Emil Biela - Gorzkie memuary

Ze zrozumiałych względów dzienniki, wspomnienia, pamiętniki, memuary cieszą się dużym zainteresowaniem czytelników. Dość wspomnieć o ogromie pożytku płynących z lektury „Dzienników" Stefana Żeromskiego, którego nieznane fragmenty drukował „Akant" (2000, nr 4-13), „Dziennika" André Gide’a, „Dziennika" Witolda Gombrowicza, „Dziennika pisanego nocą" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy stareńkiego „Dziennika podróży do Tatrów" Seweryna Goszczyńskiego. Lista autorów notujących swoje przeżycia, refleksje, obserwacje społeczne, moralne czy artystyczne jest bardzo długa. Dołączyła do nich ze swoimi memuarami ANNA CHMIEL z Cieślewiczów, ujawniając swoją biografię liczącą osiem dziesiątków lat, w książce pt. „Suknia z zielonej portiery". Czytelnik ma dokumentalny obraz dziejów szlacheckiej rodziny w ubiegłym stuleciu. I powiedzmy od razu, że jest to malunek bardzo szczery, bolesny, gdyż życie rodzin z „arystokratycznym piętnem" nie przyniosło w okresie władzy ludowej żadnych splendorów czy ułatwień. Wręcz przeciwnie. Stąd pewnie bardzo gorzki smak tych wspomnień. Nawet małżeństwo z Chmielem nie stało się powodem do radości i rodzinnego szczęścia... Na okładce „Sukni z zielonej portiery" wydawca umieścił urzekającą fotografię matki autorki, Heleny Sypniewskiej z Odrowążów Cieślewiczowej. Ta – jak wynika ze zdjęcia, urokliwa kobieta, była trudnym człowiekiem. Córka nie darzyła je miłością. Całe uczucie skierowane było na ojca, Władysława Rawicza Cieślewicza, wiecznie zatroskanego o dom i swe dzieci, o pracę, ziemię, którą kochał całym sercem i o kraj, któremu oddał życie (Katyń). Naznaczona piętnem swego pochodzenia nie mogła po 1945 roku studiować, a będąc wybitną lekkoatletką, nie uzyskała nawet zezwolenia na udział w olimpiadzie w Londynie. To tylko jeden z przykładów (licznych!) szykan ze strony władz PRL. Była traktowana jako balast obciążający ojczyznę zmierzającą do budowy socjalizmu. Anna nie była w swym rozgoryczeniu, niepowodzeniach i samotności kimś, który kroczy pod białą flagą. Wysoko niosła swe rodowe herby: „Rawicz" i „Odrowąż". Tak pisze o nich, cytując stary przekaz: „Z dwóch klejnotów rodowych życie wywieść mogę, lecz tak długą i trudną tułaczki mej drogę opartą na przykładach zacnych antenatów Bóg zechciał dać; ludzkich garść dramatów. Do miłości otwartej, męstwa, wiary w ludzi dorzucił On także łzy żalu, rozpaczy i męki, co schyliwszy głowę, biorę z Jego ręki. Czynom cnotliwym poświęcam kruchy los mi dany. Aby ten, kto szlachetnym, był niezapomniany. A ty przekaż dalej i miej to na względzie, że póki cnota przykładem, pierwej – miłość ojczyzny i ludzi, póty pamięć będzie". Annie Chmiel z Cieślewiczów przypadło żyć w niedobrej dla niej części XX wieku, kiedy władza ludowa miała za nic pochodzenie niektórych ludzi i ich dotychczasową własność. Może ten rys ówczesnych czasów pozbawił ją elementarnego uczucia, bo wyznaje, że nie wierzyła w ogóle w... miłość! Zwłaszcza do takiej osoby, jak ona sama. Pisze iż: „Od początku mojego istnienia ziemskiego niezmienne byłam najgorszą, najbrzydszą Hanulicą albo nieco łagodniej -–Hanką. Wierzyłam w realizację swoich postanowień i w swój twardy, może nieco spaczony charakter. Za żadne jednak skarby nie potrafiłabym uwierzyć w to, że ktoś może zaangażować się uczuciowo w stosunku do mojej osoby. W tych przypadkach stawałam się nieufna i zamykałam się w sobie. Stawałam się wręcz odpychająca, by w ten sposób uniknąć dalszych zawodów życiowych, których i tak miałam za wiele. W nieskończenie idealne uczucie można uwierzyć tylko wtedy, gdy towarzyszą mu całkowicie bezinteresowne czyny. A gdzie coś podobnego można znaleźć? Chyba tylko u Boga. Bo takich szlachetnych istot ludzkich po prostu dotąd jeszcze nie spotkałam". Podobny ton rozbrzmiewa na wielu kartach tego memuaru. Bo pisała go nie Anna, lecz „oni"... Anna Chmiel z Cieślewiczów" Suknia z zielonej portiery czyli moja biografia, Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu, Rzeszów 2009, ss. 384.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora