Stefan Pastuszewski - Przyroda, znaczki, ministrantura

- Jak to dobrze mieć dziadka pisarza, bo wtedy jestem w książce i gazecie.
Napisz, że Seba chce być ekologiem i żeby ludzie nie zabijali zwierząt i nie zatruwali powietrza, bo ludzie się wtedy zaduszą i umrą…-tak oto Sebastian, swoim sposobem, ni z tego ni z owego, zaczął ze mną dyskusję. Póki co był to monolog.
- Czekaj, czekaj, ja coś muszę dodać…Tam nic nie pisz, bo ja się znam na przyrodzie…
Istnieją też rośliny, które nawet jad najgroźniejszego węża osłabią. Są rośliny na wszystkie choroby…- płótł tak i plótł, trochę bez sensu, trochę dla samego plecenia. Tak go te kobiety domowe rozgadały.
- Jak chcesz, to mogę ci opisać diabła tasmańskiego. Mieszka na wyspie. Jest groźny. Może tak człowieka ugryźć, że może dojść do wykrwawienia. Jest torbaczem…
Ja też będę tak jak ty kiedyś pisał. Wydam książkę przyrodniczą „Ratuj przyrodę". Będzie czerwony napis na zielonym tle, tak jak trawa jest zielona…

Sebko, bo tak też go czasem nazywamy, fascynuje się przyrodą. To jedno-obok porządku- czego dobrego nauczyły go kobiety. Lecz w tej fascynacji jest po kobiecemu niepohamowany. Dwa koty, pies, dwa króliki, trzy żółwie wodne…
- Chciałbym mieszkać w Kotomierzu- mówi, dowiedziawszy się od babci, że taka miejscowość pod Bydgoszczą istnieje.
- Dlaczego?- pytam.
- Bo tam jest dużo kotów - tłumaczy.
- Ale też tam koty mierzą jak sugeruje nazwa. Gdy mają za długi ogon, to om obcinają.
- Stefan! – woła z wyrzutem.
W oranżerii co kilka dni zaczyna śmierdzieć. Sebastian sprząta i nie sprząta, jak to dziecko, nie ma cierpliwości do nużących czynności. Niemniej ćwiczę go w tym, kolekcjonując wraz z nim znaczki pocztowe.  
Do tego też się zapalił. A zbiory ma niezłe, bo wielopokoleniowe -po mnie i po żonie. Stopniowo mu je przekazujemy, ucząc dokładności i…umycia rąk przed każdą filatelistyczną operacją. To taki przymus podobny do religijnych oblucji w judaizmie i islamie. Bo religia kiedyś ściśle splatała się z życiem…

25 grudnia 2009 roku, w Boże Narodzenie Sebastian po raz pierwszy służył w kościele jako ministrant. W białej komży i z powagą, choć nie znapięciem na twarzy, rzeczywiście wyglądał niebiańsko.
Nie namawiałem go zbytnio do tego, sam chciał. W ten sposób jakby po pięćdziesięciu latach, bo taka dzieli nas kadencja czasu, dopełnił to, czego ja nie wypełniłem. Bo nigdy nie byłem ministrantem („Za wcześnie trzeba wstawać i za zimno" – mówiłem), więc czasem, gdy przychodzi mi służyć w roli lektora przy ołtarzu, to wpadam w panikę, kiedy ksiądz wymownym spojrzeniem usiłuje wymóc na mnie czynności, bowiem stoimy tylko we dwoje w prezbiterium. Ostatni raz miało to miejsce w Mińsku (Litewskim) w kościele pw. św. św. Symeona i Heleny, kiedy- przywykły do daleko idącej obsługi kapłan- nie mógł nadziwić się, podczas oblucji, że stoję niczym kołek, a przecież kazał mi odziać się w albę, bo „przecież inaczej przed ołtarzem Pańskim stanąć się nie godzi".
Testamentalna wobec mnie ministrantura Sebastiana po raz kolejny przekonuje mnie, że świat jest jednością i nic się nie kończy i nic nie zaczyna, a czas jest tylko pomocniczym instrumentem orientacyjnym dla mało pojętych ludzi.
Są tylko rzeczy i ich ruch, także wewnętrzny, polegający na zużywaniu się i obumieraniu, jedno wydarzenie wypływa z drugiego, jeden człowiek kontynuuje sprawy drugiego. Tak oto Sebastian jest moim następcą, w tym, mistycznym i holistycznym rozumieniu tego pojęcia.   

Czasem wyobrażam sobie, co było, gdyby Sebka w domu nie było?
- Dom by się zapadł – odpowiadam. – Dziecko w starzejącym się domu, to jakby remont tego domu od fundamentów.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora