Piotr Stareńczak - O Platonie nierozgrzeszonym...

O Platonie nierozgrzeszonym, czyli destrukcyjne konsekwencje skrajnego indywidualizmu.

Tylko ten, kto jest samotny,
może stwierdzić,
że jest człowiekiem.
Paul Tillich
Państwo- najobszerniejsze dzieło, które jak w soczewce skupia filary systemu Platona.
Owoc huraganów myśli, wewnętrznych burz, samotnych wędrówek i dyskusji do bladego świtu gorączkowo przelanych na papier, porażających swoją przenikliwością i ponadczasowością, to otwarcie zapraszających do zabrania głosu w „Wielkim Dialogu Prawdy", to subtelnie separujących, kiedy filozof pragnie pozostać w cieniu, próbując rozpaczliwie wyrazić niewyrażalne, poprzez asymilację poetyckich zagadek, co przynosi niepokojącą atmosferę godną mistrza Caravaggia. Chyba w żadnym innym utworze Platon tak bardzo nie odsłania nam siebie, zrzuca bohaterom maski, by każdemu dać swoją twarz, przez co „Państwo" przybiera charakter pamiętnika. To wstrząsające, bo uczucia zaczynają odgrywać istotną rolę. Wstrząsające dla czytelnika, który wie, że Platon przejął się sokratejskim intelektualizmem etycznym. Choć w owym dziele filozof rozmija się ze swoim mistrzem. Sokrates przestał wręcz mówić w swoim imieniu, aby przybrać formę logicznej konstrukcji kanalizującej li tylko myśli Platona. To również wstrząsające.
    Niemniej nie podlega żadnym wątpliwościom, że Platon przeżywał to, co pisał. Świadczy o tym choćby chaotyczna struktura dzieła, mieszanie wątków, zostawianie ledwo napoczętych tematów, by powrócić do nich dopiero wtedy, gdy niepamięć już się z nimi upora. Platon nie podaje nigdy gotowego zestawu twierdzeń. Jest wymagający. Nie pozwala wytchnąć odbiorcy.
    Jednym z szaleńczo- błyskotliwych pomysłów, acz nie oryginalnych zważywszy na orficko- pitagorejską tradycję, jest zawarta w dziesiątej księdze opowieść dotycząca wędrówek dusz, stanowiąca zapewne niewyczerpalne źródło inspiracji dla Dantego. A już w najwyższym stopniu odkrywcze są spostrzeżenia, że „[...] w każdym z nas mieszkają pożądania tego rodzaju: jakieś straszne i dzikie i nielegalne, nieraz nawet w takich ludziach, którzy się wydają bardzo opanowani. To wychodzi na jaw w marzeniach sennych".  Zastanawiające, dlaczego Freud nigdy nie skomentował tych słów.
    Ale dość na tym. Nie zamierzam katalogować, precyzować i interpretować labiryntowo rozgałęzionych myśli Platona, byłaby to dziwna ambicja, lecz, być może w sposób doskonale żałosny, skoncentrować się na tym, co szczególnie dotknęło mojej psychiki. Z góry przepraszam za wszelki subiektywizm, ale po prawdzie, czy mówiąc o jakiejkolwiek postaci bądź idei, których aktualność nigdy nie gaśnie możliwe jest zachowanie chłodnego, zobiektywizowanego dystansu?
    Niech punktem wyjścia będą słowa Kazimierza Leśniaka: „Platon filozof był przede wszystkim politykiem, nawet wówczas, gdy problemy filozoficzne pochłaniały go niemal całkowicie [...]". Owa fascynacja doprowadziła go do wyobrażenia, spisania i podjęcia, dzięki Bogu nadaremnych, prób urzeczywistnienia projektu idealnego państwa. Dlaczego Platon zamierzał zreformować Ateny? Wyjaśnia nam to już w pierwszej księdze „Państwa" za pośrednictwem niejakiego Trazymacha, intelektualisty- sofisty, który stwierdza z goryczą, że Ateny są ziemią obiecaną dla wszelkiej maści nikczemników. Zbrodnia daje siłę i spełnienie, dzięki niesprawiedliwości człowiek wychodzi na swoje. Najważniejsze to dorobienie się majątku, nawet po trupach. Ludzie sięgają po władzę tylko ze względu na bogactwa i sławę. Platon nie oszczędza swoich ziomków, chłoszcze ich cyniczną pogardą, zatapia bezlitosnym zgorzknieniem spisanym własną krwią. Czas na nowo przemyśleć sprawiedliwość. Rządy należy oddać wykształconym, idealnym jednostkom kierującym się poczuciem obowiązku, odpowiedzialności oraz dobrem poddanych.
    Nasuwa się pytanie: lecz w jaki sposób stać się „idealnym"? Receptę na to zilustrował Platon w metaforycznej opowieści o jaskini. Oto przykuci do skał kajdaniarze, którzy biorą za rzeczywistość cienie sztucznych przedmiotów odbitych za sprawą światła na ścianie. Odpowiadają one doświadczeniu zmysłowemu, czyli światu poza obszarem tego, co inteligibilne. Natomiast wyżej kroczą ludzie obnoszący rozmaite sprzęty i posągi. Tymi ludźmi są „nauczyciele społeczeństwa": retorzy, sofiści, poeci, zaś rzeczy obnoszone to zwierzęta, rośliny, dzieła ludzkiej ręki, a więc obiekty jednostkowe, materialne, które, w mniemaniu Platona, nic nie znaczą.
    Jednakże w pewnym momencie jeden z nieszczęśników zostaje wyprowadzony na światło dzienne i poznaje przedmioty naturalne. Dzieje się to dzięki procesowi zwanego anamnezą. Lecz droga w górę jest trudna, żmudna i pełna cierpienia, prowadzi „po kamieniach i stromiznach".  Platon dobrze wiedział o czym pisze, gdyż w młodości poddany został przez los ciężkiej próbie, kiedy spotykając Sokratesa postanowił zerwać z dotychczasowym życiem, a wraz z nim z dobrobytem, planami, marzeniami, pragnieniami.
    Człowiek przywykły do ciemności zostaje oślepiony, gdy staje w obliczu słońca. „Więc prawda, że słońce nie jest wzrokiem, tylko jest przyczyną wzroku i dlatego wzrok widzi".  „Słońce w świecie widzialnym emanuje z siebie tylko światło; prawdziwe słońce, czyli najwyższe Dobro w świecie Idei, tworzy równocześnie prawdę i ducha, który ją kontempluje".  „Więc to, co nadaje prawdę przedmiotom poznania, a poznającemu daje moc poznawania, nazywaj Ideą Dobra i myśl sobie, że ona jest przyczyną wiedzy i prawdy [...]".
    Po takim wstrząsie człowiek już nigdy nie będzie takim, jakim był przedtem, następuje kompletne przewartościowanie jego wewnętrznego świata i kiedy z powrotem schodzi do podziemi, jego emanujący blaskiem prawdy wzrok nie potrafi przywyknąć do mroku. Próbuje namawiać swoich współbraci do zrzucenia kajdan i mozolnej wspinaczki. Ten pedagogiczny obowiązek fenomenalnie otwiera perspektywy dla rozkwitu miłości platońskiej. Filozof uzyskał głęboki udział w wartości, która odesłała go ku niepodważalnej Podstawie rzeczywistości, wyprowadziła poza niego samego oraz poza samą siebie, przekraczając opisowe i analityczne możliwości. Lecz prawdziwy filozof pragnie dzielić się nabytą wiedzą, zostać przewodnikiem po świecie wartości. W związku z tym musi zyskać dojrzałość, czyli poważnie traktować własną wrażliwość na wartości. Mistrz rozpoznaje duchowe ubóstwo ucznia i żeby wprowadzić go do swego świata musi jakby zniżyć się do jego poziomu, odnaleźć się w tym ubóstwie. Uczeń jest bezcenny, dlatego mistrz decyduje się na samoograniczenie. W pewnym momencie niechybnie zetknie się z indywidualnym odczuwaniem wartości przez ucznia, co będzie musiał uszanować, gdyż prawdziwa miłość nie polega na zjednoczeniu (to mogłoby być swoistym zubożeniem), ale uczuciu wzajemnej cenności. Wynika z tego niezwykły wniosek: samotność aksjologiczna staje się wyrazem miłości.
    Ale Platon nie ufa ludzkiej naturze: „[...] gdyby ich ktoś próbował wyzwalać i podprowadzać wyżej, to gdyby tylko mogli chwycić coś w garść i zabić go, na pewno by go zabili".  Postanawia zatem stworzyć ustrój społeczny, którego założenia są jak najbardziej szczytne: pokazanie człowiekowi jaki winien być, w jaki sposób prowadzić ma życie sprawiedliwe, dobre, czcigodne, lecz w efekcie powstaje, jak zawsze, gdy zimne ostrze rozumu bierze górę, totalitarna (anty) utopia, faszyzm, obóz koncentracyjny. Próba wytrzebienia zła z korzeniami zazwyczaj pomnaża i ugruntowuje zło, co będę chciał wykazać w dalszej części pracy.
    Platon hierarchizuje społeczeństwo na rzemieślników, strażników i władców filozofów, bo bez nich: „[...] nie ma sposobu, żeby zło ustało, [...] nie ma ratunku dla państw, a uważam, że i dla rodu ludzkiego". Odpowiada to trójpodziałowi ludzkiej duszy: boski rozum, szlachetna popędliwość, niższa pożądliwość. Każda z klas musi przestrzegać cnót, aby model idealnego państwa został zrealizowany:
a) władcy- mądrość
b) strażnicy- męstwo
c) rzemieślnicy- umiar.
Dodatkowo wszystkie grupy mają zachować sprawiedliwość, co dla Platona znaczy redukcję zazdrości oraz zajmowanie się wyłącznie własnymi sprawami. Przedstawione cnoty noszą miano kardynalnych.
    Rzemieślnikami nazwiemy tych, którzy posiadają pewną umiejętność- Platon mocno podkreśla, że każdemu przysługuje tylko jedna znajomość rzeczy, np. piekarz nie może być równocześnie kowalem. Rolą strażników jest utrzymywanie ustalonego porządku, a gimnastyka i muzyka są niezbędne do ich wyćwiczenia. Natomiast w przypadku władców sprawa się komplikuje. Jak wcześniej zostało powiedziane światło słoneczne (dziecko najwyższej Idei Dobra) oślepia przywykłych do ciemności, toteż muszą oni przejść specyficzny kurs nauk. Rozpoczyna się on w wieku dziesięciu lat i trwa przez kolejne dziesięć. Okres ten obejmuje tzw. wykształcenie elementarne przez muzykę, gimnastykę, poezję  oraz uczestnictwo w bitwach: „[...] że nawet i na wojnę [...] trzeba chłopców wyprowadzać konno, niech się przyglądają, a jeśliby gdzieś było bezpiecznie, to ich podprowadzać blisko i niechby kosztowali krwi jak szczenięta".  Potem następuję 10-letnie kształcenie naukowe w dziedzinie arytmetyki, geometrii, stereometrii, astronomii, teorii harmonii spełniających fundamentalną rolę w kwestii epistemologiczno- ontologicznej. Wreszcie pięcioletnie studia dialektyki, 15-letnia działalność w państwie i życie kontemplacyjne, całkowite poświęcenie się filozofii. Rzecz jasna nie każdy potrafi sprostać tak nieludzkiemu zadaniu, więc przyszłych władców rekrutuje się z kwiatu ateńskiej młodzieży, osobników z najlepszym psychofizycznym usposobieniem. Innymi słowy- należy odbierać rodzicom potomstwo, aby się „nie zmarnowało". W ogóle dzieci powinny rodzić się pod kontrolą. Platon ustanawia dla wykwintnych młodzieńców groteskowe losowania, aby dostęp do kobiet odbywał się za pośrednictwem biletów: „że kobiety wszystkie powinny być wspólną własnością tych mężczyzn, a prywatnie, dla siebie, żaden nie powinien mieszkać z żadną. I dzieci też powinny być wspólne, i ani rodzic nie powinien znać swego potomka, ani syn rodzica".  Perspektywa jednej, wielkiej rodziny ma być gwarantem ładu i bezpieczeństwa. Platon kreśli fatalne perspektywy przed młodymi. Jeżeli dziecko wie, że zostało adoptowane może to spowodować zachwianie tożsamości czyniąc go skłonnym do fantazjowania odnośnie tożsamości swych biologicznych rodziców. To poczucie odrzucenia może przynieść katastrofalne konsekwencje.
    A co z niechcianymi dziećmi? Platon głosi: [...] a gdyby jednak na świat przyszedł jakoś wbrew usiłowaniom, to położyć to gdzieś tak, żeby nie było pożywienia dla takiego".  Platon się pogrąża, wystawia na pośmiewisko, mówi niespójnie, irracjonalnie, gubi się. Zaledwie po kilku stronach od narzucenia wielkiej wspólnoty projekt ów zaprzepaszcza.
    Dalej- idealni władcy mają żyć w ubóstwie, wyrzec się wszelkich przyjemności cielesnych, szczególnie seksualnych, pilnować praw i nie myśleć o prywatnych interesach. „A co do złota i srebra, to powiedzieć im [podwładnym], że je mają w boskim gatunku w duszy, więc im nie potrzeba ludzkiego [...]".  Platon gardzi „dorobkiewiczami", których chciwość zniewala ducha. Nie cenił dóbr materialnych, a przecież dobrzy reformatorzy dbają o to, aby ludzie byli nakarmieni, napojeni, pocieszeni i posiadali ziemię. Platon odrzuca te pragnienia.
    Filozofa cechuje kult własnej duszy- człowiek jest tylko środkiem, narzędziem potrzebnym do mojego samodoskonalenia.  Do szczęścia nie potrzebuję bliźnich. Oceniając taką postawę Władysław Witwicki doszedł do wniosku, że jest to schizotymia bliska autyzmu. Być może Platon był odludkiem, outsiderem, lecz nie ulega wątpliwości, iż był chorobliwie przywiązany do Sokratesa. Być może unikał ludzi, czuł paraliżującą samotność pośród tłumu, ale szalenie potrzebował kogoś, kto go wysłucha, zrozumie, nie sprawi bólu.
    Autor „Sympozjonu" traktuje system kojarzeń psów, koni, ptaków jako wzór dla „hodowli ludzi". W późniejszym etapie obora wchodzi na wyższy, szlachetniejszy poziom rozwoju przeistaczając się w ul.
    Wreszcie ta antyhumanistyczna myśl osiąga apogeum w pierwszym rozdziale dziesiątej księgi, gdy Platon wyznaje ustami swego mistrza, że prawda jest więcej warta od człowieka.
    Podsumowując- Platon nie ukochał człowieka. Obce są mu sentymenty i wzruszenia. W jego wypowiedziach odnośnie idealnego państwa brak nawet cienia empatii, otwarcia na drugiego człowieka, szacunku dla innych postaw uczuciowych. Platon jest wyniosły, zarozumiały, oschły i drażliwy. Bezduszny w stosunku do chorych, sierot, osamotnionych, którzy stracili bliskich. „Źródłem grzechu jest człowieczeństwo".  „Państwo" przywodzi na myśl „Metropolis" Fritz’a Lang’a, klasykę niemieckiego kina ekspresjonistycznego, gdzie cywilizacja uczyniła własnych twórców bezwolnymi niewolnikami. Platon odtrąca podstawową zasadę wolności, która brzmi: „Będziesz miłował bliźniego swego, jak siebie samego". Człowiek przez całe swoje życie stoi w sytuacji moralnej, gdyż będąc-w-świecie, jesteśmy z ludźmi, a będąc z ludźmi wpływamy na ich los. Inna rzecz, czy człowiek jest świadomie moralny i czy z tej świadomości potrafi wyciągać wnioski dla swego działania. To, co czynię lub to, czego nie czynię, nie jest obojętne dla losu drugiego człowieka, jestem, wiedząc czy nie, odpowiedzialny za jego los i już dlatego jestem istotą moralną.
    Na obronę Platona można przytoczyć słowa współczesnego przedstawiciela hermeneutyki- Thomasa Alexandra Szlezaka: „[...] te wspaniałe dialogi, tak bogate w treść filozoficzną, odsyłają wciąż do nowych poszukiwań i badań, które leżą poza obrębem danego utworu i mają prowadzić do czegoś jeszcze istotniejszego".  Poza tym pamiętamy z „Fajdrosa" wnikliwą krytykę pisma, które jest stałe i niezmienne, dlatego nie potrafi odpowiadać na pytania odbiorcy: [...] Platon, niezrównany mistrz dialogu filozoficznego, ocenia pisanie o filozofii jako, ogólnie biorąc, czystą zabawę".  Zatem to dialektyka buduje i napędza myśl. Platon, i to trzeba mu oddać, był samokrytyczny. Nawet poetom nadawał miano filozofów, jeśli potrafili zachować dystans do tego, co tworzą.
    I na zakończenie jeszcze jedno pytanie: czy projekt idealnego państwa ma w rzeczywistości prawo bytu? Platoński Sokrates odpowiada: „Czy może być cokolwiek dokonane tak, jak się o nim mówi? Czy też z natury rzeczy praktyka mniej ścisły ma kontakt z prawdą niż teoria?".  Jednak Platon wyraża nadzieję, że pierwowzór idealnego państwa znajduje się w niebie. Ale nad tym niechaj inni łamią pióra.