Elżbieta Niedźwiadek - Bezsenna noc

Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Leżała na plecach, w szpitalnym łóżku, z rękoma wyłożonymi na kołdrze, z twarzą zwróconą na sufit. Różne myśli przychodziły jej do głowy z przewagą tych, które przytłaczały niewspółmiernie proces rozważań, a dotyczyły oczywiście przyszłości. - Uważać na siebie! Zwolnić tempo życia! Nie denerwować się! Unikać stresów! Wszystkie działania mają być racjonalne, żadnych porywów i romantyzmu… Rozumiemy się? - tak mówił lekarz prowadzący i w takt wypowiadanych słów obracał w palcach długopis.
- Będzie mi bardzo trudno dostosować się do pańskich wskazań, Panie doktorze, bo czym jest życie? „Jedną chwilką"… jak napisał poeta. „Jedną chwilką"– powtórzyła cicho. -Wiem, Panie doktorze, że ma Pan rację, ale to nie takie proste - dokończyła wypowiedź ściszonym głosem.
- Jeszcze ma Pani przed sobą dwa dni pobytu u nas a potem powrót do domu! Proszę zrozumieć, inni czekają na hospitalizację!
- Jeszcze mam przed sobą dwa dni pobytu, a jeżeli coś się pogorszy?- pomyślała.
Ze szpitalnej dyżurki sączyło się blade światło. Otwarte drzwi od pokoju chorych umożliwiły jej patrzenie na korytarz. Dostrzegła, że dyżurna siostra starannie przygotowywała na kozetce wygodne miejsce, by oglądać nocny program telewizyjny. Doskonale widziała jej wyrazisty profil. Gdyby nie noc i pogaszone światła w salach, mogłaby bez trudu narysować tę twarz zobojętniałą na ludzkie cierpienie, przyzwyczajoną do  narzekań cierpiących, chrapania czy płaczu.
Przy jednym ze szpitalnych okien na małym stoliczku stała bożonarodzeniowa choinka z paletą żarówek zakleszczonych na sztucznych gałązkach, a na jej czubku widniała gwiazda betlejemska. Promienie tej gwiazdy padały na podłogę korytarza przetartego mokrą mopą. To tutaj – przed kolacją – na starych wysłużonych krzesłach siadali chorzy spragnieni rozmowy z innymi towarzyszami szpitalnej niedoli. Byli ciekawi co po „obchodzie lekarskim" mówili o stanie zdrowia Pana Jasia czy Pani Marysi. Ich dociekliwość i prognozowanie było często profesjonalne. Tymczasem rozmawiano o prywatnym życiu pozostawionym poza szpitalem. Tu dzielono się smutkami szarego, codziennego życia, zmartwieniami o doniczkowych kwiatach, których nie ma kto zasilić wodą, czasem troską o kotka lub pieska, z którymi byli związani całym sercem, bo chociaż przyjaciółka czy sąsiadka poczyniła zapewnienie, że „wszystko będzie w porządku i proszę się nie martwić", to jednako obce ręce-lekkie ręce i często zbyt chłodne dla ulubieńca.    
Kiedy zbliżał się dzień szpitalnych odwiedzin, zmieniała się też atmosfera wśród chorych. Spragnieni wiadomości opuszczali swoje pomieszczenia i zmierzali ku drzwiom, w których przez oszklone drzwi mogli wypatrywać swoich najbliższych i oczekiwanych. Niektórzy nie doczekali się upragnionych odwiedzin. Wracali smutni, milczący, zmęczeni wypatrywaniem najbliższych. Najczęściej powracali do swojej sali. Kładli się do łóżka i udawali, że śpią. Ta izolacja od zbiorowego przeżywania mijających chwil, trwała do kolejnego posiłku. Właśnie przy spożywaniu mlecznej zupy usprawiedliwiali nieobecnych, twierdząc, że córka czy mąż są bardzo zajęci i nie mogą odwiedzić, ale przyjdą, na pewno przyjdą… właściwie, to o czym mówić?
Ta kobieta z siwymi włosami, które jak szron opadają na wyblakły szlafrok z konturami dużych kwiatów, którym urodę zabrały proszki po wielokrotnych praniach, chętnie opowiada o swoich współlokatorkach  i o jednej, i o tej co leży pod oknem mówi, że tak ciężko oddycha, no niedługo pociągnie… Pozostał jej szlak ostatnich pożegnań i świetlista droga do jasnego tunelu, wystarczy popatrzeć, ale nikt z grona słuchaczy nie chce oglądać „śmiertelnie chorej". Rozmowy jednak z minuty na minutę tracą sens i wartkość wypowiedzi. Raz po raz odchodzi ktoś z grona słuchaczy. Idzie powolnymi, starannie odmierzonymi krokami do swojej sali.
Ona też. Ostrożnie i cicho wsuwa się do pokoju. Jej łóżko postawionej jest na środku. Na blaszanej szafce nocnej stoją znieruchomiałe herbaciane róże przyniesione przez męża z okazji dnia urodzin. Są ładne i pachną subtelnie. Lekarze i pielęgniarki zatrzymują wzrok, kiedy wizytują salę a ona nie wie, czy za chwilę nie usłyszy zarzutu, że tu nie wolno trzymać kwiatów, bo tu przecież szpital a nie pokój wynajęty w domu wczasowym…
Pani Danuta ma łóżko przy dużym oknie, za którym jest przepiękny park z okazałymi drzewami, krzewami i różami, umierającymi w jesiennym, bladym słońcu…
Pani Janeczka ma łóżko w pobliżu umywalki. Nieustannie modli się. Tuż przy niej najwięcej jest zainstalowanej aparatury. Kroplówka sączy się do ciała chorej. Mąż, który do niej przychodzi w odwiedziny ma zaczerwienione oczy od łez i braku snu. Jest już po rozmowie z lekarzem opiekującym się salą. Gładzi ręce pani Janeczki. Swoimi dłońmi patrzy na zasinione ręce. Nie może powstrzymać się od łez. Wyznaje, że jutro przyjadą synowie: ten ze Szczecina i ten z Połczyna. Ucieszysz się, prawda, Jasiu?
- Pewnie! Każda matka cieszy się, jeżeli pamiętają o niej dzieci… Wczoraj byłam u spowiedzi i u Komunii Świętej. Przeprosiłam Boga i oddałam swoje życie w ręce Wszechmogącego.
Mąż pani Janeczki odwraca twarz do okna. Drżą mu usta. Przymyka oczy. Opanowuje smutek i nie pozwala, żeby łzy spływały mu po policzkach.
Pójdę jeszcze do ordynatora – oznajmia żonie – zapytam, czy długo będziesz tu leżeć. Tak bardzo chciałbym mieć Ciebie w domu, tak bardzo – wyznaje szeptem swoją miłość i przywiązanie.
Teraz wszystkie sale z chorymi przygotowują się do wieczornej wizyty lekarza ordynatora oddziału. Siostra dyżurna biega od jednego do drugiego pokoju. Rozdaje termometry. Sprawdza karty chorych. Wykreśla linie gorączki. Poprawia poduszki, kołdry i koce, żeby nie było zastrzeżeń wizytujących.
 Na oddziale zapanowała szpitalna cisza i widać zamyślenie chorych.
Wizyta trwa krótko. Rozmowy z chorymi skrócone są do minimum. Jedne nosiły znamiona pocieszenia, inne sygnalizowały, że trzeba jeszcze poleżeć, że trzeba zrobić dodatkowe badania i dopiero wówczas poda się prawdopodobną diagnozę.
Ona nie może zasnąć. Już wie, że ma bezsenną, straconą noc. Wyniki badań laboratoryjnych i pomiary pracy serca będą daleko odbiegające od normalności. Jedyna nadzieja w Bogu i Maryi Nieustającej Pomocy.
Wśród nocnej ciszy słychać idących wysłańców po zabranie do kostnicy kolejnego martwego ciała, które zesztywniało od bólu i pozbawionego na zawsze oddechu.
Odjeżdżają czarne łódki z krzyżykami srebrnymi, odpływają bezszelestnie w szpitalnej windzie – z przeznaczeniem tylko dla czarnego konwoju. Salutują zmarłemu otwarte drzwi…
Szarzeje poranek z chorągiewkami ostatnich złotych liści, które spadają bezszelestnie na ogród pomalowany siwizną przymrozków.