Stefan Pastuszewski - To coś

- Czy są opłatki?
- Są.
- Po ile?
- Po złotówce i po dwa złote.
- Niech pani pokaże.

- Te są po złotówce, mniejsze, a te po dwa złote, większe. Dwa razy.
- A ile jest w opakowaniu?
- Po trzy.
- To niech pani da mi te po złotówce.
- Proszę.
- Nie…Może jednak te po dwa złote. Może…
Stara zniszczona kobieta, na której twarzy skupiła się brzydota wszystkich starych, zniszczonych kobiet na świecie wysupływała z portmonetki groszaki.
- To jednak niech pani da te po złotówce. Nie mam ośmiu groszy.
- Niech pani już, weźmie. Co tam osiem groszy!
- Dziękuję – brzydka twarz rozjaśniła się na moment kwaśnym, pełnym trwałego zatroskania uśmiechem. – Może ktoś do mnie więcej przyjdzie i trzeba będzie więcej opłatków.

Nikt więcej nie przyszedł. Oprócz sąsiadki z parteru, ale ta chodziła z życzeniami po wszystkich lokatorach. Automat.
Pozostali traktowali ją jak trędowatą; nawet nie odpowiadali na jej codzienne dzień dobry. Także brat, ale on mieszkał pięćset kilometrów stąd, więc jego jeszcze można zrozumieć.
Siedziała całe trzy dni w domu, bo święta w tym roku zbiegły się z niedzielą. Nie poszła do kościoła, bo po co. Wszyscy idą do komunii i patrzą na nią jak na odszczepieńca. Niektórzy nawet jakby coś więcej wiedzieli. Ludzie zawsze więcej wiedzą, może nawet wszystko, choć ona w tym mieście nie pracowała. Nie była tak głupia, aby zamieszkać tam, gdzie pracowała.

- Nie nie znam jej.
- Wiem. Jest taka. Brzydka jak noc. Tyle tylko mogę o niej powiedzieć.
- Proszę pani, dzielnicowy nie musi znać wszystkich ludzi w dzielnicy. Byle był spokój. Ona nie jest notowana.  
Właścicielka sklepu z dewocjonaliami, której przyszło kilka dni temu obsługiwać starą, zniszczoną kobietę na próżno poszukiwała swojej klientki. Coś jej kazało ją znaleźć, bo to coś mówiło jej, że do tamtej jednak nikt więcej nie przyjdzie. Szkoda tych wielkich opłatków, bo co to za opłatki, skoro nikt nimi się nie dzieli. To coś, które jej kazało szukać owej klientki na pewno związane było ze sklepem, który przejęła po rozpadzie przedsiębiorstwa „Veritas" (dwa lata temu spłaciła wszystkie raty). Gdy ktoś pracuje od rana do wieczora w towarzystwie świętych obrazów, a na głowę mu od czasu do czasu spadają, z uwagi na ciasnotę, święte księgi, gdy co dziesiąty klient to ksiądz, który przyszedł po wino mszalne i komunikanty i czuje się zobowiązany do podkreślenia swojej wyjątkowości pozdrowieniem „Szczęść Boże", gdy w ciągu dnia musi słuchać „mistycznych" wynurzeń nawiedzonych dewotek i dewotów, to nic dziwnego, że człowiek, jeśli już nie jest skończonym cynikiem, a ona przecież nie jest, czuje nad sobą, a nawet w sobie „to coś".  

A co miała zrobić? Nikt jej nie chciał. A kobieta nie zagospodarowna, to jakby nie kobieta. Mówi się nawet o takiej jak o ziemi leżącej odłogiem, jak o czymś, co jest gorsze. Nikt nie chce być gorszy. Nawet ona, o której już w szkole mówiono, że jest „królową ziemniaka".
I tak się zaczęło i tak poszło. Kilka razy próbowała z tym skończyć. Spowiednicy nie dawali rozgrzeszenia, warunkując je od skończenia z tym.
Próbowała, ale po dwóch, trzech tygodniach czuła się do niczego. Niepełnowartościowa, wyżęta, zeszmacona.
- Kobieta bez mężczyzny jest jak ziemia bez pługa- powtarzała jej babcia, weredyczka skończona.
Zapamiętała to na całe życie, bowiem był to szok, takie drastyczne porównywanie, dla dziewczynki kilkunastoletniej. Powiedzenie to ciążyło na niej i niestety, zaciążyło. Wciąż do niego wracała i wreszcie pojęła jego brutalną prawdę. Było niby jakieś fatum, przed którym nie sposób uciec. A ona tak bardzo chciała być kobietą.
Rzeczywiście, w tej robocie czuła swoją wartość, że jest komuś potrzebna, ona, królowa kartofla, że ktoś przed nią klęka, a czasem i ssie duży palec jej stopy, pijany – nie pijany, oszalały z pragnienia, dewiant. W każdym razie była dla tych mężczyzn w danej chwili najważniejsza. Prawdziwa kobieta. Szkoda, że tylko w danej chwili.
Więc jej życie było od chwili do chwili, czas biegł, nie było czym się dręczyć, czas wcale się nie liczył.
A dziś rozciągnął się niczym guma balonowa. Dzień, noc, święto nie święto, wszystko takie same. I ten brak pieniędzy. Oszczędności starczyło na tę klitkę na poddaszu, a teraz to już tylko resztki. Emerytura? Skąd emerytura? „Wolna miłość, wolny zawód" – powtarzały sobie takie jak ona przy kielichu. Zniszczone podbrzusze, zgniły brzuch, rak, dobrze że nie złośliwy, dwie, trzy skrobanki.

- Każdy człowiek jest dzieckiem Bożym- młody, przystojny ksiądz trzymał, przy świątecznie przystrojonym stole w telewizyjnym studio, ciepłą pogadankę.
- „Ja dzieckiem Bożym…Ale głupstwa w tej telewizji plotą"!- zdenerwowała się.

- Po co pani do niej idzie? Przecież to kurwa.
- Kurwa?
- Jak pani musi to niech pani idzie. Pierwsza klitka na lewo obok strychu. Numer chyba osiemnaście.

- Kto tam, do kurwy nędzy?! Kto tam?!
- To ja. Niech pani otworzy.
- Czego?
- Pani u mnie kupowała opłatki…
- Kupowałam, a co? Pani po te osiem groszy? Mam, zaraz je pani dam. Proszę, niech pani wejdzie. Zaraz znajdę te pieniądze.
- Przyszłam z panią się podzielić…
- Ze mną?
- Z panią. Ma pani jakieś jeszcze?
- Mam. Aż dwa. Nie ruszone. Proszę, proszę bardzo! Niech pani siada. Jeden dla mnie, drugi dla pani. Jak to dobrze, że kupiłam te większe. Zagryziemy nimi do herbaty, bo żadnego ciasta nie mam. Jakoś tak się złożyło…

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora