Wiesław Kowalski - PRL - na wesoło...

- w zapomnianych piosenkach
Oddolna Akcja Inicjatyw Aktorskich i Pieśniarskich VII Okręgowego Oddziału Świetlic Społeczno-Kulturalnych przy Teatrze „Baj Pomorski" zaprasza na wieczornicę kabaretowo-muzyczną…
To fragment tekstu zaproszenia, które otrzymujemy, by w zakładowej klubo-kawiarni zostać uczestnikiem przygotowań do jakże niecodziennego wydarzenia.  Powitania delegacji „zaprzyjaźnionych koleżanek i kolegów, która przybywa do nas z tak daleka. Niech poczują ducha przyjaźni….!"
„Zebranie czyli przywitajmy ich razem", autorskie przedstawienie słowno-muzyczne i satyryczno-humorystyczne, powstałe z inicjatywy toruńskich aktorów, to bezpretensjonalna opowieść-antologia przywołująca lata 70-te naszej szarej, siermiężno-przaśnej PRL-owskiej rzeczywistości, odwołująca się do jakże modnych i popularnych w tamtym okresie programów artystyczno-okolicznościowych,  przygotowywanych na tzw. specjalne okazje. W tym przypadku chodzi o przyjazd do grodu Kopernika reprezentacji  pracowniczej z braterskiego Tarnobrzegu. Z tej okazji teatralna kawiarnia została przemianowana na pełną czerwonych goździków społeczno-kulturalną świetlicę,  gdzie ma odbyć się ostatnia próba ułożenia programu części artystycznej przed uroczystością powitania, będących jeszcze wciąż w podróży, gości. Czas nagli, albowiem członkowie wyjazdu służbowego  oczekują już w niedalekim Kutnie na pociąg do Torunia. Ale zanim zobaczymy aktorów i usłyszymy piosenki, stanowiące główną oś spektaklu, możemy wykorzystać dołączony do  biletu bon konsumpcyjny i zakupić w bufecie typowe dla tamtej epoki trunki i potrawy. Konsumując takie rarytasy jak zimne nóżki,  parówki z wody, śledź po japońsku, sałatka warzywna czy szynka w galarecie,  popijane herbatą lub kawą w szklance, piwem z kufla lub setką z kieliszka, podziwiamy wystrój proletariacko-socjalistycznej świetlicy, z nieodzownymi kącikami tematycznymi, sportowym, czytelniczym, prasowym, muzycznym, filmowym…. A z  proporczyków, gazetek ściennych, z  autentycznych okładek  płyt  i fotografii patrzą na nas bohaterowie „Czterech pancernych i psa", przodownicy pracy, portrety Heleny Vondrackovej, Urszuli Sipińskiej, Karela Gotta i innych, niekiedy już zapomnianych, gwiazd estrady i sportu z krajów należących niegdyś do RWPG.  Podczas konsumpcji słychać przy stolikach jak Ci z widzów, którzy pamiętają czasy głębokiej komuny wspominają obowiązkowe uczestnictwo w pochodach pierwszomajowych, panie mówią z uśmiechem o białych bluzkach, granatowych spódniczkach i czerwonych krawatach, panowie bez zadęcia o solidarności ze Związkiem Radzieckim i szturmówkach w rękach. Za chwilę zabarwionego nostalgią śmiechu będzie jeszcze więcej. Przywoływanie paradoksów z okresu socjalistycznych agitek, niekiedy przytłaczających i odbierających nadzieję, wywołuje tutaj raczej zdrowy śmiech, a nie grozę. Cały humor i komizm sytuacji, w której przyszło się nam się znaleźć jest kontrapunktem ukazującym absurdalność tamtych odległych czasów. I to poczucie humoru sprawia, że nie mamy do czynienia z archeologiczną rekonstrukcją, a bardziej z pastiszowo-karykaturalnym spojrzeniem pozbawionym – i słusznie – ambicji wartościowania tego, co było prymitywne, toporne, szpetne, bezmyślne i  grafomańskie.

 
Kiedy wreszcie do akcji wkroczą aktorzy, prezentacja poszczególnych numerów wokalnych nie obywa się bez kłótni, awantur i nieporozumień. Wszystko się wali i  jest w proszku. Okazuje się bowiem, że nie wszystkie utwory przygotowane przez członków toruńskiej załogi  spełniają wymogi okolicznościowej imprezy. Niektóre grzeszą infantylizmem, inne są zbyt refleksyjne albo wywołują skojarzenia, które z racji ideologiczno-politycznych są niedopuszczalne. Niezaprzeczalnym atutem toruńskiego przedstawienia jest sięgnięcie do zupełnie nieznanych i zapomnianych piosenek archiwalnych, które pozwalają na ukazanie absurdów zaangażowania społecznego i klimatu tamtej Polski z przymrużeniem oka, jednocześnie z lekkością, z wdziękiem  oraz dystansem. Oglądając poszczególne fragmenty spektaklu widać było jak na dłoni, że aktorom nieobce jest poczucie humoru realizatorów filmu „Miś". W kreowaniu scenicznych portretów postaci korzystali również z poetyki i stylu  realizmu peryferyjnego stworzonego przez Marka Nowakowskiego. I choć nie usłyszymy tutaj takich hitów jak „Piosenka o planie 5-letnim", Naprzód młodzieży świata", „Zakochana tokarka" czy „ Sportowy marsz",  każdy z piątki artystów ma swój popisowy numer, nie sprowadzony jednak do  poszukiwania pustych gagów i zbyt natarczywego puszczania oczka do publiczności.  Natomiast wokalne  sceny zbiorowe – „Chemia. Chemia", „Złota piosenka" Chlebowskiego/Listwana, Niezgody, „Oj, panie kapralu" Rembowskiego/Sadowskiego, „Metalowcy" Sielickiego/Cierpisza, „Polowanie", „Złoty kask" Rozmusa/Czarskiego, „Latarki górnicze" Klimanka/Broll-Jareckiej -  dodatkowo pokazują ich brzmieniowo nienaganne umiejętności śpiewania harmonicznego. Głosy kwintetu wykonawców brzmią czysto i bez najmniejszego fałszu. Krzysztof Grzęda (Gwiszcz Henryk) jest przezabawny w „Walczyku dla niepalących" Żylińskiego/Odrowąża, Piotr Dąbrowski ( Gostek Roman) znakomicie interpretuje „Kartofelka" Mecci/Wojnickiego , Jacek Pysiak (Gałeczka Czesław) porywający w Balladzie egoisty" ,  Mariusz Wójtowicz (Groniuk Marian) słodko komiczny w piosence „Gdybym był hodowcą drobiu" Żylińskiego/Odrowąża, a Andrzej Korkuz (Gocot Józef) zniewalający w „Tyrolskim tangu" Horbowskiego/Jerry’ego.  Ale garść epitetów to za mało, by oddać charakter tego wieczoru oraz cały kunszt aktorsko-wokalny występujących  na małej estradzie przed prezydialnym stołem aktorów i muzyków . Na komplementy zasługuje już sam pomysł i scenariusz widowiska, oparty na dobrze już sprawdzonym w teatrze schemacie narracji ogniskującej się wokół kolejnych piosenek i propagandowych pieśni. Pretekst fabularny scenariusza jest tutaj czytelny, prosty i uczciwy, nie nastawiony na łatwy poklask i pusty rechot.  Choć z drugiej strony widać wyraźnie, że intencją twórców nie była reinterpretacja najnowszych dziejów naszego kraju. Bardziej chodziło o stworzenie lekkiego w formie, zabawnego,  spójnego muzycznie i koncepcyjnie widowiska,  będącego sentymentalnym obrazkiem z melodyjnymi piosenkami, a nie o gorzką rozprawę z systemem odzierającym ze złudzeń. Najważniejszy jest pojedynek na  piosenki w myśl zasady zawartej w jednym z programów Kabaretu Starszych Panów: „Piosenka to sposób z refrenkiem/ Na inną nieładną piosenkę". Atmosfera wieczoru, stworzona przez aktorów i dwóch instrumentalistów, nie sprowadzonych tylko do roli akompaniatorów, jest niepowtarzalna i niecodzienna. Pozwala na nostalgię i zdrową prześmiewczość, u jednych budzi tęsknotę, a nawet żal i wzruszenie,  u innych obojętność, nieszkodliwą irytację i bezbolesny gniew.
Wiesław Kowalski
 
„Zebranie czyli przywitajmy ich razem!"
Aranżacje muzyczne – Michał Czaposki (fortepian) i Jacek Czaposki (waltornia)
Premiera w Baju Pomorskim w Toruniu