Janusz Rulka - Wieczory na sianie u wuja Franka - Wieczór drugi. Zemsta wuja Franka.

Spis treści


Wieczór drugi. Zemsta wuja Franka.

– To jednak znów się ładujesz na siano? Krowi smród ci nie przeszkadza? Patrz nawet Maciek zrezygnował i śpi w alkierzu.
– A to czemu wuj tu sypia?
– Po takiej robocie na zgliczyńskich łąkach, jak się w r... wodzie po kolana utytłam przy wynoszeniu kopek, to kości nie czuję, a właściwie to czuję każdą najdrobniejszą, tylko tak się to mówi. Tu mogę się lepiej wyciągnąć niż na moim szlabanie. A i do mojej obecnej żony już mnie tak stale nie ciągnie. Mówię to, bo akurat ty wchodzisz w ten czas, że będziesz za babami latał, jak ja przed pierwszą wojną.
Wpadam wujowi w słowo.
– A jak to było w czasie ostatniej wojny, za co właściwie wuja aresztowali? Bo pamiętam, że zaraz po Bożym Narodzeniu przyjechali z Radzanowa Wąsal i Kempka. Łazili po wsi chyba z pół dnia, a my – dzieci, strasznie się ich baliśmy.
– No widzisz, i wypatrzyli u mojej kasztanki w toku trochę ziarek i spisali protokół.
Ja im mówię: młóciłem cepami, zawsze trochę zboża w kłosach zostanie. Kempka, co to polski rozumiał, bo z Mazur rodem nawet tłumaczył to chyba Wąsalowi jak należy, ale ta cholera – wiesz jaki był. Ile ludzi posłał do obozów, a ile do piachu. A w ostatnią noc żandarmi przed Ruskimi uciekli i nawet nie wiadomo, czy jaką karę ponieśli, pewnie nie. Chyba, że ich Ruski gdzie dopadli.
Od razu czułem, że to się źle skończy. Po dwu tygodniach – prędcy byli – przyjechał już sam Kempka i przywiózł nakaz aresztowania na 6 miesięcy.
– To tez pamiętam – wtrącam – bo Mama wzięła mnie za rękę i pobiegliśmy do wujostwa. To już tylko widziałem, jak Stasia z płaczem wpinała wujowi w klapę marynarki igłę owiniętą nitką, a ciotka w łóżku też płakała, a my razem z nią.                             
– A co miała robić? Wstać nie mogła, bo jej się ropa lała, tak jej tę operację ślepej kiszki w Mławie zrobili. Wiadomo, szpital nur für Deutsche!
No to powieźli podwodą mnie i dwóch jeszcze z Radzanowa do Mławy, czyli Mielau – jak ją przechrzcili. A tam w gestapo ustawili nas w rządku dziesięciu z całego powiatu. Ja ostatni. Wchodzi gestapowiec w czapie, w rękawiczkach i z pejczem. Każdego pyta po polsku:
– Coś zrobił bandyto? A to „r" aż mu w gębie warczało.
Każdy próbuje odpowiedzieć, ale on nie słucha, tylko z całej siły wali albo pejczem przez twarz albo pięścią w szczękę. Przedostatni był ksiądz. To nawet już nie zapytał, tylko od razu w zęby. Musiał mieć chyba kastet pod rękawiczką, bo ksiądz padł na podłogę, a jak my go podnieśli, to i parę zębów wypluł. Mnie już nie uderzył. Chyba się zmęczył.
A na drugi dzień wieźli nas koleją przez całe Prusy, aż nad Pregołę do obozu koncentracyjnego w Insterburgu, po naszemu Wystruć. To teraz jest po rosyjskiej stronie.
Najgorszy był głód i zimno. Już po dwóch miesiącach byliśmy jak cienie. Przed zimnem próbowaliśmy się ratować zakładając pod ubrania papier z worków po cemencie, bo pracowaliśmy przy budowie bunkrów.
Ale mieliśmy starszego nadzorcę, takiego w moim wtedy wieku, pod pięćdziesiątkę, który strasznie za to bił. Na szczęście gdzieś w marcu trafiłem z kolegą z Krzeczanowa do komanda technicznego. Chodziliśmy po domach naprawiać Niemkom krany, elektrykę, kanalizację.
– Przecież wuj nie miał o tym pojęcia – wołam – w Zgliczynie do tej pory nawet elektryczności nie ma!
– Jak wiesz, w ułanach krachowieckich, już po wojnie bolsiewnickiej, przeszedłem jeszcze kurs przodowników weterynarii. To trochę sobie przez pół roku na różne rzeczy popatrzyłem. A jak jest położenie takie: żyć – czy nie żyć, to człowiek w jeden dzień nauczy się więcej niż, w szkołach przez rok.
– No faktycznie, chociaż teraz w Radzanowie jest technik weterynarii, to ludzie z końmi tylko do wuja przychodzą i to z odległych wsi.   
– A widzisz. Ale ja o czym innym. Przez ten miesiąc, co my chodzili po domach, to Niemki – młode czy stare – ani razu nie poczęstowały nas kromką chleba czy papierosem. A często przecież rozchodziliśmy się po kilku piętrach, a strażnik był tylko na dole. Traktowały nas jak bydło, ale to też nieprawda, bo gorzej od jakichkolwiek zwierząt. A jak byliśmy zagłodzeni – widziały. Dopiero jak z Prus uciekały w czterdziestym piątym, to się zaczęły nad sobą roztkliwiać.
Na Wielkanoc po raz pierwszy mieliśmy nieco lepszy obiad. Były ziemniaki polane sosem i malutki kotlet mielony, w którym można było wyczuć trochę mięsa. Do dziś czuję, jakie to było smaczne!
Ale od 15 kwietnia dali nam letnie ubrania. Koszula z krótkim rękawem i cienkie spodnie. A tu jeszcze były przymrozki!
Na dodatek znów zaczęliśmy kopać rowy, często z wodą. A tam największy bandyta zauważył, że chyba z minutę przed przerwą obiadową oparłem się o szpadel. Doskoczył do mnie i kolbą od karabinu zaczął mnie masakrować. Uratował mnie jego kumpel, który w pewnym momencie coś do niego zagadał. Myślałem, że to już mój koniec, ale prześladowca gdzieś poszedł, a ten drugi pokazał mi na migi, że mam zjeść jego porcję z talerza, który mi ukradkiem podłożył. I to mnie wzmocniło.
A za dwa tygodnie zostałem wezwany do komendantury, dali mi zwolnienie i bilet do Mławy. Wierzyć nie chciałem, bo sobie wyliczyłem, że mi został jeszcze miesiąc i już chyba bym nie wytrzymał. Jak wiesz, to twój ojciec napisał podanie, że małe dzieci, żona umierająca, a gospodarstwo idzie w ruinę.  
– Ja myślę wuju, że chyba na tym gospodarstwie im zależało. Żeby nadal dawało produkty na potrzeby Rzeszy. A z tego, co mi mówił niedawno Ojciec, to Niemcy w 44 byli już trochę skołowani. Z jednej strony nadal nas tępili, a z drugiej chcieli zjednać przeciw komunistycznej Rosji. Pamiętam taki plakat, który wtedy sołtys przykleił. Od wschodu parł wielki czołg z czerwoną gwiazdą, a od zachodu kilku niemieckich żołnierzy rzucało w niego granaty, osłaniając sobą kobiety i dzieci. Plakat wszystkim mocno się podobał, bo czołg był olbrzymi, a żołnierzyki z granatami (nawet nie pancerfaustami) tacy jacyś drobni.
– No tak – mówi wuj, wracając do opowieści.
Z Mławy ludzie podwozili mnie od wsi do wsi, bo nie miałem siły iść. Próbowali też częstować, ale zjadłem tylko trochę chleba ze zbożową kawą, bo bałem się torsji. Chociaż, nieprawda, w Liberadzu dali mi chleba z masłem i to mnie rozstroiło, ledwo dojechałem. W domu, mimo że twój ojciec zakazywał, dali mi na drugi dzień mleka i dwa tygodnie chorowałem. Ale najgorsza była nienawiść. Czegoś takiego nie czułem nigdy wcześniej i później.
– To też pamiętam. Nawet ja się wtedy wuja bałem, gdy mówił co zrobi z napotkanymi Niemcami po wojnie. Dlatego nie rozumiem tego zdarzenia, gdy w styczniu, w te silne mrozy, przez trzy dni i noce uciekali Niemcy. Na drodze utworzyły się dwa pasy: dla samochodów z żołnierzami i dla wozów konnych. Jezdnia była ubita i wyrównana jak najlepsza szosa. Często ten potok się zatrzymywał i znów ruszał. Była to dla mnie i dla innych wielka radość, że uciekają tak, jak my w trzydziestym dziewiątym, że wyglądają jak dziady, że na wozach marzną im dzieci i starzy.
– Ale za rowem – wtrąca wuj – na polu, powstała twarda ścieżka, po której prowadzono więźniów, a na początku i końcu szli konwojami z psami. Na polu w stronę Gołuszyna leżał potem jeden w pasiaku. Zastrzelili go, bo pewnie nie miał siły iść dalej. Zresztą nie wszystkich prowadzili. Kilka dni późnej dowiedzieliśmy się, że w ostatnią nic w żwirowisku koło Mławy zabili wszystkich trzystu więźniów. Jeden tylko, ranny, wyczołgał się po paru godzinach z tej sterty trupów.
Tym bardziej nie rozumiem tego, co zobaczyłem, gdy nas wyzwolili radzianie i z mamą poszedłem na drugi dzień do wuja.
Przy stole siedział starszyna, co miał pod sobą przewoźny magazyn amunicji w drewutni wuja, a na miejscu nieboszczki wujny sterczała jakaś blada kobieta ze szwargoczącymi trzema dzieciakami. A wuj i Stasia podają na stół talerze, sagan dopiero co ugotowanych ziemniaków ze skwarkami i kociołek parującej czerwonej kapusty, jak się okazało dar tegoż Rosjanina.
– I to miała być ta straszna zemsta? Minęło już siedem lat, a ja ciągle mam do wuja o to pretensje.
– Widzisz Jasiu, to nie jest takie proste. Wiadomo, Stalin nas zniewolił, ale tamten starszyna na pewno nas wyzwalał. Nie ponosi on winy ani za komunę ani za tych bolsiewników, co naszego oficera, wziętego do niewoli, wbili na pal. A te dzieci niemieckie wyglądały tak, jak mój Maciek i Stasia, gdy żegnali mnie przed uwięzieniem. Albo, nie przymierzając, jak ty, twoja siostra, twój ojciec i matka, jak was wiozłem drabiniastym wozem na słomie i w pierzynach twardą jesienią 39 roku z Płocka do Zgliczyna.
Pewnie, zapomnieć Niemcom ich zbrodni nie mogę. Jak wiesz, kolega z Krzeczanowa nie miał tyle szczęścia i w Insterburgu, już po moim zwolnieniu, go zamordowali. Jego żona jest dziś moją żoną. Ale tak cały czas żyć w nienawiści, to ja nie mogę