Cezary Józef Tajer - SINGLE

ROZMOWY NA „GADU"
Po długiej, ostrej zimie koniec przedwiośnia niespodzianie okazał się wyjątkowo ciepły i pogodny. W nocy z szesnastego na siedemnastego marca temperatura raptownie podskoczyła tak wysoko, że zwały przeterminowanego śniegu błyskawicznie zmieniły się w strugi mętnej wody i błota spływające rynsztokami do przepełnionych studzienek kanalizacyjnych. Kałuże łączyły się ze sobą tworząc na ulicach wielkie, szare rozlewiska, które dopiero w blasku wschodzącego słońca zaprezentowały swój pełny koloryt – na ich powierzchni plamy ze spalin i oleju mieniły się soczystymi, tęczowymi barwami. Niestety, bajeczna mozaika ponownie zamieniała się w fontanny bełtów tryskające spod kół rozpanoszonych pojazdów. Z obawy przed zachlapaniem, przechodnie na wąskich chodnikach odskakiwali pod same mury budynków. Po ulicy toczył się tramwaj linii „7", który tym razem nie jechał swoją stałą trasą i na Placu Zwycięstwa zakręcił w kierunku ronda.
– Cholera! Znowu jakiś remont i stąd pewnie ten objazd. Żebym tylko do pracy się nie spóźniła – zdenerwowana Anna, kiwając się wraz z innymi pasażerami w rytm narzucony siłą bezwładności, starała się dojrzeć przez zaparowaną szybę w jakiej jest części miasta. Mignął jej krzykliwy billboard z wizerunkiem dziewczyny i chłopaka, i chyba napisem „Single.pl". Pomimo złej widoczności udało jej się rozpoznać właściwy przystanek. Wysiadła i odetchnęła z ulgą.
Na progu biura stanęła punktualnie o godzinie ósmej. Kwadrans później wypiła poranną kawę, po czym machinalnie włączyła służbowego notebooka i dobrała się do skrzynki mailowej. Wśród tuzina reklamowych śmieci i spamów z trudem rozpoznała trzy nowe wiadomości – dwie pochodziły od stałych kontrahentów firmy, trzecia od Gustawa, przyjaciela Anny jeszcze z lat studenckich. List, wysłany wczoraj późnym wieczorem, bardzo ją nęcił, toteż lekturę korespondencji rozpoczęła właśnie od niego.  Gustaw donosił, że niedawno opuścił szpital i ma problemy ze znalezieniem mieszkania. Jednak – jak pisał dalej – po szpitalnej bezczynności czuje przypływ sił twórczych i intensywnie pracuje nad swoją dysertacją doktorską. – Jeśli masz ochotę pogadać ze mną, to dziś około dziewiątej wieczór będę na Gadu – zakończył swój list.
Szybko przeczytawszy wiadomość już zabierała się do odpisania, gdy do biura wkroczył prezes w asyście dyrektora. Rozpoczynało się posiedzenie. Anna przez dobry kwadrans witała schodzących się członków zarządu, po czym przez następną godzinę musiała – niczym bufetowa – realizować zamówienia to na kawę, to na herbatę... Zza drzwi gabinetu wychynął dyrektor: – Pani Aniu, dlaczego na stole nie ma paluszków i wody mineralnej?! – łysiejąca głowa czekała na odpowiedź, mrugając przy tym niespokojnie małymi, świdrującymi ślepkami.
– Ach! Oczywiście są zakupione panie dyrektorze. Za moment je rozpakuję i podam – z lekkim zażenowaniem odparła Anna i gwałtownie wstając zaczepiła fałdem spódnicy o krzesło, które upadło z łomotem. Po dziewiątej, jak co dnia, rozdzwoniły się telefony. Dziś najczęściej informowała: – Dyrektor na naradzie. Pan prezes także. Nie..., nie wiem kiedy będą wolni, proszę spróbować za dwie godziny.
W krótkich przerwach między obsługą członków zarządu a przyjmowaniem petentów jej myśli uporczywie krążyły wokół Gustawa. Od dwóch lat przyjaciel usunął się gdzieś w cień. Jednak każdy sygnał od niego bardzo ją cieszył. Przecież jeszcze kilka lat temu razem studiowali, dzielili kłopoty i sukcesy, a często także zwierzali wzajemnie z marzeń i spraw intymnych. Byli czymś w rodzaju pary; wielu znajomych nawet sądziło, że nią faktycznie są. Akceptowali swoje wady, więc „awantury" ograniczały się do złośliwostek i ironicznych docinków. Ceniła nietuzinkowych facetów, a Gustaw imponował jej ekscentrycznym sposobem bycia oraz nieprzeciętną inteligencją. Niestety w bliższych kontaktach z ludźmi był skryty i szorstki, by nie rzec gburowaty. Unikał większych zgromadzeń, a niewtajemniczeni uważali go za nudziarza i ponuraka. Anna wiedziała jednak, iż przyjaciel posiada głębokie i subtelne uczucia, zaś maską niedostępności przykrywa tylko chorobliwą nieśmiałość.
Chociaż jako przyjaciela niezwykle go lubiła, to kobiecy instynkt podpowiadał jej, iż z Gustawa materiału na męża nie będzie. On zresztą też chyba nie myślał o niej jako o przyszłej życiowej partnerce. Wkrótce po studiach ich drogi zaczęły się coraz bardziej rozbiegać. Anna niebawem odnalazła drugą połowę (przynajmniej tak wtedy myślała) i założyła rodzinę – mąż, dzieci, praca w dobrej firmie informatycznej – po prostu pełna stabilizacja życiowa. Przyjaciele oddalali się – fizycznie i duchowo – coraz bardziej. Wiedziała o nim teraz tylko tyle, że miał jakieś powikłania zdrowotne, dostał się na studia doktoranckie z filozofii, i że nadal pędzi samotny tryb życia.
* * *
Zebranie przeciągnęło się, i z pracy Anna wyszła półtorej godziny później niż normalnie. Zatelefonowała do Wiktora, by odebrał dzieci z przedszkola.
– Przecież dziś nie moja kolej – bronił się mąż.
– Ale twoje dzieci – ripostowała Anka: – Muszę dłużej posiedzieć w pracy, a potem jeszcze zrobić zakupy, przecież się nie rozdwoję!
Do domu, a dokładniej niewielkiego mieszkania na siódmym piętrze, dotarła pod wieczór. Wszyscy domownicy byli głodni i niecierpliwie czekali na „żywicielkę". Przygotowała więc coś na szybko. Rozmowa przy wspólnym posiłku nie bardzo się kleiła.
– Szef obiecał nam sporą premię – zagaiła, po czym zwróciła się do dwójki dzieci: – Jak tam było w przedszkolu?
Mąż podjął temat. – Miałem nieprzyjemną rozmowę z kierowniczką przedszkola. Jurek bije ponoć inne dzieci i nie słucha się pani. Może teraz mama przemówi mu do rozsądku?
Annę jakby coś ukłuło. – A ojciec to niby od czego?! Jureczku! Naprawdę z ciebie taki łobuz? Dlaczego dokuczasz innym kolegom i koleżankom?
Jurek naburmuszył się i spuścił oczy.
– Bierz przykład ze starszej siostry. Zobacz, z Malwinką nigdy nie ma kłopotów. Te zagrania to pewnie masz po tacie – odgryzła się na mężu Anka.
Wiktor zamieszał nerwowo łyżką w talerzu. – Wszystko zaraz na mnie! Przecież dobrze wiesz, że więcej mnie w domu nie ma niż jestem i nie zawsze mogę przypilnować urwisa.
Anka niemal poderwała się od stołu. – A ja to niby co, siedzę w domu i bąki zbijam?!
On nadal mieszał resztki zupy. – No dobra, nie kłóćmy się przy dzieciach – starał się załagodzić sytuację i zaczął z innej beczki: – Może z tej premii odłożymy na nowy samochód? Zamiast tramwajem, do pracy jeździłabyś czymś porządnym.
Anna przemilczała tę sugestię. – Wiesz, Gustaw się dzisiaj do mnie na maila odezwał.
Wiktor zrobił zdziwioną minę, ale po kilku sekundach jakby załapał. – A, ten twój cudaczny koleś. No i co tam? – zapytał bez większego zainteresowania.
–  Ma problemy ze znalezieniem pracy i mieszkania. Chciałabym mu jakoś pomóc, może...
– Kto dziś nie ma problemów z pracą i mieszkaniem? – uciął mąż i dodał już z przedpokoju: – Podobno, jak twierdzisz, jest inteligentnym gościem, no to sobie poradzi.  
Kolacja dobiegła końca. Jurek i Malwina poszli do łazienki kaprysząc, że chcą jeszcze pograć na komputerze.
– Tylko przez pół godziny, a potem widzę was w łóżkach! – stanowczo odrzekła matka.
O dziewiątej dzieci już spały, a Wiktor w sąsiednim pokoju oglądał jakiś film na DVD. Teraz miała trochę czasu dla siebie. Usiadła przy komputerze i włączyła Gadu. Wkrótce na monitorze wyświetliła się informacja, że Gucio jest dostępny.
- Cześć! Znowu długo się nie odzywałeś.
- Witaj Anno! Niezbyt dobrze się czułem. Niespełna tydzień temu wyszedłem ze szpitala.
- To coś poważnego?
- A takie tam problemy – przecież wiesz, kiedyś Ci już pisałem. W każdym razie byłem na komisji i przedłużyli mi rentę.
- Jak można żyć z tej głodowej stawki? Napisałeś, że nie masz się gdzie podziać. Może mogę Ci jakoś pomóc?
- Mam jeszcze pieniądze ze stypendium naukowego. Poza tym dostałem pokój w domu socjalnym.
- To okropne! Jak to znosisz?
- Bywało gorzej. Współlokatorzy są całkiem znośni – mieszka tu pewien 60-latek, którego pozbyła się rodzina (nie znam przyczyn); jest też dwoje młodych – on ma 20 lat i jest na odwyku, a jego konkubina to niezła laska, tyle że ma już dwoje nieślubnych dzieci i jest w ciąży z kolejnym. Może klimat intelektualny pozostawia wiele do życzenia, ale intensywnie pracuję nad doktoratem, za pół roku otwieram przewód. Szukam też jakiejś „lekkiej" pracy, takiej dla rencisty.
- Nie wiedziałam, że potrafisz znaleźć wspólny język z żulami?! Pomyślę, może jakąś fuchę załatwię ci w naszej firmie. No, a jak tam w ogóle ci leci?
- To znaczy?
- No, nie udawaj, że nie wiesz o co pytam. Chodzi mi o to, jak tam z kobietami w twoim życiu?:-)
- Problemy z sercem i problemy sercowe : )
- eeeetam, marudzisz jak stary dziad
- No właśnie, za stary już jestem.
- 33 lata to najlepszy wiek
- Chyba na ukrzyżowanie.
- daj się więc ukrzyżować tej jedynej.
- Ty się dałaś, i co, jesteś zadowolona?
- nooooo!!
- Che! che!
- całe życie chcesz być niebieskim ptakiem? Pomyśl co z Tobą będzie na starość? Będziesz samotny, bez rodziny, bez oparcia.
- Dla mnie to stan permanentny, więc nic specjalnie zaskakującego : )
- Teraz prawie wszyscy szukają drugiej połowy w internecie. Wchodzisz na odpowiednią stronę np. www.single.pl – giełda partnerska (zresztą jest tych matrymonialno-towarzyskich stron ful) i wybierasz, przebierasz. Pprzecież w internecie można wszystko znaleźć – także żonę.
- Albo stację benzynową na księżycu. „Giełda"?! To brzmi nieźle. Dzięki sieci wpadnę w łapy jakiejś pajęczycy.
- słuchaj chłopie, ja ci dobrze radzę, a ty..
- ???
- No, ale nie można tak całe życie, trzeba się na coś zdecydować, podjąć męską decyzję
- Coś tak się na mnie uwzięła? Nic na to nie poradzę, że nie pasuję do żadnej „połówki".
- Każda połówka znajdzie swego półgłówka J
- Jeśli chcesz koniecznie ciągnąć ten temat, to dziś nic z tego. Jak możesz to daj mi szybko znać, co z pracą. A na razie kończę. Pa!
- poczekaj  
Anna siedziała przez chwilę licząc, że przyjaciel odpisze, ale po kilku minutach „ciszy" opuściła Gadu i wyłączyła komputer. Idąc spać zastanawiała się czy każdy przeintelektualizowany sukinsyn musi mieć wredny charakter?
* * *
Wiosenne popołudnie ciągnęło się niemiłosiernie długo. Jakaś leniwa cisza opanowała całą przestrzeń. Nawet telefony w firmie zamilkły. Anna na laserówce drukowała faktury i co chwilę zerkała w okienko z otwartym czatem – właśnie z jedną koleżanką oplotkowywały swoich mężów, zaś drugiej doradzała w sprawie zakupu koronkowych majtek i biustonosza. Największym problemem w doborze owej bielizny był kolor. Powstał bowiem spór o to, jaki z nich bardziej ekscytuje facetów – czerwony czy czarny? Zdania były podzielone. Pogaduszki trwały już ze trzy godziny, gdy ikona słoneczka zasygnalizowała, że Gucio przesyła wiadomość. Anna kliknęła na Gadu-Gadu.
- Witaj!
- Cześć filozof! Jak leci?
- Właśnie dostałem rencinę. Za tydzień giełda staroci, to pójdę jakiś prezent sobie sprawić.
- A wiesz co, mam do ciebie pytanko?
- Wal śmiało!
- Jaki kolor damskiej bielizny bardziej kręci mężczyzn – czerwony czy czarny?
- Masz męża dobrych kilka lat i nie wiesz jeszcze, co go kręci?
- Oj, nie bądź jak Żyd, i nie odpowiadaj pytaniem na pytanie. Konkretnie pytam.
- Mogę udzielić tylko subiektywnej odpowiedzi.
- no?
- Mnie podnieca kolor czarny.
- Oooo! Nie wiedziałam, ale przynajmniej w czymś się ostatnio zgadzamy.
- J
- W firmie ostatnio dostaliśmy podwyżki, to przez (dzięki) nową konkurencję. Chyba pojadę się z rodzinką wczasować w jakimś egzotycznym miejscu.
- Może Wyspy Bergamuty, podobno są tanie i atrakcyjne.
- Jakie wyspy?
- Tam, gdzie ponoć jest kot w butach…
- Co  ty, jaja sobie robisz??
- A co, nie wolno?
- O pracy dla ciebie też myślałam. Firma będzie teraz potrzebować portiera-ochroniarza do hurtowni, najlepiej rencistę lub emeryta. Nadawałbyś się. Praca 3-zmianowa, 12 godzin zbijania bąków i osiem stówek na rękę. :-) Tylko zaświadczenie o niekaralności trzeba przedstawić. Hę?
- ???
- Odpowiednio cię zarekomenduję.
- Właściwie czemu nie... A od kiedy?
- Chyba gdzieś za miesiąc lub najwyżej dwa
- Fajnie.
- I co, próbowałeś?
- J
- Nie udawaj głupiego!
- Co niby?
- Pytam jak tam sprawy ???
- W normie.
- Ej, głupiś ty. Baby nie umiesz znaleźć?
- Znaleźć to nie problem, ale znaleźć tę jedyną to tak. Niekiedy życie schodzi właśnie na szukaniu.
- Tylko czy ty w ogóle próbujesz, bo mnie się widzi, że jesteś zawziętym singlem...
- Zapewne każdy z nas ma swoją drugą cząstkę, coś na wzór leibnizowskiej monady, lecz nie każdy ją odnajduje. Może wiesz dlaczego?
- Zdziwaczejesz do reszty przez tę filozofię. Życie trzeba brać takim jakie jest, inaczej pozostaje obłęd.
- Prawdziwie wielka miłość jest jak obłęd… Jestem pewien, że moja „monada" istnieje – gdzieś tam – i czeka tylko na mnie. Może w jakimś świecie zupełnie odmiennym od tego, który znamy?
- No to szukajcie się dalej przez następne 50 lat.
- Może coś w tym jest? Jeśli mężczyzna i kobieta z woli Bożej mają się stać jednym ciałem, to muszą też być jednej świadomości (jaźni), bo w jednym ciele musi być jedna świadomość, inaczej mielibyśmy schizofrenię.
Anna oderwała zmęczony wzrok od swego płaskiego monitora i na moment pogrążyła w obrotowym fotelu. Wspomniała jak to pierwszy raz poznała Wiktora. Była wtedy pewna, iż trafiła na swą połówkę pomarańczy. Parę lat temu wierzyła jeszcze w miłość od pierwszego wejrzenia. Teraz poglądy wymagały rewizji, chociaż wyboru raczej nie żałuje.
- Ta sama świadomość, tylko w dwóch różnych ciałach – pewnego rodzaju metempsychoza. Co ty na to?
Wybranek dobrze sprawdza się w roli męża i ojca. Co prawda nie dzieli z nią zbyt wielu zainteresowań, ale i tak nie ma to większego znaczenia.
- Jesteś tam?
Może to wszystko polega tylko na chemii, feromonach, zauroczeniu... – rozmyślała. Palce Anny znów zastukały o klawiaturę.
- Jestem, jestem. Nie bardzo rozumiem, rozwiń tę myśl
- Można założyć, że dwoje idealnie dopasowanych, tylko sobie przeznaczonych ludzi szuka się i nigdy nie znajduje, bo ich materialne ciała rozdziela czas i przestrzeń. Dajmy na to jedno z nich żyje sobie gdzieś daleko, a na dodatek sto lat wcześniej. Natomiast jaźń jako jedyna może przekroczyć i czas, i przestrzeń, stając się „łącznikiem" między kochankami.
- Nawet i ciekawe, takie romantyczno-ezoteryczne, jednak nikt nigdy tego nie sprawdzi i nie dowiedzie, więc szkoda czasu na łamanie sobie głowy
- L Ha! Widzę, że mam do czynienia z agnostyczką.
- Jesteś niepoprawnym marzycielem.
- Tylko tak potrafisz to skwitować? Wiesz, znalazłem niedawno dowód na istnienie Boga.
- To jakieś doznanie mistyczne czy po prostu leżał gdzieś sobie na ulicy, a ty go tylko podniosłeś?
- To moja, że tak powiem, prywatna wersja dowodu ontologicznego zaprezentowanego jeszcze przez św. Anzelma.
- Niewiele z takich rzeczy rozumiem. Poza tym ja i bez dowodów wierzę w Boga.
- No pewnie, przecież nie zamierzam tym sposobem nawracać niewiernych.
- Ciężki jesteś facet. O filozofach słyszałam, że często byli gejami. Może ty też, co?
- O co ci chodzi? K
- nie bierzesz się za kobiety to różnie można pomyśleć.
- Dlaczego nie powiesz wprost, że uważasz mnie za nienormalnego, za dziwaka?!!
Anna wiedziała, że trafiła w czuły punkt Gucia i jeśli się na serio obrazi, to zamilknie na kilka tygodni. Postanowiła szybko zakończyć dyskusję. Odruchowo spojrzała na zegarek.
- wcale tego nie powiedziałam.fajnie z Tobą gadać, ale muszę kończy, bo kończę robotę, a jeszcze na mieście mam kilka pilnych spraw do załatwienia, PA!
- No to PA!
*  *  *
Od dłuższego czasu Anna marzyła o wyjeździe do jakiegoś dalekiego i ciekawego zakątka świata. Teraz dzięki sporej podwyżce postanowiła iść niejako za ciosem i przekonać Wiktora, że nowy samochód nie jest taki pilny, natomiast można by kupić nowe meble do kuchni i wyjechać gdzieś z dziećmi. Wbrew obawom Wicek specjalnie nie oponował, a nawet przyjął pomysł z zadowoleniem, bo w gruncie rzeczy jakoś nie bardzo wyobrażał sobie żonę za kierownicą.
Nie minął jeszcze kwiecień, a Anna już wydzwaniała po biurach podróży oraz sprawdzała w internecie oferty turystyczne na lipiec. W końcu zdecydowała się na 3-tygodniowy pobyt w Tunezji. Cieszyła się z tego jak dziecko. Nareszcie wykorzysta zaległy urlop i wspólnie z rodziną odpocznie od szarzyzny zasranego, wielkomiejskiego życia.
W ferworze pracy zawodowej i życia rodzinnego nie zapomniała o Gustawie, wyczekując na sygnał od niego. Tymczasem przyjaciel milczał zawzięcie. W końcu babska niecierpliwość wzięła górę i rankiem, tuż przed rozpoczęciem pracy, pierwsza wysłała mu maila – że noc z wtorku na środę musi spędzić nad papierami, więc mógłby na Gadu-Gadu umilić jej trochę czas.
Było już dobrze po 23. Wszystkie koleżanki-korespondentki Anny przestały bajdurzyć i Gadu opustoszało. Anna wyszła do kuchni zrobić sobie mocną kawę. Gdy wróciła na monitorze widniało pierwsze zdanie od Gucia:
- Jak tam laska?
Szybko postawiła kawę obok pulpitu i odpisała:
- Coś taki wesoły?
- Co Ci się nie podoba?
- !!!
- W końcu kto nalegał bym się odezwał?
- Mógłbyś być milszy dla mnie, pracę ci załatwiłam
- J Dzięki. Niewielu mam znajomych, na których mogę polegać tak jak na Tobie.
- Przecież nikt nie zna cię lepiej ode mnie
- Taka pewna jesteś?
- Jestem pewna. Poza tym bardzo się martwiłam.
- Doceniam to.
- Wątpię. Czemu tak długo milczałeś? Sprawdzałam nawet czy nie można cię odszukać na „Naszej Klasie".
- Trochę zajmowałem się doktoratem (musiałem po dłuższej przerwie odwiedzić promotora), a! i byłem też na koncercie.
- O! A na jakim i z kim?
- Z nikim, ale za to koncert był kapitalny. Szczególne wrażenie wywarło na mnie bardzo dobre wykonanie Adagio sostenuto z Sonaty „Księżycowej" Beethovena.
- Nie kojarzę.
- Utworu czy kompozytora? W sumie szkoda, bo to taka zagubiona melodia, co się niespodzianie odnalazła. No, nieważne. Wiesz, zdarzyła mi się pewna przygoda. Opowiem Ci o niej. Wykaż nieco cierpliwości, to zaraz więcej  napiszę.
- No to nadawaj, a ja zajmę się swoimi formularzami (rzygać mi się nad tą robotą chce, ale muszę skończyć do jutra). A właściwie czemu nie jesteś na portalu „Nasza Klasa"?
Anna zgarniała porozrzucane na biurku papiery.
- Po prostu nie ma mnie i już! Ale do rzeczy. Niedawno poszedłem na targ staroci. Pogoda dopisała, więc handlarzy i ludzi było sporo. Chodziłem chyba ze trzy godziny pomiędzy stoiskami. Mieli tyle fajnych rzeczy. Jeden gość wystawił w niezłym stanie secesyjne krzesła i piękny, duży zegar z początku XX wieku. Oczywiście jak zawsze pełno było „mosiądzu" i „fajansu". Jednak tym razem mój wzrok przylgnął do pewnego starego obrazu – olej na płótnie (miejscami znacznie już popękany), ok. 1,0×0,7 m, skromna, drewniana oprawa pomalowana na czarno. W zasadzie nic takiego szczególnego nie przedstawiał – ot jakiś krajobraz z tęczą i jakby przypadkowo rozmieszczonymi ornamentami (stylizowane motyle i kępy wrzosów). Poza tym paleta barw idealnie ze sobą harmonizowała, mimo pewnej śmiałości ich zestawień – szmaragdowe niebo w poświacie czterech wielkich słońc koloru kwitnących wrzosów. Takie połączenie symbolizmu z ekspresjonizmem. Chcąc uchwycić sens artystycznego przekazu zapatrzyłem się w dzieło. Trudno to wytłumaczyć, ale czułem, że obraz coś skrywa, coś co jest mi znajome i bliskie… Z samej treści i formy nie mogłem jednak nic wywnioskować. Działał tylko na moją intuicję, jakimś wewnętrznym blaskiem wołał – spoglądaj, lecz nie oczami, a duszą! Czy to nie dziwne – obraz, który nie chce by go oglądano zmysłami, domagający się uznania tylko jego metafizycznego piękna? Stan zadumy przerwał sprzedawca. Podszedł do mnie i zagadnął czy jestem zainteresowany kupnem. Chyba trochę nieprzytomnie na niego spojrzałem, bo zaraz zapytał – czy dobrze się czuję? Czułem się bardzo dobrze, ale malowidła nie kupiłem, bo pomyślałem, że pewnie jest drogie. Poszedłem... Teraz żałuję, że nawet nie spojrzałem na datę i podpis autora.
- Może akurat cena nie była wygórowana? Nota bene, jak kogoś nie ma na „Naszej Klasie", to znaczy, że nie żyje J
- Interesuję się trochę malarstwem i poznałem od razu, że to nie tylko jakaś tam dobra „rzemieślnicza" robota, ale ręka prawdziwego artysty. Takie obrazy najczęściej są drogie. A co, uznałaś mnie już za martwego : )?
- Mam nadzieję, że nie koresponduję z duchem :o Wróć za miesiąc, może nie sprzedał, a ty uzbierasz pieniądze.
- Tak właśnie zrobię, bo wiesz, nawet dziwny sen miałem, jakby podświadome odniesienie do tego obrazu.  Nie wiem czy chcesz dalej słuchać?
- O.K. Napisz a ja w tym czasie wypełnię ostatnie druki
Anna wymieniała wkład do długopisu, bo stary właśnie się skończył. Niestety, nowy okazał się bublem i nie dało się go rozpisać. – Jasny gwint! – zaklęła pod nosem: - Muszę iść do pokoju dzieci i wziąć jakiś inny.
Na szczęście dzieci spały twardo i ciche wejście matki nie zdołało ich obudzić. Znalezienie długopisu nie było trudne, bo zeszyty, kredki, tudzież cienkopisy walały się nieomal w każdym kącie. – No, jutro zmyję urwisom głowę za ten bajzel. Tak przecież nie może być. Nie wiem dlaczego Wicek ich nie dopilnował. Ciągle mam za mało czasu – westchnęła zasiadając ponownie przed komputerem. Tymczasem Gustaw rozwinął na Gadu niemal całe opowiadanie.
- Resztę dnia łaziłem po parku i wzdłuż rzeki. Ciągle myślałem o obrazie. Kto wie czy nie należało by go obejrzeć w podczerwieni, może jest tam jakiś zamalowany motyw? Wróciłem do siebie dość późno. Było bardzo parno, zbierało się na burzę. Otworzyłem okno i usiadłem do swojej pisaniny filozoficznej. Nawet nie wiem kiedy zapadłem w półsen. Najpierw męczyły mnie nieokreślone majaki... W końcu wszystko się rozmyło, a ja spadałem z wielką prędkością przez mroczną otchłań. Rozpaczliwie próbowałem uchwycić się czegokolwiek. Moje ręce trafiały jednak w próżnię… W końcu, nie wiem jakim cudem, znalazłem punkt oparcia. Zarysowała się mglista sceneria, jakby utkana z dymu, lecz gęstniejąca powoli... Opary rozstępowały się. Gdzieś daleko błysnął piorun, lecz grzmotu nie było słychać. Burza szybko ustępowała. Zwał ołowianych chmur odsłaniał coraz pogodniejsze niebo. Niebo! Dopiero teraz spostrzegłem, że nie jest ono „tradycyjnie" błękitne, lecz szmaragdowe i rozświetlone przez cztery krwisto czerwone, wielkie słońca, znajdujące się dokładnie na czterech przeciwległych biegunach!
Stałem pośród niezmierzonego wrzosowiska. Na próżno chciałem dostrzec linię horyzontu… Po prostu jej nie było. Martwotę bezbrzeżnej przestrzeni ożywiło nagłe pojawienie się tęczy. Nie wiem jak opisać to dziwne uczucie, które mną owładnęło? Urzeczony zjawiskiem bezwiednie ruszyłem w jej kierunku. Krzewinki wrzosów były jednak wysokie i gęste. Nogi plątały mi się w zaroślach i cały drżałem z obawy, że bajeczny „most" rozwieje się nim do niego dotrę. Raptem przepadły gdzieś krzaki, a na wprost mnie wielobarwny trakt prowadził w tajemniczą nieskończoność. Uwiedziony owym magicznym kolorytem szedłem po tęczy niezwykle lekko…, nie! to wręcz sama tęcza przepływała pod moimi stopami. Ale cóż to?! Z naprzeciwka, jakby z chaosu barw, wyłoniła się i dążyła ku mnie niewyraźna postać. Poczułem się bardzo nieswojo. Nogi się pode mną ugięły i nie mogłem wykonać jakiegokolwiek manewru. Chociaż bardzo pragnąłem uciekać, to jednak stałem jak zaklęty. Mara również zatrzymała się. Czułem, iż waha się podobnie jak i ja. To dodało mi odwagi. Ruszyliśmy ku sobie dokładnie w tym samym momencie... Byliśmy już na tyle blisko, że rozpoznałem w niej kobiece (sic!) kształty. Dystans skracał się nieubłaganie… Jeszcze kilka kroków i… Miałem tylko ułamek sekundy, by spojrzeć jej w twarz…
Anna wypełniła ostatni formularz, po czym rzuciła okiem na monitor. Doczytała do końca i zagadnęła:
- Co było dalej?
- Myślałem, że już Cię znudziłem i nie czytasz.
- Ależ czytam.
- Przeniknęliśmy się nawzajem niczym zjawy utkane z pustki… Byliśmy przepełnieni nicością. Kolory wirowały i oszałamiały zmysły… Raptem wszystko się zmąciło… Usłyszałem jakiś łomot i brutalnie wyrwany ze snu otworzyłem oczy. Silny wiatr szarpał firaną okręconą na niedomkniętym oknie. Szalała pierwsza wiosenna burza. Do rana nie zmrużyłem już oka.
- Naprawde ciekawy sen. tajemniczy i dziwaczny jak Ty sam. Podobno barwne sny mają tylko szaleńcy? Ja miewam bardziej prozaiczne, albo nie mam ich wcale. Za to kupiłam już wycieczkę nad Morze Śródziemne i niebawem frrrr
- Przepraszam, z tego wszystkiego nie zapytałem nawet, co słychać u Ciebie. A gdzie konkretnie wybywasz?
- Tunezja mój drogi! Aha, przygotuj swoje CV i podanie o prace.
- Z tą robotą to kapitalnie, tylko gdzie ja znajdę kwaterunek?
- Akurat tak się składa, że my będziemy na urlopie i przez trzy tygodnie będziesz mógł spokojnie przebywać w naszym mieszkanku. A potem zobaczymy. Na pewno coś się znajdzie w miarę taniego.
- Dobra.
- Jak przyjedziesz, to już ja się Tobą zajmę należycie.
- Tego się właśnie obawiam.
- Idziemy spać?
- Tak, już pora. Kolorowych snów J PA!
- Dobrej nocy.
Po chwili piskliwy ton wyłączanego komputera oznajmił koniec internetowych pogaduszek.
* * *
PRZYJAZD
Po otrzymaniu upragnionego urlopu Anna ustaliła konkretną datę wyjazdu na wczasy, a także odpowiednio wcześniej termin przyjazdu Gustawa. Spotkanie z dawno nie widzianym przyjacielem było dla niej dużym przeżyciem.
O umówionej godzinie wyszła po niego na dworzec PKP. Wśród tłumu podróżnych rozpoznali się od razu i standardowo wymienili pocałunkami w policzki. Po czułym – jak na Gucia – powitaniu, zaproponowała by poszukali jakiejś knajpki i w spokoju porozmawiali. – Znam fajne miejsce, ale pieszo to pół godziny. Może pojedziemy tramwajem?
Milcząco skinął głową. Wsiedli do „siódemki". Po drodze Anna opowiadała mu jak jeździ tędy do pracy, o dzieciach, mężu, planach życiowych. Wysiedli w pobliżu rynku. O tej porze kawiarenka była niemal pusta. Zamówili kawę i na spółkę dużą pizzę.
Patrząc na przyjaciela myślała, że w zasadzie to nic się nie zmienił – zapuścił jedynie długie włosy – był nawet przystojny, o wysokim czole i ascetycznej, intelektualnej twarzy. Miała wrażenie, że cofnęła się w czasie o dobrych kilka lat.
– Nieźle się zakonserwowałeś. Ciągle wyglądasz tak samo – stwierdziła.
Wyjął fajkę, ostentacyjnie nabił ją i wkrótce aromatyczny dym osnuł ich stolik.
– Ty też dobrze wyglądasz – zrewanżował się: – Więc mówisz, że ogólnie jesteś zadowolona. To dobrze.
– Nie twierdzę, że brakuje problemów, ale rzeczywiście narzekać nie mogę, choć nie zupełnie robię to, co bym chciała. Pamiętasz jak na czwartym roku mówiłam, że marzę o napisaniu książki? Nic z tego już nie będzie, ale w końcu coś za coś. Lepiej więc opowiedz o swojej pracy naukowej. Czym się aktualnie zajmujesz? – Anna zachęcała go do zwierzeń.
– Staram się uściślić wpływ monadologii Leibniza na jungowskie koncepcje psychologiczne.
– Brzmi to dość kosmicznie – Anna miała nieco zafrasowaną minę.
Ironiczny uśmieszek na ułamek sekundy przemknął po twarzy Gucia. – Pojawianie się zsynchronizowanych zjawisk wyraża istnienie i działanie w nieświadomości pewnej wiedzy apriorycznej, opartej na porządku makro- i mikrokosmosu. Natomiast sama nieświadomość przejawia się tak, jak gdyby czas i przestrzeń jej nie dotyczyły. Co zaś do monad w ujęciu Leibniza, to jako jednostkowe byty obdarzone świadomością, rozwijają się zgodnie z wewnętrznymi prawami niezależnymi od otoczenia. Ich zewnętrzny ogląd nie oddaje wewnętrznej struktury. Na istotę monady składa się aktualność, przeszłość, lecz głównie przyszłość. Każda monada jest brzemienna przyszłością.
– Hm?! No, a jak to się wszystko ma do życia codziennego? – podchwyciła Anna.
– Każdy ma inne „życie codzienne", więc nie wiem czy ten termin w ogóle cokolwiek oznacza? – Gustaw nerwowo pykał fajkę. Anna nie bardzo wiedziała co odpowiedzieć.
Przyjaciel przerwał kłopotliwą sytuację. – Może dałoby się zastosować ów pomysł do czegoś tak abstrakcyjnego jak „miłość" – i rozważał dalej: – Angielskie słówko „singiel", to po łacinie właśnie „monada". Monadami i ich wzajemnymi relacjami rządzi harmonia przedustawna jako akt woli Bożej. Nie łączą się one przypadkowo. Wszystko jest powiązane ze wszystkim – oto klucz do zjawiska synchroniczności. Każdy z nas jest taką monadą. I tak właśnie jest z idealnie dopasowanymi ludźmi. To, iż jakaś istota zespala się z inną wynika…
– Gadasz jak nawiedzony! – wykrzyknęła poirytowana Anna.
Gustaw jednak się nie speszył. – Otóż to, nawiedzenie, albo opętanie jest relacją między podobnymi monadami. Nie wykluczone jednak, że są monady niezsynchronizowane z resztą rzeczywistości, dusze wiecznie samotne.
– To cały wykład! – Anna nie wytrzymała i brutalnie przerwała przyjacielowi. – „Nic nie może przecież wiecznie trwać. Za miłość też przyjdzie kiedyś nam zapłacić." – podsumowała słowami popularnej piosenki, starając się pół żartem sprowadzić Gucia na ziemię, i żeby nie dać mu możliwości dalszego filozofowania szybko oznajmiła, że pokaże mu teraz swoje miasto, a potem pojadą do jej mieszkania.
* * *
Z uwagi na niemal zupełny brak bagażu, zakwaterowanie Gustawa przebiegło szybko i sprawnie. Dostał miejsce na podłodze w pokoju dziecięcym. Jedynym uciążliwym zakazem, z którym musiał się liczyć, był zakaz palenia fajki w domu. Mieszkanie nie było duże, więc Wiktor patrzył nieco krzywo na nowego lokatora, nie komentował jednak sytuacji, by nie urazić żony. Tymczasem Anna zdawała się dość zadowolona.
Po obiedzie wszyscy domownicy usiedli obok siebie na kanapie. Gustawowi przydzielono wygodny fotel obok. Siedząc na wprost Anny i jej męża czuł się nieswojo, co zdradzała cała jego sylwetka – podkurczone nogi, zaplecione palce obu rąk i wzrok zagubiony gdzieś w szparze między rogiem komody a kanapą. By rozładować napięcie Anna przywołała wspomnienia z czasów studiów.  
– A pamiętasz jak na zajęciach zaskoczyłeś nauczyciela akademickiego, gdy wykazałeś mu błąd w obliczeniach? Od tej pory mieliśmy cię za najlepszego na roku.
– Już parę lat upłynęło od studenckiej beztroski – westchnął Gucio.
– No, ale ty przecież dalej jesteś studentem, tyle że na studiach doktoranckich z filozofii – Anna wyraźnie chciała pochwalić się swoim przyjacielem.
– Filozofia, to bezużyteczna nauka – Wiktor wypalił z grubej rury. Anna poruszyła się niespokojnie.
– Filozofia nie jest nauką. Nie wiem też jakie przyjmujesz kryterium „użyteczności"? – zapytał, jak zwykle spokojny, Gustaw.
Wiktor nie namyślał się długo. – Bardzo proste! Użyteczne jest to wszystko, co pomaga nam w lepszym życiu, w przetrwaniu, co nakręca postęp i pozwala zdobyć przewagę nad siłami natury.
– Czyli niewiele jest rzeczy naprawdę użytecznych. Tezy jakie wygłosiłeś, to właśnie nic innego jak pewna postawa filozoficzna. Jak widzisz, tak czy siak, filozofii nie unikniesz, bo nawet krytyka filozofii, też jest filozofią – Gustaw uśmiechnął się do oponenta.
– A tam! To wszystko, to zwykłe pierdu, pierdu… – Wiktor leniwie podniósł się z kanapy i poszedł do kuchni po piwo. Anna spojrzała na Gucia pojednawczo, robiąc przy tym minę proszącą o wyrozumiałość.
Kolejne dni nie przyniosły znaczących wydarzeń, a stosunki między domownikami i nowym lokatorem nie uległy pogorszeniu. Okazało się nawet, że Gustaw posiada cenną zaletę – potrafił doskonale zabawić dzieci podczas nieobecności rodziców. Malwinka i Jurek znudzone ciągłymi grami komputerowymi, z szeroko otwartymi oczami przyglądały się mini-teatrzykom i inscenizacjom popularnych bajek, które przyjaciel Anny wykonywał niemal po mistrzowsku. Wspólnie z dwojgiem swoich widzów sporządzał także kukiełki. Niczym sztukmistrz przerobił starą rękawiczkę w groźnego rekina, a dziurawy kapelusz w latający „spodek". W szafie znalazł dawno zapomnianą kolejkę elektryczną, która po odkurzeniu i naprawieniu drobnych usterek ożyła ponownie.
Pewnego razu w mieszkaniu zrobił się spory rejwach, bo któreś z dzieci odkryło za komodą pająka. – Trzeba zabić to paskudztwo! – wykrzyknęła Anka i już, już miała uśmiercić intruza, gdy do akcji raptownie wkroczył Gustaw. Wziął „paskudztwo" do ręki i wypuścił za oknem. – Nigdy nie wiadomo kim mógł być w poprzednim wcieleniu – powiedział na usprawiedliwienie swego czynu. Dzieci były zachwycone panem Guciem, zaś Anka nie mogła się temu nadziwić i w duchu przyznawała, że nie znała go tak dobrze jak sądziła.  
* * *
Do zagranicznego wyjazdu pozostało już niewiele czasu i przygotowania do niego trwały pełną parą. Anna i Wiktor najpierw próbowali zabrać wszystko, co tylko dało się upchać w podróżnych walizach. Oczywiście nie obyło się bez kilku sprzeczek oraz wyciągania z powrotem rzeczy mniej przydatnych. W ich miejsce pakowano kolejne, które po głębszym namyśle też okazywały się zbędne. Dzieci biegały wokół tobołów i plecaków – na rozkaz rodziców odnosząc jedne rzeczy i przynosząc inne. W całym zamieszaniu zupełnie zapomniano o Guciu, któremu bardzo się to podobało, bo nikt na niego uwagi nie zwracał. Praca w firmie Anny również przypadła mu do gustu. Brał najczęściej nocne zmiany, kiedy to spokój opustoszałego zakładu sprzyjał pisaniu pracy doktorskiej.   
Wkrótce nadszedł czas wakacji i upragnionego urlopu. Gospodarze wyjechali pozostawiając mieszkanie w rękach Gustawa. Co prawda zrobiło się dosyć pusto, ale owa pustka, dla kogoś przyzwyczajonego do samotności, nie była niczym gorszącym. Annie obiecał, że będzie jej co trzy dni wysyłał maile. Przez pierwszy tydzień – zgodnie z umową – otrzymywała je regularnie. Były to krótkie, lakoniczne sprawozdania. Potem nastąpiła dłuższa przerwa. Pod koniec drugiego tygodnia była już zaniepokojona tym stanem rzeczy i do hotelowej kafejki internetowej zaglądała codziennie. W końcu odebrała „świeży" list od przyjaciela, z którego wynikało, iż Gustaw nie zapomniał o tajemniczym obrazie i wyjechał na kilka dni do siebie, aby zajrzeć na giełdę staroci. List brzmiał następująco:
Witaj!
Zapewne pamiętasz moją opowieść dotyczącą pewnego starego obrazu. Otóż za Twoją radą ponownie wybrałem się na targ staroci (wziąłem dwa dni wolnego). Oczywiście towarzyszyła mi nadzieja spotkania handlarza z obrazem. Faceta odnalazłem. Obrazu jednak nie zauważyłem. Na szczęście miał go w samochodzie. Tłumaczył, że był z nim na giełdach w kilku miastach, lecz nikt nie przejawiał zainteresowania, wobec czego nawet zapomniał wyjąć go z pojazdu. – Chyba wariat go malował. Niech pan spojrzy – wskazał na obraz: - Widział pan kiedy zielone niebo? To jakaś chałtura i kicz! – handlarz był wyraźnie zdegustowany estetycznie. Okoliczność ta była dla mnie sprzyjająca, bo nabyłem dzieło po niewielkiej cenie. Sprzedający dziwił się, że rajcują mnie takie „malunki". Odparłem, że po prostu lubię stare rzeczy, a obraz – według mnie – pochodzi jeszcze z XIX wieku. Wypytałem go w jaki sposób wszedł w jego posiadanie. Otóż przed rokiem odkupił malowidło od pewnego młodego małżeństwa z miejscowości Zinnbach w Niemczech. Niedawno zamieszkali oni w starej oficynie pałacowej, a obraz znaleźli na strychu. Dla nich nie przedstawiał szczególnej wartości. Okazało się, że nabył od tych ludzi więcej interesujących rzeczy, m.in. jakąś równie starą książkę w płóciennej, mocno zniszczonej oprawie. Byłem tak zadowolony z taniego zakupu, że dodatkowo wziąłem od niego tę – jak wtedy sądziłem – raczej nic nie wartą książeczkę.
Obraz od razu zawiesiłem na ścianie w domu (tzn. w moim pokoiku domu socjalnego, gdzie ciągle jestem zameldowany). Zacząłem też przeglądać wolumin. Było to niemieckie wydanie „Monadologii" z 1847 roku. Pożółkłe kartki nie trzymały się oprawy i przy pierwszej próbie otwarcia rozsypały się po podłodze. W trakcie ich zbierania i segregowania zauważyłem, że między nimi ktoś ukrył jakieś odręczne zapiski. Wyblakły atrament dał się nawet rozczytać. Szybko zorientowałem się, że jest to coś w rodzaju pamiętnika pisanego staranną szwabachą. Autorką była kobieta. Coś mnie tknęło. Porzuciłem na moment książkę i zacząłem skrupulatnie badać obraz. W prawym dolnym rogu odnalazłem sygnaturę „C. E. Grahm, 1848". No tak, autorka pamiętnika i obrazu to ta sama osoba!
Jutro wracam do pracy. Nudne godziny czuwania w twojej firmie postanowiłem poświęcić tłumaczeniu owych resztek pamiętnika. Chociaż znam dobrze język niemiecki, to jednak gotyk wymaga znacznie więcej pracy. Trudności przysparza nieco archaiczny styl. Jak tylko coś interesującego przełożę, to dam Ci znać.
Tymczasem pozdrawiam!
* * *
PAMIĘTNIK
Jak Gustaw zapowiedział, tak też zrobił. Anna znów dostawała regularnie maile, tyle, że ich treść wypełniały fragmenty tłumaczenia tajemniczego pamiętnika. W zasadzie wcale nie była ich ciekawa i w ciągu najbliższych dni nie odbierała e-poczty. Beztroski pobyt na wybrzeżu Morza Śródziemnego był dla niej kompletnym oderwaniem od wszelkich obowiązków i spraw pozostawionych w kraju. Gdy jednak po pewnym czasie przeczytała kolejne listy, czuła że z przyjacielem jest coś nie tak. Początkowo ich treść była dość intrygująca, jednak szybko nabrały dziwnego „klimatu". Gucio pisał inaczej niż kiedykolwiek dotąd. Zawsze bywał zamknięty, a teraz z trudem powstrzymywał emocje, momentami wpadał wręcz w euforię. Codziennie dostawała list, a niekiedy dwa – rano i wieczorem. Ponadto, co u Gucia było raczej niespotykane, ignorował wszelkie przytyki ze strony Anny. W kolejnym mailu znowu przesłał zaledwie parę zdań na temat pracy, resztę miejsca poświęcając pamiętnikowi.
Witam Anno! Gdy to piszę właśnie siedzę na portierni i jest noc. Zrobiłem już jeden obchód. Wczoraj za mojego zmiennika miało miejsce włamanie, ale alarm spłoszył złodziei nim zdołali cokolwiek porwać. Zapewne mieli chętkę na sprzęt komputerowy. Dzisiaj nakazano nam wyjątkową czujność. No, więc czuwam!
Bułhakow miał rację – rękopisy nie płoną! Poniżej pierwszy fragment przekładu.
Pamiętnik malarki Klary Erny Grahm
Sobota, 10 maja.
Taki piękny mamy dzisiaj dzień! Wiosna rozlała się słońcem po okolicy i tchnęła ożywczego ducha w martwy dotąd krajobraz. Z samego rana ułyszałam klekot bocianów, więc wyjrzałam przez okno. Wróciły! Są na swoim starym gnieździe. Jest ono nietypowo ulokowane, bo na jednym z czterech pałacowych kominów. Na szczęście o tej porze roku nie są one czynne.    
Jeszcze nie dotykałam świeżych liści gruszy rosnącej obok domu. Widzę ją jednak ze swego okna – w jasnozielonej sukni obsypanej tysiącami białych kwiatów wygląda bardzo odświętnie; prawdziwa panna młoda. Wokół jej weselnego stroju tańczy niezliczony rój zalotników – bąków, os i pszczół. To nieomylny znak, że i w tym roku obrodzi słodkimi owocami, za którymi tak przepadam. Niestety, jestem skazana wyłącznie na bierną kontemplację kawałka świata, którego horyzont wyznaczają okienne ramy. Leżę samotnie między czterema ścianami, niczym w grobie. Ma to li być ostatni pejzaż mego życia?
Podczas niedawnej wizyty lekarz nie był zadowolony z mojego stanu zdrowia. W zasadzie cały czas spędzam w łóżku. Napady duszności i wysoka gorączka nie tylko utrzymują się nadal, ale w ostatnim czasie nasilają się często do tego stopnia, że nie mogę regularnie malować. Mimo to pod ręką trzymam swój mały szkicownik, aby każdy – najbardziej nawet ulotny pomysł – natychmiast pochwycić w plastyczne ramy. Sztalugi i farby przyniosłam tu ze swojej pracowni. Mam całą teczkę wypełnioną szkicami i jeden niedokończony obraz. Trudzę się nad nim od paru lat, lecz ciągle nie jestem z niego zadowolona. Czegoś mu wyraźnie brakuje. Tylko czego...? Niby wszystko w porządku – symetria, perspektywa, kolorystyka – lecz główny temat jakoś ciągle umyka mej wyobraźni. Chciałabym uczynić go dziełem mojego życia, żeby wyrażał jakąś potężną ideę, był materialnym odwzorowaniem wyższej, duchowej rzeczywistości. Czy to w ogóle możliwe? Za pomocą pędzla chwytam przestrzeń i czas, ale przecież sens obrazu leży gdzieś poza wymiarem i czasem. Jak jednak dać temu wyraz? Na dodatek nadwątlone siły nie pozwalają mi na intensywną pracę. Nie znoszę bezczynności i często zrywam się z łóżka do malowania, a za chwilę... znów wypuszczam pędzle z rąk! Wszystko ku utrapieniu Edith – starej, poczciwej sąsiadki – która strofuje mnie, że lekceważę zalecenia medyka i niepotrzebnie osłabiam swój organizm. Oczywiście ma całkowitą słuszność, ale zupełnie mnie nie rozumie. Wybaczam jej jednak, bo przecież robi to z czystego i dobrego serca.
Wszystko przez tę grypę, której nabawiłam się pod koniec marca na pogrzebie Pana Hrabiego (seniora), wielkiego miłośnika sztuki i mojego nieodżałowanego mecenasa. Zmarudziłam wtedy trochę na cmentarzu. Czas tak szybko płynie. Na dodatek niepotrzebnie obrałam dłuższą drogę powrotną, przez las. Pamiętam jak z ciężkich chmur zaczął obficie sypać mokry śnieg, a gwałtowne podmuchy wiatru szarpały wierzchołkami drzew, sprawiających wrażenie trzęsących się z zimna upiorów. Zaraz na drugi dzień po owym niefortunnym spacerze cała byłam rozpalona i zupełnie ochrypłam. Zlekceważyłam te dolegliwości sądząc, iż przejdą same. Dopiero gdzieś po tygodniu Edith widząc w jak złym jestem stanie, wezwała doktora Köchlera. Był bardzo niezadowolony, że tak późno go zawiadomiono. Stwierdził przeziębienie grypy, co może dać złe skutki. Pewnie już wtedy podejrzewał zapalenie płuc, ale nie chciał mnie denerwować; przepisał tylko medykamenty i surowo nakazał bym leżała w łóżku.
* * *
Anno!
Jak się domyślasz przełożyłem już cały tekst. Jest on dla mnie zdumiewający! Na początku było mi nawet trochę głupio, że wnikam w zapiski, które zapewne nie przeznaczono dla cudzych oczu. Teraz jednak jestem pewien, iż jeśli ktokolwiek ma prawo je czytać, to przede wszystkim ja. Nie będę jednak objaśniał dlaczego. Po prostu osądź sama!
Pamiętnik c.d.
Wtorek, 20 maja.
Wczoraj wczesnym rankiem z gorączkowego i niespokojnego snu wyrwał mnie rozlegający się za oknem niesamowity harmider. Sprawcami zgiełku okazały się – rozbudzone promieniami wschodzącego słońca – sikory i wróble. Miło było słuchać opierzonych bardów. Chwilę potem dobiegł mnie donośny klangor stada żurawi. Najpewniej zatrzymały się za rzeką, na dzikim wrzosowisku. Zawsze tam stacjonują o tej porze roku (wiele razy próbowałam uwiecznić je na płótnie). Dużo bym dała, żeby ponownie zobaczyć te wielkie ptaki. Są takie wolne…
[dalej niemal pół strony nieczytelne; atrament rozmyty]
[...] odczułam silny ból w płucach i przez dłuższą chwilę nie mogłam złapać oddechu. Kaszlę krwią. Niebawem znów ma przyjść lekarz. Nie wiem czy chcę tych wizyt. Myślę, że szybka śmierć mogłaby być dla mnie tylko wybawieniem. Teraz, przy tej chorobie, samotność jest szczególnie dotkliwa. Nie mam nikogo, tylko stara sąsiadka dogląda mnie codziennie. Cierpienia fizyczne, to nic zgoła… Najgorsze są momenty kiedy uświadamiam sobie pełnię mojej samotności. Te złe chwile przychodzą do izby wraz z wieczornym mrokiem. Chociaż ostatniej nocy, kiedy to poświata księżyca spływała do mojej „celi", doznałam dziwnego, wcześniej nieznanego mi ukojenia, jakbym dotknęła bezkresu..., jakbym była bezgranicznie wolna.

Piątek, 23 maja.
Przed południem przyszła Edith żeby coś ugotować i posprzątać. Powiedziała, że na poniedziałek rano ma przybyć z wizytą lekarską dr Köchler. W trakcie porządków zdarzyła się zabawna sytuacja, otóż na moje łóżko wbiegł pająk. Edith już podniosła ścierkę, ale ku jej zgorszeniu zabroniłam go zabijać. Wzięłam pająka w rękę i mimo protestu opiekunki wypuściłam zwierzę za okno. Dorzuciłam przy tym uwagę, że przecież nigdy nie wiadomo kim był w poprzednim życiu. Bardzo to oburzyło Edith. Wyszła dziś bez pożegnania.
Znowu leżę zupełnie sama. Nie mogę się zebrać do pracy nad obrazem. Ciągle jednak o nim myślę – czy lepiej będzie użyć samego oleju, czy może dodać też pasteli? Pamiętam jak w ubiegłym roku, podczas ostatniej wystawy (doszła do skutku dzięki pomocy śp. Pana Hrabiego, który udostępnił salę w pałacu), to właśnie moje pastele wzbudziły zachwyt. Na prośbę samego hrabiego zagrałam też pierwszą część Sonaty nr 14 L. van Beethovena.

Poniedziałek, 26 maja.
Zgodnie z zapowiedzią był dziś Köchler. Przebadał mnie, zmierzył puls i nie krył rozdrażnienia. W końcu nieswoim głosem stwierdził, że serce bije z szybkością stu piętnastu uderzeń na minutę, co wskazuje na znaczny postęp choroby, czyli – mówiąc wprost – na zaawansowane zapalenie płuc.
Chciałam porozmawiać z doktorem na temat śmierci, i czy on uważa, że możliwe jest inne życie, że istnieją inne światy… Pokazałam mu też najnowsze wydanie „Monadologii" Leibniza, które cały czas leży na stoliku przy łóżku. Popatrzył na mnie trochę z ukosa, po czym odrzekł:
– Moim zdaniem, jako lekarza, hipoteza o niematerialności duszy jest zbędna, bo dusza jest zależna od ciała i można ją badać jako procesy fizjologiczne. W tym względzie popieram poglądy wybitnego Juliena de La Mettrie. Natomiast monadologia, to tylko „uczone bzdury"! Nauka jest tym, co ujawnia nam prawdę o świecie, porzućmy więc przesądy.
Nie dawałam łatwo za wygraną. – Musi się pan jednak ze mną zgodzić, iż formalne rozumowanie jest zbyt słabe, aby udowodnić wszystkie prawdziwe stwierdzenia. Językiem nauki nie opiszemy całej rzeczywistości. Myśl ludzka dzięki sztuce też dociera do pewnych prawd, których język nauki nigdy nie uchwyci. Jedynie w dziełach sztuki rzeczywistość odzyskuje na nowo swoją pierwotną jedność, gdy tymczasem nauka ową jedność ustawicznie rozbija.  
Köchler nieudolnie ripostował. – Panno Grahm, proszę nie zadręczać umysłu czczymi spekulacjami, tylko odpoczywać. I proszę otworzyć okno, tu jest duszno.
Doktor wyszedł, ale za drzwiami rozmawiał jeszcze z Edith. Głupi materialista! Przecież nawet nie wie czym materia jest jako taka.
Do moich uszu dochodziły urywki zdań:
– Końcowe stadium… Niewiele tu po mnie. Proszę czuwać nad chorą. …Nastąpi w ciągu kilkunastu dni.
Czy boję się umrzeć? Gdybym wiedziała, co to znaczy „umrzeć", może potrafiłabym odpowiedzieć na takie pytanie. Zastanawiam się nad istotą śmierci. Czym jest lub co oznacza? Śmierć – największa tajemnica życia! Przestajemy istnieć, czy dopiero zaczynamy? A jeśli ktoś przez całe życie był samotny, śmierć pozostaje dla niego już tylko formalnością.
Czuję i wierzę, że jakaś część mnie samej istnieje gdzieś całkowicie poza mną. Na cóż zdałoby się istnienie, gdyby ograniczało się tylko do tej realności? Cóż znaczy być w tym świecie? Nic innego jak tylko poddawać się upływowi czasu, który porządkuje świat na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Jednak każdy z tych fragmentów jest na swój sposób nierzeczywisty, a więc i nasze bytowanie w tym świecie pozostaje nierzeczywiste. Jak wobec tego śmierć mogłaby kończyć coś, czego w gruncie rzeczy nie ma? Jest ona raczej furtką w kierunku prawdziwego bytowania. Byt skończony pragnie być pojęty przez Byt wieczny i dąży ku niemu.
[tu brakuje w rękopisie dwóch stron; natomiast z następnej strony udało mi się odczytać tylko kilka zdań]
[…] Skąd bierze się miłość? Czy z popędów ciała? Prawdziwa miłość ma swe korzenie w świecie ducha. Tylko wtedy, kiedy odnajdujemy naszych bliźnich w duchu, odnajdujemy ich w niezniszczalnej miłości. Źródłem każdej twórczości jest miłość. Miłość jest siłą twórczą. […]
Kocham dlatego, że inny jest innym, że jego czas nigdy nie będzie moim czasem. […]

Wtorek, 4 czerwca.
Nie wiem czemu, ale poprzedniego dnia, od samego rana zastanawiałam się nad poglądami pitagorejczyków (gdzieś, kiedyś o tym czytałam). Na przykład uważali, że jest dziesięć planet, przy czym dziesiątą nazywali „Przeciwziemią". Wszystkie niedobre rzeczy jakie spotkały nas na ziemi, tam miałyby ulec „odwróceniu". Do dzisiaj nikt nie potwierdził istnienia tylu planet, ale kto wie… Może gdzieś, w nieskończoności całego Bytu jest też miejsce dla samotnych dusz?
To oczywiście nawet nie domysły i nie pisałabym o tym, gdyby nie ostatni sen, który poruszył mnie głęboko. Nie wiem czy pod wpływem zbyt wielu rozmyślań, czy wskutek gorączki, długo nie mogłam zasnąć. Gdzieś daleko była burza, bo nad horyzontem błyskawice raz po raz rozświetlały ciemności. W końcu zapadłam w letarg. Nie mogłam oddychać, walczyłam z jakąś niewidzialną dłonią zatykającą mi usta. Nagle poczułam jak spadam w czarną otchłań. Niebawem zaczęła się rysować niewyraźna sceneria. Ołowiana mgła rozwiała się niespodzianie, natomiast wokół mnie rozciągała się nieskończona panorama wrzosowisk. Na dziwnym, zielonym firmamencie płonęły fioletowo-czerwonym blaskiem cztery słońca. Pod nimi migotał łuk tęczy. Chyba nie miałam ciała, bo swobodnie unosiłam się w przestrzeni. Czyżbym już umarła, a moja dusza wróciła na swoją gwiazdę?
Tymczasem przybliżałam się do tęczy i w końcu na niej stanęłam. Barwy zewsząd mnie spowijały, wirowały, pulsowały, przechodziły w siebie nawzajem. Wyłoniła się z nich jakaś postać. Szła w moim kierunku. Stanęliśmy naprzeciwko siebie. Ta twarz! Wydawało mi się, że znam ją od wieków. Czy to nie…, ja sama?!
Głuchy grzmot zatrząsł posadami nieznanego świata. Straciłam grunt pod nogami. W jednej chwili otworzyłam oczy i poderwałam się na łóżku. Na dworze szalała burza, a ja byłam bardzo podniecona. Nie mogłam usnąć do samego rana.     
Już pół dnia rozmyślam nad tą wizją. Czegoś takiego właśnie potrzebowałam, aby dokończyć obraz. Przede wszystkim ruch i światło muszą zniweczyć materialność przedstawienia! Nietypowa kolorystyka powinna zaatakować widza w pierwszej kolejności. Dobry obraz nie może nakierowywać uwagi na to, co się na nim niby znajduje; powinien odsyłać niejako do samego siebie, krzyczeć do spoglądającego nań – Nie oglądaj namalowanego pejzażu, oglądaj mnie jako obraz! Nie jestem przecież samą rzeczywistością, nie jestem też jej odzwierciedleniem. Jestem obrazem, a więc symbolem odsyłającym do tego, co wiecznie nieznane!
Moje dzieło będzie zawierało jeszcze jedną niespodziankę. Pod pozorem krajobrazu ukryję własne oblicze. W tym celu zastosuję starą malarską sztuczkę, znaną jako anamorfoza!
Modlę się, żeby starczyło mi sił…

Poniedziałek, 17 czerwca.
Dość nieoczekiwanie przyszedł pastor Wisskott. Twierdził, że przejeżdżał tędy niedaleko i postanowił zajrzeć. Czułam, że zmyśla. To na pewno sprawka Edith. Powiadomiła pastora o kiepskim stanie mojego zdrowia, a ten zaczął prawić mi morały o pobożnym życiu (jakby sam wiedział co to znaczy) i zalecił codzienne czytanie Pisma Świętego. Powiedziałam mu wprost, że takowe porady na ostatnią drogę w zaświaty nie są mi potrzebne. Uniósł się wtedy i zaczął mi opowiadać jak to cnotliwi ludzie znajdują upodobanie u Pana i żyją wiecznie w raju. Nie posądzam pastora o złe intencje, ale skąd taki kościelny urzędnik posiada wiedzę o zaświatach? Żeby podrażnić go jeszcze bardziej rzekłam, że od niebieskiego raju wolę mój dom, swoje obrazy oraz rozległe połacie pól, rzekę i leśne wrzosowisko, po których chcę wiecznie wędrować jako upiór!
Wisskott aż się wzdrygnął. Nasrożył się i burczał coś o gniewie niebios, herezjach itp. […]
[brakuje kolejnej stronicy]

Środa, 19 czerwca.
Marnie ze mną. Od rana jestem rozpalona. Usta mam suche i spękane. Tylko przez krótką chwilę mogę z pomocą Edith podnieść się na łóżku. Każdy poważniejszy ruch, oddech, mowa sprawia mi niesłychany ból. Nie jestem w stanie notować. Ten pamiętnik trzeba spalić. Powiem jej jak przyjdzie. Obraz jest ukończony. Oglądać należy odbicie w lustrze od strony sygnatury, wówczas […]
[jest jeszcze kilka linijek tekstu, lecz zapiski stają się nieczytelne i na tym pamiętnik się kończy].
***
OSTATNI MAIL
Wszystkie te stare pamiętniki, sny i metafizyczne refleksje bardzo Annę znużyły. Nawet nie była w stanie wszystkiego dokładnie przeczytać. Przyjacielowi odpisała tylko tyle, by nie przesadzał z głupotami i nie popadł w jakąś manię.
Po powrocie z wczasów rzuciła się w wir nowych zadań i obowiązków. Jednak nie szły one tak jak powinny. Zamiast poświęcać całą energię na sprawy firmy nie potrafiła poradzić sobie z niepokojącymi myślami o stanie psychicznym Gustawa. Czyżby wpadł w sidła obsesji?! Z ostatniej e-poczty tak należało wnosić. Jak mu pomóc? W pracy go nie zastała. Znikł ponoć bez słowa. W domu socjalnym również nic o nim nie wiedzieli. Kierownik tej placówki stwierdził, że nie pokazywał się od niemal dwóch tygodni. Przy okazji wyszło na jaw, iż Gustaw przebywał w szpitalu dla nerwowo chorych, skąd w marcu został wypisany. Sprawa wyglądała poważnie. Anna próbowała skontaktować się z nim na Gadu-Gadu, ale on milczał. Nie odpisywał też na maile. Złe myśli kłębiły jej się w głowie. Podzieliła się nimi z mężem, ale Wiktor wzruszał jedynie ramionami i uspokajał Annę.
Nareszcie Gustaw przesłał wiadomość. Niestety, nie tylko nie rozwiała ona obaw Anny, ale znacznie je podsyciła.

Anno!
Przepraszam, że zwlekałem z kolejnym listem, lecz jestem dość daleko i musiałem zbadać pewną sprawę, z której poniżej składam ci sprawozdanie.
Otóż wskazówka zawarta w pamiętniku okazała się nieoceniona. Ustawiłem obraz na wprost dużego lustra i spojrzałem na jego odbicie z ukosa, od strony podpisu artystki. To była ta twarz! To ona! Czułem, że muszę pojechać do owej miejscowości w Niemczech. Następnego ranka już byłem w drodze.
Zinnbach jest większą osadą. Pałac i przyległą doń oficynę znalazłem bez trudu. Na frontonie widnieje herb von Ecksteinów i data wybudowania – 1824. Jakim cudem zachował się przez tyle lat obraz i pamiętnik? Nie wiem, ale malarka raczej w oficynie, ani tym bardziej w pałacu nie mieszkała. Jej prace i osobiste pamiątki musiały tu trafić dopiero po zgonie.
Zacząłem szukać starego cmentarza. Napotkane osoby wskazały mi niewielkie wzniesienie porosłe sędziwymi drzewami, jakieś pół kilometra za miasteczkiem. Cmentarzyk nosił silne piętno czasu. Drewniane ogrodzenie dawno poszło w rozsypkę i tylko solidna brama wejściowa, zamknięta na zardzewiałą kłódkę, dzielnie broniła doń dostępu. Nie chowano tu nikogo bodaj od 50 lat. Najstarsze nagrobki pochodziły z XVIII wieku. Snułem się między mogiłami bez ładu i składu. Część grobowców była zadbana, jednak większość ledwo wyzierała z gęstych krzaków bzu i płatów zdziczałego, wszędobylskiego bluszczu.
Po długim przeglądaniu nagrobków ogarnął mnie niepokój – może to nie tu, może czas starł mogiłę? Zrezygnowany usiadłem na skraju nekropolii, obok niedużego polnego głazu obrośniętego naokoło wrzosem. Dopiero teraz spostrzegłem, że z jednej strony kamień jest częściowo oszlifowany. Wyryto tu słabo widoczną inskrypcję. Otarłem mech i porosty. A niech mnie! – krzyknąłem – Jest! Napis brzmiał dość lakonicznie – „Clara Erna Grahm, *geb.1818, †gest. 1848. Auf Wiedersehen". Pod nim wyrzeźbiono dwie dłonie splecione w geście pojednania. Więc to nie fikcja. Moja malarka była istotą z krwi i kości!
Wieczorem odwiedziłem pastora tutejszej parafii. Opowiedziałem mu, że na starym cmentarzu odnalazłem grób dalekiej krewnej i spytałem czy zachowały się jakieś dawne księgi parafialne. Luterański pastor okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem. Zgodził się mnie przenocować, a ponadto udostępnił kronikę prowadzoną nieprzerwanie od momentu wybudowania kościoła czyli przez okres – bagatela – 270 lat! Pod datą 20 czerwca 1848 roku odnalazłem następującą informację:
Tego dnia odeszła panna Klara Grahm, nauczycielka rysunku i muzyki w tutejszej szkole. Uroczystość pogrzebowa była wyjątkowo skromna – oprócz mnie w ostatniej drodze uczestniczył jeszcze grabarz oraz Edith Blumen, gosposia zmarłej. Panna Grahm nie zostawiła ostatniej woli, a ponieważ nie miała żyjącej rodziny i krewnych, więc jej niewielki dobytek postanowiono rozdzielić komisyjnie. Na świadków powołano Pana Hrabiego F. W. von Eckstein (juniora), pana Sprügela, dyrektora naszej szkoły, a także mnie. Za obopólną zgodą całe wyposażenie domowe przypadło pani Blumen, która doglądała zmarłej podczas długiej i ciężkiej choroby. Przyrządy do malowania i farby postanowiono sprzedać, a pieniądze przekazać na rzecz kościoła celem pokrycia wydatków związanych z pogrzebem. Natomiast wszystkie grafiki oraz kilka najciekawszych obrazów (w tym ostatnią pracę, zawieszoną jeszcze na sztaludze) postanowił zabrać nasz Pan Hrabia.
Jako miejsce pochówku musiałem wskazać miejsce przy płocie, gdyż doktor Köchler stwierdzając zgon natknął się na liczne lekarstwa, których zmarła najwidoczniej umyślnie nie przyjmowała, popełniając dość wyrachowane samobójstwo. Poza tym nie była przykładną parafianką. Nie przyjęła też ostatniego sakramentu. Oby Dobry Bóg ulitował się nad zbłąkaną duszą i dał jej wieczny odpoczynek. Amen!
Franz Wisskott
proboszcz parafii Zinnbach

Na tym wiadomość od Gustawa się kończyła. Roztrzęsiona i pełna złych przeczuć Anna zatelefonowała do kierownika placówki socjalnej, prosząc go o szybki kontakt, gdyby jej przyjaciel wrócił. Tej nocy w półśnie wrażenia ostatnich dni splatały się jej w jeden ciąg nonsensownych zdarzeń. Koszmar prysł wraz z dźwiękiem komórkowego budzika. Zaledwie dotarła do pracy, a już otrzymała telefon od pracownika opieki społecznej. – Pani znajomy, on niestety,… nie żyje. Sprawdziliśmy – nie miał tu rodziny i kontaktował się tylko z panią. Proszę więc o pilny przyjazd.
To był grom z jasnego nieba! Anna była zupełnie rozbita. Dłoń ze słuchawką opadła jej ciężko na blat stolika. Była pewna, że to jakiś zły sen, który minie. Próbowała wziąć się w garść, ale nic z tego. Poprosiła szefa o wolne.
Jako tako ogarnęła się dopiero w mieszkaniu. Wyjechała wieczornym pociągiem, żeby rano być na miejscu.
***
Poranną mgłę rozpędził chłodny wiatr, który wzmagał się z każdą chwilą. Jednak Anna wysiadając z pociągu w ogóle nie zwróciła uwagi na niesprzyjającą aurę. Gdy dotarła do urzędu gminy dygotała z przejęcia i z zimna. Kierownik domu socjalnego przekazał jej część rzeczy Gustawa, w tym obraz i stare wydanie „Monadologii". Spośród pożółkłych stron, niczym bilecik z zaproszeniem na bal, wystawała biała kartka. Anka wyjęła zwitek. Poznała pismo Gustawa.
„Odnaleźliśmy się i będziemy razem już na zawsze. Tylko Tobie składam przysięgę miłości, a na świadka i strażnika tej przysięgi powołuję samą śmierć! Śmierć, to nie zapadanie się w otchłań nicości, lecz otwieranie się na transcendencję. Przez zasłonę śmierci żywi i umarli podadzą sobie dłonie."
– Rozumie pan coś z tego? – Anna zwróciła się do urzędnika, podając mu świstek papieru. Ten błyskawicznie przebiegł oczami po tekście i odparł: – Wytwory obłędu są z zasady nie do zrozumienia. Jest w nich coś nieludzkiego, od czego tchnie grozą. Wiedziała pani, że cierpiał na łagodną formę schizofrenii? Czasami odróżnić takiego od normalnego jest bardzo trudno.
– Jak to się wszystko stało?
– Wpadł pod tramwaj. Zginął na miejscu. To było wczesnym rankiem, brak świadków, więc dokładnie nie wiadomo jak doszło do tego zdarzenia. Możliwe, że pod wpływem silnych doznań lub depresji miał kolejny napad. Zażył zbyt dużą dawkę środków psychotropowych i nie panował do końca nad sobą.
– Gdzie tu jest WC? – spytała tak nienaturalnym głosem, że sama się go wystraszyła, po czym udała się we wskazanym kierunku, brutalnie chwytając obraz. W łazience przystawiła malowidło do lustra i spojrzała w odbicie z prawego boku – tęcza, słońca i pozornie nic nie znaczące elementy zlały się w kobiecą twarz o ostrych rysach, wydatnym nosie, zaciśniętych, pąsowych wargach, rumianych (zapewne od gorączki) licach, szarych, uwodzicielskich oczach oraz spiętych hiszpańskim grzebieniem, bujnych, czarnych włosach opadających kręconymi lokami na wysokie trupioblade czoło.
Anna wybiegła z obrazem na podwórze. Roztrzaskała jego ramy na betonowym ogrodzeniu. Wyszarpała z nich płótno, pocięła scyzorykiem i kawałek po kawałku – z mściwą satysfakcją – podpalała je zapalniczką.
Gwałtowne porywy wiatru rozwiewały i unosiły coraz dalej drobinki popiołu, które tańczyły, tańczyły, tańczyły…