Bogumiła Barbara Nejman - Samospełniające się proroctwo psychologiczna terapia dla ludzkości?

Tematem mojego artykułu z pewnością nie uda mi się zaskoczyć niczym nowym tych, którzy choć trochę są zainteresowani zagadnieniem wywierania wpływu na ludzi. Chciałabym jednak podjąć ten temat po raz kolejny, lecz tym razem mniej naukowo, może trochę z przymrużeniem oka, bardziej wyzywająco, za to z dużą dozą optymizmu, czy wręcz naiwności.
Opisując niektóre zjawiska, będę się posługiwać definicjami i sformułowaniami naukowymi, choć pragnę też wykorzystać własne doświadczenia i obserwacje.
„Psychologia społeczna to nauka o oddziaływaniu rzeczywistej lub wyobrażonej obecności innych na myśli, uczucia i zachowania ludzi". Jest to najszersza i najbardziej uniwersalna definicja psychologii społecznej z poznanych przeze mnie do tej pory. Zawiera bowiem w sobie wszystko to, co związane jest z występującymi w makrosystemie relacjami społecznymi. Mieszczą się tutaj wszelkie formy i metody oddziaływań międzyludzkich, zarówno tych zamierzonych, jak i niezamierzonych, automatycznych i spontanicznych.
Człowiek bowiem w relacjach społecznych posługuje się myśleniem automatycznym (bez wysiłku) oraz myśleniem kontrolowanym (wymagającym wysiłku). Sterowane myślenie bez wysiłku urzeczywistnia się poprzez automatyczne stosowanie wcześniej zakodowanych schematów. Schematy to: „Struktury poznawcze, którymi ludzie się posługują w celu organizowania wiedzy o świecie społecznym, porządkując ją wokół tematów i przedmiotów. Schematy wpływają na to, jak zauważamy, analizujemy i zapamiętujemy informacje". Już z tej definicji wynika, że owe schematy, a raczej ich stosowanie pozwala nam, mówiąc potocznie „szybciej myśleć i przetwarzać informacje", lecz niesie to za sobą i skutki negatywne, ponieważ rodzi wiele niesłusznych często i nieprawdziwych stereotypów, a także odzwyczaja od stosowania „nowego, świeżego spojrzenia" na określony problem. Nie jest jednak moim celem szczegółowe omówienie okoliczności występowania i urzeczywistniania wszystkich schematów, chciałabym natomiast skupić uwagę na zjawisku „samospełniającego się proroctwa", przedstawiając jednocześnie mój karkołomny pomysł przeobrażenia tego zjawiska „z szarego na złote".
Opowiem najpierw sytuację z mojego życia. Mieszkam w wielorodzinnym bloku, gdzie, jak to zazwyczaj bywa, sąsiedzi na ogół nie znają się, udają, że się nie widzą, reagują na siebie obojętnie, często wrogo, bez żadnego uzasadnienia. Piętro wyżej mieszka sąsiad, który nigdy jeszcze nie powiedział mi „dzień dobry", pomimo tego, że jest mężczyzną i to znacznie młodszym ode mnie. Kiedy spotykaliśmy się w bramie, ja – drobna i niewysoka z torbami zakupów, on – wysoki i wysportowany, potrafił zamknąć mi drzwi „przed nosem". W ten sposób tworzyliśmy ten „chory mikrosystem" przez wiele lat. Trudno mi powiedzieć, co myślał, czy odczuwał mój sąsiad, natomiast ja czułam się w tej sytuacji źle i postanowiłam to zmienić. Pierwsza zaczęłam mówić „dzień dobry" i starałam się być miła i sympatyczna, zauważyłam, że sprawia mi to dużą przyjemność, podnosi samoocenę i daje poczucie wyższości. Intuicja podpowiadała mi, że coś musi się zmienić i tak też się stało. Po kilku dniach zagadnęłam sąsiada tymi słowy: „Panie sąsiedzie, dlaczego jesteśmy do siebie tak wrogo nastawieni, przecież nawet się nie znamy?" Mój sąsiad, wyższy ode mnie prawie pół metra, zwiesił głowę, zaczerwienił się i nic nie odpowiedział. Następnego dnia, kiedy wracałam do domu objuczona zakupami niczym muł, sąsiad wysiadłszy ze swojego luksusowego auta ( ja mam tylko starego forda), zaczekał, aby otworzyć mi drzwi, pomóc wejść do windy i wnieść zakupy. Od tamtej pory jesteśmy „dobrymi sąsiadami", którzy zawsze mogą na siebie liczyć, sąsiad pożycza czasem jakieś narzędzia od mojego męża, natomiast sąsiadka podlewając kwiatki na swoim balkonie stara się nie zalewać mojej posadzki.
