Czesław Mirkiewicz - W fabrykach Kornhausera nie udajemy smutnych rewolucjonistów

Niczego nie muszę udawać. Miasto jest puste.

Albo zwyczajnie opustoszałe. Mijają ludzie. I milczą.

Albo zamilkli na czyjś widok. To wszystko. Dzieje się tylko nagle.

Albo znika. Dojrzewałem w pustce.

Albo dojrzałem za późno. Jestem tym drzewem. Posadzonym.

Albo tylko dlatego że ktoś się tutaj przytulił. 

Mogę ci to wykaligrafować językiem na policzku. 

To tylko wiatr przecież zmusza mnie

 

do podniesienia rąk do góry. Nigdy jednej. Czuję na twarzy

kartkę zadrukowanego papieru. I nie jest gazetą codzienną.

Mówię to po coś. Chociaż słońce zaszło mi drogę

w tamtym uniesieniu. I nikt się potem nie odezwał.

Więc lubię gdy zamarzają mi wąsy. Ten gorący oddech

na końcu alei.

Nie muszę udawać

że się przyzwyczaiłem. Ten sakramencki spokój tymczasem

mnie nie zabija. Jestem. Jak dziecko. I dobrze

mi tak najczęściej tuż po świcie. Kiedy dodaję do tego

wszystkiego wszystkie pojedyncze słowa. 

Albo wszystko ogarnia jedno słowo: już.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież