia o czyimś dziele zwykle wypunktowuje jego plusy i minusy - a obraza majestatu autora wynika z oczekiwania wyłącznie zachwytów. Zresztą przy samych zachwytach obraza też jest możliwa. Można na przykład mieć pretensje, że zachwyty trwały zbyt krótko (dzieło potraktowano zdawkowo i na odczepnego), że były nie dość gorące (lekceważący chłód i protekcjonalny dystans), a jeśli były wystarczająco długie i gorące i tak zawsze można wskazać innego autora, któremu dany czytelnik jednak poświęcił więcej czasu i entuzjazmu (a to już z jego strony jawny afront!). Oto wypowiedź niemile zaskoczonej pani, na którą obraził się autor ponad 400-stronicowej powieści: „Sama wiesz, że nikt jego powieści nie chciał nawet wziąć do ręki. Ja jedna dałam się namówić, choć też wolałabym ten czas poświęcić na lepsze lektury. Książka miała jednak pewne walory i głównie o nich autorowi powiedziałam, gdy prosił o opinię. Choć większość niedostatków pominęłam i tak się obraził, bo spodziewał się znacznie żarliwszych komplementów. Przez to, że czytałam, wyszłam na idiotkę, bo na tych, co nie czytali, wcale się nie obraził, nawet gdy wprost mówili, że na dyrdymały nie mają czasu. Uznał z góry, że jeśli jednak kiedyś czas znajdą, to doznają olśnienia, a mnie już na zawsze zapamiętał sobie jako nie dość olśnioną”.

          Moim zdaniem ta czytelniczka i tak miała szczęście, że trafił jej się przegadany prozaik, bo przegadani poeci są jeszcze nudniejsi i drażliwsi. To oni właśnie wymagają, by zachwycać się KAŻDYM wierszem z ich opasłych i licznych tomów. Adam Zagajewski w którymś z wywiadów celnie zauważył, że każdy poeta powinien mieć świadomość, że w dużym stopniu pisze na straty, bo nawet po najwybitniejszych i najsławniejszych zostaje w pamięci potomnych nie więcej niż KILKA wierszy. Nie sądzę, by jakikolwiek grafoman był w stanie zaakceptować tę opinię. Niech tam sobie po najwybitniej-

szych zostaje wierszy kilka, ale miernoty i tak nie wątpią, że ich wiersze przetrwają WSZYSTKIE, BEZ WYJĄTKU!

           Decydując się na wyrażanie wobec proszących o to autorów prywatnej opinii o przesłanych mi tomikach, z góry wiem, że wywołam wściekłość (bufonów) lub przykre rozczarowanie (wszystkich innych), nawet gdy moja opinia będzie arcypochlebna. Bo arcypochlebna jest wtedy, gdy JEDEN albo KILKA wierszy zostało zapamiętanych i wzbudziło moją chęć, by do nich wracać. Od zawsze nawet najsławniejszych poetów z tzw. kanonu czytam wyłącznie pod tym kątem: staram się w ich twórczości wyodrębnić to MINIMUM, które oddziałuje na mnie najsilniej. Cenię zasadę, że lepsze jest wrogiem dobrego, jeśli więc uznam na przykład, że jeden wiersz danego autora jest najlepszy, to nieco mniej dobrymi nie psuję już sobie wrażenia. Zresztą do dużej ilości zawsze podchodzę podejrzliwie, bo na-

tychmiast kojarzy mi się z obniżoną jakością.

          Dam jednak radę tym czytelnikom, którzy mają cierpliwość postępować z autorami jak ze zgniłym jajem, a i tak mimo najlepszych chęci nie unikają autorskich dąsów i kwasów. Czytelniku, jeśli otrzymałeś tomik złożony przykładowo ze stu wierszy, możesz EWENTUALNIE napomknąć, że jeden z tych wierszy do ciebie nie przemówił. Wtedy BYĆ MOŻE autor się nie obrazi, tylko wielkodusznie uzna,  że ten akurat utwór po prostu przerósł twe możliwości intelektualne. Gdyby jednak mimo wszystko miał pretensje, musisz sam, czytelniku, uniżenie przyznać, że wprawdzie do tego wiersza nie dorosłeś, ale usilnie pragniesz nadrobić braki i błagasz autora o nieodbieranie ci szansy. Niestety, tylko kłamstwa i sztuka udawania mogą Wam zapewnić uciążliwą moim zdaniem (bo z gruntu interesowną!) życzliwość i przyjaźń znajomych autorów. Natomiast nawet źdźbło prawdy od takiego balastu natychmiast wyzwala. I w tym jej cały urok!

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora