Stefan Pastuszewski - Wszystko widzi

Obserwując u Sebastiana formowanie się kategorii „mieć" nieco zwątpiłem w jej negatywną wobec kategorii „być" konotację. Posiadanie jest u młodego człowieka równie naturalne jak istnienie, choć na pewno jest wobec niego wtórne i jest swoistą protezą wobec słabości, jakby wzmocnieniem młodego organizmu.
Bo w relacjach społecznych własność wzbudza szacunek, podnosi wartość, a nawet daje władzę. Dziecko trzymając w ręku piłkę zajmuje w danej chwili pierwsze miejsce w zabawie. Jest najważniejsze. A człowiek został przecież stworzony do pierwszeństwa i ważności. Każdy. Ileż to razy Sebastian popisuje się przede mną posiadaniem nowej zabawki! I czyni to ze swej natury, od siebie, a nie, że tak go nauczono.
Potem oczywiście, trzeba będzie zadbać o równowagę między „być", a „mieć’ i priorytet tego pierwszego, bo ono jest godniejsze człowieka i w wymiarze eschatycznym  rozsądniejsze, jako że trumna nie ma kieszeni.
Zresztą Sebastian, dojrzewając, jakby skłaniał się do tej harmonii. Kilka lat temu wręcz nie dopuszczał mnie do swoich klocków czy samochodzików, dziś, w wieku ośmiu lat, oczywiście, że klockami się już nie bawi, ale potrafi się ze mną dzielić i słodyczami i znaczkami pocztowymi, które namiętnie zbieramy. Rzeczy stają się dla niego coraz bardziej instrumentami pomocniczymi w zdobywaniu satysfakcji. Bo w dziecku na pierwszym etapie jego rozwoju dominują tylko dwa uczucia: satysfakcji i dyskomfortu psychicznego. Bez wątpienia w tym pierwszym kryje się pierwiastek korzyści. Dziecko poznając nową część świata, zazwyczaj pyta się wewnętrznie:
- Jaką mogę mieć z tego korzyść?
Bo dziecko musi mieć dla swego rozwoju określone korzyści. Budulec.
Egoizm? Na pewno. Ale nie egoizm niszczący drugiego człowieka, zawłaszczający go. Naturalny, a natura człowieka jest przecież ksobna, osoba ludzka to osobność.

Sebastian pozostaje w ciągłym pędzie. Ileż nowych podziwów i zachwyceń, uczuć i doznań, walk błądzeń, twierdzeń i przeczeń tkwi w duszy, świadomości i emocjonalności takiego chłopca.
Tworzy, a nie wyczekuje. Chce, a nie musi. Nie ma dogmatów i przyzwyczajeń, tylko wciąż łaknie nowości. Jest otwarty na drugiego człowieka. Bywa, że nienawidzi na chwilę, ale nigdy nie pogardza.
Chociaż… Jest u niego pewien obszar zapiekłej wrogości. To koleżanka z klasy – Paulina. Mieszka niedaleko nas, po drodze, tak więc kiedy idziemy co sobotę rano „do sklepiku", to mijamy wielkim łukiem jej dom, znacznie nakładając drogi. Gdy zbliżamy się do sklepiku, to on uważnie obserwuje przez szklane drzwi, czy jej przypadkiem we wnętrzu nie ma. Nie chce jej spotkać, brzydko klnie, kiedy o niej mówi. I nie jest to tylko chłopięca niechęć do dziewcząt objawiająca się właśnie w tym wieku, bo pokazywał mi kiedyś laurkę od innej koleżanki i bardzo się z tego faktu cieszył.
Zbadałem- Pauliny nikt w klasie nie lubi, bo jest skarżypytą.  Eskalacja niechęci. Ona chce być ważna, bo każde dziecko chce być ważne, pierwsze, więc zaczyna skarżyć, zaczepiać, przezywać, bo nie ma innej możliwości wyrwania się do przodu. Jak pomóc tej dziewczynce? Z Sebastianem nic pod tym względem nie zrobię, bo jest szczerze, prostolinijnie zapiekły. Wydaje się, nawet że ta dziewczynka stała się piorunochronem jego burz wewnętrznych. Bo one już są i to całkiem niemałe. I zazwyczaj pochodzą z zewnątrz. Chłopiec przysłuchuje się rozmowom, w tym awanturom dorosłych i je „zbiera". Czasem coś na ten temat mówi, coraz częściej jednak już milczy. Tak to zewnętrzny świat wpływa deprymująco na dziecko. A jednak Sebastian usiłuje z nim walczyć, korygować. Nie znosi na przykład fałszu, sztuczności. Przez pewien czas nie wiedziałem dlaczego przedrzeźniał mnie, gdy podczas odrabiania lekcji usiłowałem poprawiać jego błędy pseudo-łagodnym, chyba nawet jęczącym głosem. Wystarczyło, że zmieniłem głos, a przestał przedrzeźniać.

Sebastian mało pyta. Czasem tylko, gdy użyję nieznanego mu słowa, zagaduje:
- Co to znaczy?
Sebastian mało pyta, a dużo wie. Podgląda świat. Dziś dzieci mają większe możliwości podglądania świata niż kiedyś. Internet, filmy DVD, ta nieszczęsna telewizja. Niestety, mało czyta książek, choć książek też jest dziś dużo, bardzo dużo (za dużo?).
Pewnej słonecznej, lutowej niedzieli Sebastian zaskoczył mnie swą znajomością rzeczy. Bawiąc się w ogrodzie, oglądaliśmy smugi ponaddźwiękowców na niebie i ujrzeliśmy trzepoczące na dużej wysokości ptaki. Dolatywały do siebie i odlatywały. Jeden był większy, ciemniejszy, drugi mniejszy i jaśniejszy. Ten większy był bardziej ruchliwy, zataczał koła wokół mniejszego, podfruwał i odfruwał. Ale ten mniejszy też trzymał kontakt, bo gdy koło towarzysza igraszek robiło się niebezpiecznie za duże, to on natychmiast zbliżał się do jego obwodu. Ona…
- To są gody- powiedział rzeczowo chłopiec, a potem wskazał miejsce, w ogrodzie, gdzie koty wzięły ze sobą ślub.
- Biły się wtedy nawet, dużo sierści potem leżało – przypominał.
Tym razem byłem pełen podziwu dla kobiecego wychowania. Tak trudny i niepokojący młodego człowieka problem, a tak dobrze skwitowany: ślub.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora