Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478
  • +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ariana Nagórska - Dusza towarzystwa

    – Panie doktorze, zauważyłem u siebie dziwne objawy. Gdziekolwiek
       pójdę i cokolwiek powiem, wszyscy mnie ignorują.
    – Siostro, proszę wezwać następnego pacjenta!

    Pewien dżentelmen szeroko słynący jako tak zwana dusza towarzystwa, dla oszczędności papieru zwany dalej Bolsem, od czasu do czasu bywał nader ambitny. Wtedy stawiał sobie za punkt honoru uzyskanie zaproszenia od tych, którzy nie chcieli oglądać go na oczy.
    Domagał się tych zaproszeń z rzadką finezją i dyplomacją: – Wybieram się do was, nigdzie nie wychodźcie!, albo: – Mam nowe wiersze, pół litra i napój, chcę żebyś te wiersze przeczytała, albo: – Sto lat z okazji urodzin. Kiedy mam przyjść, bo kupiłem prezent. Gdy już od kogokolwiek zaproszenie wydębił, natychmiast kombinował, jaki by tu numer wykręcić zapraszającemu. Z reguły miał w repertuarze tylko jeden numer: przychodził pijany i po krótkiej rozmowie zasypiał. Nieraz nim zasnął, proponował paniom (a raz nawet panu!) jakieś tam seksualne zmagania, na które nikt nie reflektował. Dlatego też Bols w gościnie mógł spać bez przeszkód, bo każdemu i każdej milsze było jego chrapanie niż gadanie. Nieraz jednak w środku nocy, gdy domownicy już spali, gość wstawał i zaczynał snuć się od ściany do ściany. Wzdychał, stękał, otwierał i zamykał okna, chcąc za wszelką cenę zwrócić uwagę na swe kłopoty z bezsennością. Zawsze zrywał się skoro świt (co prawdziwie cierpiącym na bezsenność nie zdarza się nigdy) i budził kogoś, kto mógłby mu otworzyć wyjściowe drzwi. Często też pozostawiał „pamiątki", na przykład zachlapaną po sufit łazienkę czy zużyte chusteczki na stole.
              Pijak ten z wiekiem tak wysubtelniał, że (jak twierdził) oprócz Bolsa żadna inna wódka nie mogła mu przejść przez gardło (stąd i jego przezwisko – Bols). Jednak to nie delikatne podniebienie stało się jego znakiem rozpoznawczym. Słynął przede wszystkim z dobrych manier i nienagannego zachowania. Kiedyś znalazł się na sylwestrowej prywatce, gdzie każdy uczestnik miał przynieść jakiś alkohol. – Ja przyniosłem Bolsa i wszystko wskazuje na to, że tylko ja! – zaczął wołać już od drzwi. Gdy nalewano mu kolejne toasty, pił wprawdzie, ale stale pokrzykiwał: – Przecież przyniosłem Bolsa! Dawajcie go wreszcie, ileż można czekać! Gdzie do licha jest ten mój Bols?!  Kiedy jego Bols został skonsumowany, inne toasty przyjmował chętnie, wzdychając tylko: – Co za świństwo! Następnie trwał jak kołek przy stole i obserwował, ile kto je. Uwziął się w końcu na jakiegoś Jarka i zaczął komentować każdy kęs niesiony przez niego do ust.: – No proszę, proszę...Jednego śledzia zjadłeś i od razu bierzesz drugiego? Przecież przed chwilą jadłeś już kotleta, weź teraz co innego, albo w ogóle przestań tyle jeść, bo się jeszcze porzygasz! Wreszcie gospodarz imprezy powiedział mu, że jeśli nadal będzie gapił się ludziom w talerze, zostanie wyrzucony za drzwi. Po tym ultimatum Bols nareszcie przy stole zasnął, zgodnie z tradycją, czyli grubo przed północą. Był to chyba najbardziej szampański Sylwester w jego życiu.
              Raz jednak przez swą wrodzoną towarzyskość najadł się niemało strachu. W porze obiadowej przybył z wierszami do pewnego małżeństwa. Pan domu, istny mistrz kulinarny, stawiał na stół coraz to nowe smakołyki, częstował  nalewkami własnej roboty, a Bols wraz z panią domu gadali o wierszach. Naturalnie każde mówiło o wierszach własnych, lecz wskutek mocy nalewek Bols uważał dwa niezależ-
    ne monologi za owocny dialog i tym razem nie szykował się na spoczynek od razu po dobranocce. Pan domu, idący rano do pracy, spał już dawno w swej sypialni, gdy Bols na blacie stołu zległ w pół słowa. Damie nie pozostało nic innego, jak ułożyć gościa na kanapie w jadalni i udać się do małżeńskiego łoża. W jakiś czas później Bols tak mi tę wizytę relacjonował: – Ale się bałem! Ta kobieta nie ma za grosz wstydu ni opamiętania. Mąż śpi tuż za drzwiami, a ta chce ze mną iść do łóżka! Dla zachowania pozorów poszła wprawdzie do swojej sypialni, ale przez całą noc oka nie zmrużyłem z nerwów, że niespodzianie właduje się do mnie i zacznie molestować. Owszem, choć dosyć stara, jest całkiem niebrzydka, ale ja nie mógłbym tak mężowi pod nosem... Odtąd do nich nie zaglądam – podsumował, z czego wywnioskowałam, że zabroniono mu tam wstępu. W rewanżu opowiadał: – Kiedy u nich jadłem, omal się nie rozchorowałem! Z wierzchu elegancja, a w garnkach i szafkach istny syf! Ponieważ u mnie garnki są z reguły puste, a większość przedmiotów leży poza szafkami – ten stan rzeczy z kolei ostro piętnował na wizycie u owego małżeństwa.  Próbował też mój bałagan ocalić dla potomności, pisząc na ten temat satyryczny w swym mniemaniu wiersz. Niestety, wszystko wskazuje, że tą drogą do historii nie przejdę. Tak czy owak, wpuszczenie Bolsa do mieszkania to okazja do pokuty i rachunku sumienia, choć na rozgrzeszenie z jego strony nie ma co liczyć.
              Gdy zapragnął pewnego dnia opuścić swe dzikie peryferie i nawiedzić Sopot, a w nim moje drugie locum, którego dotąd nie oglądał, lojalnie uprzedzałam arystokratę, że nie jest to taki apartament, do jakich przywykł. Dawał jednak do zrozumienia, że człowiek kulturalny wszystko zniesie bez wybrzydzania. Napił się, by łatwiej trafić... i w zimowym kurorcie zabłądził. Mijał okna i balkony w świątecznych dekoracjach, zaśnieżone ogrody pełne wymyślnych światełek, i im było wokół ładniej, tym bardziej szukał dziury w całym. Mroźne powietrze raczej go przymulało, zamiast otrzeźwiać. Gdy dotarł na miejsce, zaczął od progu: – Nikt by tutaj nie trafił, ciemno, ślisko, istne zadupie! Numery na tej twojej ulicy zupełnie popieprzone, po osiemnastym jest zaraz dwudziesty! No to ja się pytam, gdzie wy tu macie numer dziewiętnasty?! Dlaczego po drugiej stronie? Jakie nieparzyste?! To twoja strona nie zaczyna się od numeru jeden? No właśnie mówię, że pomieszane jak na wsi! Sprzedaj to mieszkanie jak najprędzej i bierz, ile dadzą, bo na większą kasę w takim miejscu nie ma co liczyć! – radził mi jak marketingowy ekspert. Tak się jednak zmęczył spontanicznym szacowaniem mej nieruchomości, że tym razem zasnął już o dwudziestej. Przy tym był tak wściekły, jakby to on na owe mieszkanie przez lata jako pisarz ofiarnie łożył ze sprzedaży makulatury, a tu już przy pierwszej inspekcji  okazało się, że cały jego wkład kapitałowy został zmarnowany.
              Po tym dołującym doświadczeniu dostał jednak z nagła wiatru w żagle. Pewna nieświadoma jego klasy towarzyskiej dama spoza Trójmiasta (miła choć zaniedbana – jak powiedział) zapragnęła zapewnić mu gościnę po spotkaniu autorskim. Mieszkanie tam własnościowe, jedzenie smakowite i dużo znajomych – czyli wszystko to, co może Bolsa wkurzyć. A  po swym spotkaniu autorskim będzie wkurzony podwójnie z powodu niewystarczającego aplauzu, bo warto wiedzieć, że żaden aplauz nie jest dla niego wystarczający. Na dodatek w regionie, w którym ma wystąpić, przed wieloma laty ukazała się recenzja z jego książki  pod znamiennym tytułem: Tego się nie da czytać. Mało kto ją pamięta, ale Bols w takich kwestiach amnezji nie ma. Może być ostro, bo facet ostatnio uważa się za  nieustraszonego satyryka. Dla wszystkich byłoby jednak najwygodniej, gdyby wystąpił w przebojowej roli playboya-amanta. W roli tej mówi tylko cztery słowa: – Chodźmy już do łóżka.  I zasypia.

    Od redakcji: „Akant" 2001, nr 4, s. 41

    Również tego autora