Stefan Pastuszewski - Zostań!

Przyłapałem się na tym, że już z mniejszą ciekawością obserwuję Sebastiana.

Bo i jego zachowania są coraz bardziej przystrzyżone, reakcje bardziej wyrachowane, wypowiedzi bardziej standardowe. Socjalizacja zwycięża indywidualizację, rodzi się konformizm, ale też znużenie ustawiczną bitwą o siebie. Chłopiec krzepnie, zamyka się, buduje swój świat. A dotychczas był w tym świecie rozpuszczony. Wchodziłeś do tego czy innego pokoju i miałeś Sebastiana w całej przestrzeni. A teraz - bywa - niczym zwarty kamień siedzi sobie przy stole i układa karty lub pokemony. Reszta przestrzeni jest już coraz częściej pusta.

 

Jest w naszym domu taka jedna istota, która nie widzi innego sposobu wychowywania dziecka niż podporządkowanie go schematom i sobie, a Sebastian temu uległ po kilku próbach buntu związanych z nieodłącznym w takich sytuacjach wykwitami nienawiści, w których, za sprawą telewizji oczywiście, pojawiły się słowa: „śmierć”, „zabić”. Inny jest więc Maluch w mojej przyzwalającej obecności (granic przyzwoitości jednak nie przekracza), a inny, kiedy ta władcza istota pojawia się na horyzoncie. Sebek przypomina wówczas żołnierza prężącego się na widok dowódcy lub kryminalistę, udającego przyzwoitość, gdy na horyzoncie pojawił się policyjny patrol. Nie jest to oczywiście dobre, ale cóż, są znacznie gorsze rzeczy w życiu młodych ludzi, więc nie pozostaje mi nic innego jak tylko ciężko westchnąć.

Ciężko też wzdycham nad swoim, dziecięcym skądinąd zafascynowaniem szczeniaczkami, kotkami, pisklętami, bo taki mniej więcej charakter ma zainteresowanie dorosłego człowieka dziećmi. Gdy dziecko dorośleje, to w tak patrzących oczach traci wiele ze swego piękna.

Konstatacja ta zmobilizowała mnie do spoglądania nawet na osoby bardzo dorosłe pod kątem znalezienia w nich naturalnego uroku, czyli jak na dzieci, którymi można się zafascynować. I nie jest to często wysiłek bezowocny, każdy człowiek ma bowiem w sobie to „coś”.  Nawet staruszka, która kiedyś prowadziła rozwiązłe życie, a teraz chodzi codziennie do kościoła, zaś owłosione brodawki na jej twarzy odstraszają nawet od chrześcijańskiego pocałunku pokoju. Szukam urody, niekoniecznie dziecięcej, w każdym człowieku, bo inaczej byłaby jakaś wielka niesprawiedliwość. Czasem są to głęboko skryte pod makijażem dojrzałości szczenięce uroki dziecka, a dzięki Sebastianowi stałem się nijako specjalistą w ich dostrzeganiu, czasem walory dojrzałe lub przejrzałe jak ociekająca sokiem brzoskwina. Piękno jest celem godnym poszukiwań.

Trochę na siłę zatrzymując dzieciństwo, urządziliśmy sobie z Sebastianem w Święto Trzech Króli wieczór palenia kadzidła, a raczej słodko-gorzkich ziółek, które rozdano w kościele wraz z kredą do oznaczania drzwi mieszkania. Zgasiliśmy światło elektryczne, zapaliliśmy świece… Ach, jakiż to był magiczny wieczór! Cóż z tego, że babcia gniewała się potem na nieco przybrudzony obrus.

Magia tego wieczoru była bliskim echem magii wieczoru wigilijnego, bo potem, przed snem opowiadaliśmy sobie różne historie z życia pluszaków, które w masowej ilości zalegają jego łóżko. Sebcio (od pewnego czasu każe się nazywać Sebą; raz nawet zgłosił do mnie taki oficjalny postulat) korygował wszystkie przedstawione przeze mnie drastyczne momenty, mówiąc do danego, ożywionego w ten magiczny wieczór pluszaka, że ja kłamię, że było całkiem inaczej… Zrozumiałem - w świecie dziecka wszystko „żyje długo i szczęśliwie”, więc i moje opowieści stały się łagodniejsze. Zło i nieszczęście nie mają przystępu do dziecięcej wyobraźni, choć chłopiec skądinąd jest realistą i, kilkakrotnie zetknąwszy się ze śmiercią, mówi o niej jako o czymś normalnym. Potrafi czasem mi opowiedzieć, co będzie robił po mojej śmierci:

- Wiesz, Stefan, a jak umrzesz…

W ogóle mistyka i fantazja splatają się w wyobraźni Seby całkiem naturalnie i widać, że on jeszcze wierzy w zasłyszane i wypowiedziane przez siebie nierealności, a ma ku temu wielki talent; sypie takimi opowieściami jak z rękawa i w każdej chwili. Cieszę się z tej jego skłonności (zdolności?) do rzeczy cudownych, bo w późniejszym czasie będzie z tego rezerwuar niezastąpiony w chwilach trudnych. Dzieciństwo to przecież okres, w którym codziennie odkrywa się świat, a każde odkrycie jest z natury swej fascynujące. Każda błahostka odsłania coś pięknie nieznanego, a drobne zdarzenia niczym kamyki mozaiki składają się na, budującą ludzką tożsamość Prawdę i wzmacniają osobowość.

Lubię więc z Sebastianem rysować na kartce różne, często absurdalne rzeczy i cieszę się, gdy on powtarza moje plastyczne rozstrzygnięcia, dodając do nich własne.

     W zasadzie nie ma chwili wolnej od Sebastiana. On cały czas jest w ruchu i oczywiście w… gadaniu. Głowa boli. Może dlatego, że każdy objaw tej aktywności ja traktuję bardzo poważnie i, jeśli mogę, to angażuję się współdziałaniem. W odróżnieniu od matki, która leży sobie na kanapie i czyta gazetę, a reaguje na syna dopiero wtedy, kiedy zastanie do tego naprawdę zmuszona. W pełni ją rozumiem, inaczej by zwariowała. Sebastian bowiem cały czas biega po domu i coś wymyśla. A z braku rówieśników…

Dziś wszedłem o piątej rano, bo o tej godzinie zawsze wstaję, do jego pokoju, aby go sprawdzić, czy nie odkopał kołdry, co często się zdarza. Obudził się i, chwytając mnie za rękę, szepnął:

- Zostań!

Czy wiecie, jak trudno było tego dnia iść do pracy!...

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora