Roman Godlewski - Natura i kultura

Nawet pobieżny przegląd istniejących obecnie, jak i uprzednio społeczności ludzkich uderza bogactwem form zarówno pod względem wytworów materialnych, jak i tego, co należy do sfery ducha: języka, sztuki, religii, wiedzy, moralności i zwyczajów, ideologii i systemów politycznych.
Rodzi to następującą niepokojącą myśl: gdybym urodził się i został wychowany w innej tradycji, myślałbym inaczej, czułbym inaczej, inne miałbym ideały. Odpowiadamy sobie w duchu mniej lub bardziej świadomie na takie wątpliwości, iż nasza własna tradycja jest lepsza od innych, a w zasadzie jest najlepsza ze wszystkich. Wspieramy tę myśl rozmaitymi dodatkowymi przekonaniami, na przykład, że obcy są głupi, ciemni, nie umieją wyraźnie mówić, są niedorozwinięci, niewychowani, chamscy, źli, że są przestępcami, różni i niżsi od nas biologicznie (rasowo). Traktujemy ich protekcjonalnie jako naszych młodszych braci, raczkujących dopiero na drodze rozwoju cywilizacyjnego, my zaś zaszliśmy już po niej o wiele dalej (Np., że ludzie na Dalekim Wschodzie po prostu jeszcze nie zrozumieli, że seks z udziałem dzieci jest czymś esencjalnie złym, a nie tylko czymś godnym potępienia.). Wszystkie te poglądy w zdecydowanej większości są fałszywe lub oparte na błędnym kole. Błąd polega na tym, że porównanie dokonuje się na podstawie standardów właściwych naszej kulturze, a innym kulturom obcym.
Wydaje się, że przekonanie o naszej wyższości byłoby uprawnione, gdyby było podzielane przynajmniej również przez członków społeczności, z którą się porównujemy, a najlepiej przez członków wszystkich społeczeństw. Jest faktem, że czasem podobają nam się elementy innych kultur, a nawet niektóre z nich wydają się lepsze od naszych rozwiązań w tej samej sferze życia. Dotyczy to jednak głównie tego, co użyteczne, więc technologii i organizacji, oraz tego, co estetyczne, jak muzyka, malarstwo, rękodzieło czy architektura; nie zaś tego, co należy do świata wartości i ideałów moralnych. Prowadzić to może do przekonania, że podobają się nam wytwory obcej kultury, podobnie jak lubimy śpiew ptaków albo pracowitość i organizację mrówek, jednak jest to powierzchowne i nijak koresponduje to z kwestiami prawdziwie duchowymi. Zdarza się oczywiście, że niektórzy członkowie naszego społeczeństwa przekonani są o wyższości ideałów innej kultury, ale dotyczy to sytuacji, gdy kontestują oni własną tradycję, są zatem do niej rozczarowani, albo przekonaniu o jej upadku. W innym razie nie zdarza się, by ktoś uważał, że jego kultura ma się dobrze, ale ideały i wartości innej są jeszcze lepsze. Każdy ocenia wszak wszystko, a więc i obcych przez pryzmat wartości, w których się wychował. Dotyczy to nawet tego, kto źle ocenia własną kulturę i dostrzega zalety w innych. Jednakowoż ceni on w innych kulturach nie to, co im samym się wydaje najcenniejsze. Istotą jego niezadowolenia nie jest upodobanie do obcych ideałów, ale to, że jego własna społeczność nie wciela własnych ideałów.
Przekonanie o wyższości naszej kultury byłoby jeszcze bardziej uprawnione, gdyby nie tylko było powszechnie podzielane, ale dało się uprawomocnić. Tymczasem z wielu powodów, z których część była już tu wzmiankowana, część zaś będzie wymieniona niżej, taki dowód jest zwyczajnie niemożliwy, a nasze przekonanie o tym, że określone formy kultury są lepsze od innych jest bezpodstawne, a przez to irracjonalne. Powtórzmy, nie ma żadnych obiektywnych powodów, by sądzić, że takie formy kultury jak demokracja, prawa człowieka, równość wobec prawa, państwo prawa, zakaz seksu z dziećmi, zakaz zabijania noworodków, zakaz tortur czy zakaz gwałtów wojennych, są w jakiś sposób lepsze od innych, zaś tyrania, totalitaryzm, społeczeństwo zhierarchizowane, brak regulacji prawnych, samowola decydentów, torturowanie więźniów, przyzwolenie na pedofilię, zabijanie osób chorych czy zbędnych oraz okrucieństwa wojenne, są od innych gorsze. Nasze poglądy w tych sprawach w znikomym stopniu są naszym własnym pomysłem opartym na racjonalnych rozważaniach. W większości wynikają one z naszej historii jako gatunku (ewolucja), naszej historii jako społeczności (kultura) oraz naszej historii jako jednostek (indywidualny los i przeżycia).
Ewolucyjne uwarunkowanie popędów i emocji jest podstawą, na której kształtuje się sposób naszego życia. Jednak w odróżnieniu od większości istot żywych, ostateczna postać tego, jak żyjemy, może być bardzo różna. Nie wszystko bowiem, co w nas aksjologiczne, uwarunkowane jest przez geny. Druga część pochodzi z wychowania i interakcji ze światem. W owej plastyczności można upatrywać swoistego ludzkiego sposobu egzystencji. I tu jednak spotyka nas rozczarowanie. W efekcie bowiem uzyskujemy przypadkowość. Zasady moralne, w które wierzymy, to, co uważamy za słuszne, nasze ideały, są uwarunkowane nie tylko przez ewolucję, a zatem historię naszego gatunku, czyli nasze geny, ale i historię społeczności, do których należymy – w których zostaliśmy wychowani.
Istnieje wiele rozwiązań podstawowych konfliktów między naszymi potrzebami w postaci wielu możliwych względnie stabilnych ustrojów społecznych. W zakresie tego, co związane z rozmnażaniem, są to między innymi takie typy systemowe, jak patriarchat, matriarchat, wielożeństwo, wielomęstwo, monogamia, małżeństwo inkluzywne i ekskluzywne. To, które z tych systemów znajdą zastosowanie w danej społeczności, jest zasadniczo kwestią przypadku. Raz przyjęty podstawowy sposób życia przekazywany jest z pokolenia na pokolenie podlegając przy tym bardzo powolnym zmianom.  
Przykładowo nasze (tj. ludzi Zachodu) poglądy na sprawy dotyczące rozrodczości uległy jedynie niewielkim zmianom od czasów, gdy ludy germańskie zanim stworzyły cywilizację, pozostawały jeszcze w stanie dzikim. Podstawowy dla naszych przekonań w tej dziedzinie zakaz seksu pozamałżeńskiego trwa już od co najmniej dwu tysięcy lat. Zakaz ten nie ma żadnej wysokiej proweniencji, nie pochodzi ani z przekonań religijnych, ani z refleksji człowieka cywilizowanego, pochodzi li tylko stąd, że przypadkowo wyznawali go dzicy, którzy stworzyli naszą kulturę. Dotyczy to również innych aspektów naszego (zachodniego) stosunku do seksu, jak zakaz pedofilii czy zakaz homoseksualizmu. Są one w nas całkowicie przypadkowe, nie są niczym uzasadnione, a wynikają wyłącznie z naszej historii. Nie miały na to żadnego wpływu ani powstanie i rozwój oraz rozpoczynający się schyłek naszej cywilizacji, ani też panujące doktryny religijne. Charakterystyczne jest to, że obszary kultury zachodniej, które obejmują tereny należące dawniej do innych cywilizacji, jak północne wybrzeże Morza Śródziemnego, prezentują nieco odmienne poglądy w tych sprawach, np. cechują się o wiele większym przyzwoleniem na homoseksualizm. W ich przypadku wynika to znowu wyłącznie z historii. W tym wypadku z tego, że cywilizacja rzymska (starożytna, klasyczna), do której uprzednio mieszkańcy tych ziem należeli, zakazu homoseksualizmu nie znała. Szokująca nas dopuszczalność zabijania noworodków pod reżimem Ceauşescu w Rumunii, wynika również z innego od naszego stosunku do noworodków w cywilizacji rzymskiej.
Przykład ten pokazuje, że to, co chcielibyśmy uważać za podstawowe dla naszych poglądów w kwestiach moralnych (religia, filozofia), jest w istocie z punktu widzenia naszej praktyki powierzchowne, a w istocie wtórne. Nieubłaganie obowiązuje bowiem zasada antropologiczna, zgodnie z którą praktyka jest trwalsza od tego co, o niej myślimy. Nowe religie, ideologie czy poglądy filozoficzne jedynie zmieniają nasz sposób myślenia i uzasadniania tego, co i tak robimy od wieków w niezwykle powoli ewoluującej postaci. Zmieniają nasz sposób myślowego godzenia się czy też radzenia sobie z tym.
Obyczaje seksualne oscylują między podstawowymi rozwiązaniami w sposób zasadniczo przypadkowy, jednak niektóre nasze przekonania mają proste uwarunkowanie praktyczne, choć trudno nam z tym się pogodzić. To, że warunki życia i wynikające z nich realia mają wpływ na nasz sposób postępowania nikogo nie dziwi. Obowiązuje oczywista zasada „byt określa praktykę". Wszak w każdych warunkach wybieramy taki sposób życia, by zapewnić sobie dobrobyt, a chociażby przeżycie. Jednak fakt, że niektóre nasze głębokie ideały wynikają z praktycznych realiów życia, może być szokujący.
Przykładem może być stosunek do osób starszych. W społecznościach pierwotnych starzejący się ludzie stopniowo tracą na znaczeniu wraz z ubytkiem zdrowia, sił, władz umysłowych, a tym samym przydatności dla innych. Mniej lub bardziej rytualne zabijanie zbędnych starców nie należało tam do rzadkości. Szacunek (w niektórych kulturach, jak w Chinach graniczący z kultem) dla starszych pojawił się dopiero wraz rozwinięciem instytucji własności prywatnej oraz wraz z powstaniem rozbudowanych organizmów politycznych, a wynikał z problemów związanych z przekazywaniem własności i władzy młodszemu pokoleniu. Zmianom u steru towarzyszą zazwyczaj tak duże zawirowania, że ludzie wykazują naturalną tendencję do unikania ich i trwania status quo, dopóki stabilizuje ona układ sił. W ten sposób starzec niezdolny już do obrony własnej własności czy władzy siłą własnego ciała i umysłu, wciąż jest utrzymywany w swej pozycji, gdyż zapewnia to utrzymanie względnego porządku. Zależność tę dobitnie pokazuje przykład Czukczów, którzy pierwotnie praktykowali zabijanie starców przez topienie w przeręblu, gdy tylko zaś w jednej gałęzi tego plemienia rozwinęło się indywidualne posiadanie licznych stad reniferów, unikanie sporów o dziedzictwo doprowadziło rychło do wyeliminowania starcobójstwa na korzyść otoczenia dziadków czcią.
Gdy dana forma kultury raz już się zakorzeni, uparcie trwa nadal nawet, jeśli powody jej zaistnienia dawno miną. Należy przewidywać, że szacunek do starszych u opisanego odłamu Czukczów trwałby jeszcze długo po tym, jakby utracili swoje stada i ekonomicznie biorąc powrócili do punktu wyjścia. Szanse na samoistny zanik bezpodstawnej formy życia są znikome. Dzieję się to w dużej mierze dlatego, że sami uczestnicy danej kultury nie rozumieją, skąd się dana forma wzięła, a jeśli nawet to wiedzą, to nie widzą w jej bezpodstawnym trwaniu niczego złego, skoro zostali tak wychowani. Zmiana następuje raczej nie przez przypadkowy spontaniczny zanik form, ale przez pojawienie się nowych, które wypierają stare. Na przykład doszłoby do tego wtedy, gdyby okazało się, że w trudnych warunkach północy starcy są jednak zbyt mało produktywni i stanowią zbyt duże obciążenie dla społeczności.
Formy kultury różnią się wagą. Można wyróżnić takie, które wyparte mogą być przez inne jedynie z ważnych powodów, oraz takie, które mogą być zastąpione innymi nawet bez żadnego wyraźnego powodu w sposób dość przypadkowy, o ile tylko jakaś alternatywa się pojawi. Zmiany pierwszego typu zaliczamy do rdzenia aksjologicznego danej kultury, drugie zaś są powierzchowne i składają się na to, co w danej chwili modne. Trudno wyobrazić nam sobie, co musiałoby się stać, by Ludzie Zachodu (nie wspominając już o Chińczykach) mieli stracić szacunek dla starszych. Dlatego też zaliczamy go do ideowego kośćca naszej kultury. Natomiast takie szczegóły jak spodnie dzwony, buty z wydłużonymi nosami czy hot-dogi pożegnać moglibyśmy bez specjalnego żalu, należą one bowiem do sfery mody, czyli z punktu widzenia sensu życia do sfery kompletnego przypadku.
Do sfery tej należy zasadniczo wszystko to, co w kulturze bezpośrednio zmysłowe – to, co widać, słychać, czuć nosem i językiem. Słowem to, co zaliczamy do kolorytu danego kraju i to, co tworzy zmysłowy stereotyp danej kultury i jej elementów. Rzeczy te niejednokrotnie zaliczamy do istotnych składników naszej kultury i zdaje nam się, że stanowią one o naszej tożsamości. Tymczasem są o wiele bardziej przypadkowe od naszych wyborów aksjologicznych, a trwanie przy nich nie ma żadnego uchwytnego powodu poza tym, że już istnieją i nie da się ich zmienić jednostkowym aktem woli. Do szeroko rozumianej sfery mody (czyli szerzej niż się tego słowa zazwyczaj używa), czyli do tego, co powierzchowne, należą wszak takie rzeczy, jak język, style w sztuce, a zatem w literaturze, muzyce, malarstwie, rzeźbie, architekturze, to, jak się ubieramy, czeszemy, strzyżemy, golimy, malujemy, jak gestykulujemy, jak tańczymy, co jemy, wystrój wnętrz mieszkalnych czy biurowych, a także zwyczaje świąteczne, jak karp, indyk czy choinka.
W zasadzie te pozbawione znaczenia rzeczy mogą nabrać charakteru autosymbolicznego, czyli mogą stać się tym, co symbolizuje wyodrębnione grupy. Możemy zacząć walczyć o nasz język czy sposób ubierania się, jeśli poczujemy, że ktoś zwalczając nasz język, usiłuje ograniczyć naszą wolność i narzucić nam określony (swój) sposób postępowania i myślenia. Wówczas walka o określony powierzchowny element kultury (sam sobie pozbawiony wobec alternatyw większego znaczenia) symbolizuje walkę o własną wolność. Wynikające stąd oparte na historii zmagań kulturowych przywiązanie do określonych form kultury jest w istocie przywiązaniem do czegoś całkiem przypadkowego i pozbawionego większego znaczenia.
Irlandczycy wszak nie przestali być Irlandczykami przeszedłszy na język angielski, jak i nie przestali być Normanami ci, którzy osiedlając się na Wyspach Brytyjskich czy na zachodnim wybrzeżu Europy błyskawicznie przeszli na miejscowe narzecza (celtyckie, angielskie czy francuskie). Chińczycy są wciąż Chińczykami, choć porzucili suknie na korzyść bluz i spodni, podobnie rozpowszechnienie garnituru wśród elit arabskich nie sprawia, że ich nosiciele przestają być Arabami. Rosjanie po ścięciu bród wciąż byli Rosjanami, tak jak nie przestali być Polakami ci, którzy wskutek mody południowo-wschodniej porzucili długie włosy i brody na korzyść golenia głów i bród, wyjątek w ogałacającym głowy zapędzie uczyniwszy głównie dla wąsów. Przyjąwszy z Niemiec choinki Polacy nie stracili nic ze swej polskości. Europa nie straciła swej kultury przyjąwszy z Ameryki pomidory, ziemniaki, czekoladę czy kukurydzę, a także nie stała się bardziej arabska przyjąwszy od Arabów zapis liczb. Obecne rozpowszechnienie na światową skalę fastfoodu również nikogo nie wykorzeni kulturowo.
Popijający hamburgera coca-colą odziany w t-shirt i jeansy góral afgański nie przestanie należeć do swojej kultury z powodu tych powierzchownych powodów nawet, jeśli zostałby przez współplemieńców uznany za zdrajcę. Kwestia lojalności ma charakter polityczny i nie ma nic wspólnego z kośćcem ideowym człowieka. Zdrajca państwa polskiego nie przestaje być Polakiem w sensie cechujących jego postępowanie i odczuwanie form kultury (w sensie etnosu). W ogóle pełne przejście do odmiennych form nie tylko głębokich, ale nawet płytkich jest niemożliwe, gdyż wdrażane są one w trakcie mającego miejsce w dzieciństwie wychowania, a u dorosłego człowieka nie da się tego powtórzyć. Wobec tego nawet osoby, które pragną się przyłączyć do innej kultury, starają całkiem zapomnieć, skąd pochodzą, i wtopić w świat nowych idei, są w stanie uczynić to tylko powierzchownie. Czynią to schematycznie, w uproszczeniu a nieraz by być przekonującym popadają w przesadę i są, jak to nieraz bywa w przypadku osób nawróconych w dorosłym wieku, bardziej papiescy od papieża.
Choć to, co powierzchowne, wypełnia zmysłową część naszego życia, mniej lub bardziej jesteśmy świadomi jego przypadkowości i do pewnego stopnia wyobrażamy sobie przejście do innych form. Trudniej uświadomić sobie i pogodzić się z tym, że równie aksjologicznie powierzchowny charakter i dynamikę zasadniczo podobną do mody mają technologie i wiedza naukowa, a także religia i systemy symboliczne. To, co w głęboki sposób odróżnia od siebie społeczeństwa, to sama zdolność do tworzenia nowych technologii. To jednak, czy w wyniku tego powstają piramidy, systemy nawadniające, rakiety kosmiczne czy miecze samurajskie to już kwestia powierzchowna, polegająca na przypadkowości wynalazku i jego upowszechnienia. Amerykanie nie byli mniej amerykańscy, nim wysłali człowieka na Księżyc, a Egipcjanie nie byliby mniej, egipscy, gdyby nie zbudowali piramid. Podobnie rzecz ma się z nauką. Do istoty kultury należy sposób myślenia jej przedstawicieli sprzyjający rozwojowi wiedzy, jednak o tym, co w efekcie zostanie odkryte, a wiedza o tym upowszechniona, decyduje przypadek. Współczesną świadomość Człowieka Zachodu zdają się kształtować takie odkrycia, jak system heliocentryczny, atomistyczna struktura materii, czy komórkowa budowa istot żywych, jednak przed ich dokonaniem ideały naszej kultury nie były mniej europejskie, a po nim nie wkroczyliśmy na żaden nowy etap europejskości, nie zmieniło również istoty innych kultur upowszechnienie tych odkryć w świecie. Nie są też bardziej europejscy ci spośród naszych przedstawicieli, którzy dobrze zdają sobie sprawę z istoty tych odkryć, od tych, którzy mają znikome o nich pojęcie z racji niższej inteligencji lub braku wykształcenia.