To doświadczenie było jednym z ważniejszych w moim życiu, ponieważ odkryłam, że mogę przykrą dla mnie sytuację zmienić w sytuację przyjemną, która daje mi dobre samopoczucie, przynosi komfort psychiczny i wewnętrzny spokój. Któż nie chciałby tak się czuć? Przecież czysty egoizm, już na poziomie biologicznym, każe nam czynić sobie dobrze! Kierując się najpierw tylko takim motywem, zaczęłam bardziej już pragmatycznie kontynuować moje „egoistyczne" zachowania. Udało mi się w ten sposób naprawić wiele relacji „ja – inni", ale odniosłam też kilka porażek. Te wszystkie doświadczenia dały mi dużo wiary w to, że nawet jeden, pojedynczy człowiek może mieć wpływ na otaczające go środowisko. Problem tkwi natomiast w tym, aby koncepcje tego człowieka były uniwersalne  i etyczne.
Wszystko to, co do tej pory opisałam zdarzyło się dużo, dużo wcześniej zanim usłyszałam o takim terminie, jak „samospełniające się proroctwo" i właściwie do tej pory nie mam pewności, czy moje skojarzenie jest słuszne. Definicja bowiem mówi, że: „Samospełniające się proroctwo, to sytuacja, w której (1) oczekiwanie wobec innej osoby wpływa (2) na odnoszenie się do niej, co (3) powoduje, że jej zachowanie jest zgodne z pierwotnymi oczekiwaniami, a zatem przyczynia się do ich urzeczywistnienia." Autorzy tego określenia sytuują owo zjawisko w sferze myślenia automatycznego, natomiast moje działania były zamierzone, kontrolowane i planowe, no i bez fałszywej skromności powiem, wymagające wysiłku! Wszyscy badacze samospełniającego się proroctwa opierali swoje eksperymenty o przypadki przynoszące skutki niepożądane.
Czy zatem można dokonać fuzji „myślenia kontrolowanego" („Myślenie kontrolowane – myślenie świadome, zamierzone, dobrowolne i wymagające wysiłku") z myśleniem automatycznym? Jak to zrobić, kto ma tym sterować, kto ponosić odpowiedzialność za skutki, a wreszcie, kto oceniać i wnioskować? To pytanie zawsze było i pozostanie domeną filozofów. Gdyby w kwestii samospełnającego się proroctwa przyjąć pogląd J.J Rousseau, można byłoby mieć nadzieję, że uda się zmienić świat na lepsze, a zwyczajnych ludzi uczynić życzliwszymi sobie! Zgoła inaczej „przekierowaliby" rzeczywistość faszyści, rasiści i nacjonaliści..., to już przerabialiśmy.
W tym miejscu rodzi się dylemat, nazwałabym go dylematem Oppenheimera, a innymi słowy: „każdy kij ma dwa końce" lub „coś, co skutecznie chroni, z pewnością potrafi też skutecznie zabijać". Epoka socrealizmu przekonała nas (przynajmniej większość), że „jedyny, słuszny kierunek" niekoniecznie musi być „najlepszy dla każdego", lecz transformacja po 1989 r. też nie nauczyła nas umiejętności korzystania z wolności. Wolność, moim zdaniem, wymaga przede wszystkim ogromnej odpowiedzialności, wiedzy (bo, trzeba wiedzieć, co wybrać), adekwatnej samooceny (bo trzeba wiedzieć, co na danym poziomie społecznym jest mi potrzebne). Trochę niechcący wkroczyłam na nasz, ojczysty grunt. Jestem patriotką, ale uważam, że być dobrym człowiekiem, to najpierw być dobrym Polakiem, dobrym sąsiadem, dobrym ojcem/matką, dobrym mężem/żoną, dobrym synem/córką. To jest Genezis. Potem może być tylko lepiej. Nie umiem zdefiniować słowa „dobro". Myślę i czuję, że dobro, to „mieć to, czego się pragnie, a nie chcieć niczego złego". Każdy człowiek, który tak pomyśli i poczuje, powinien URZECZYWISTNIAĆ SWOJE KONTROLOWANE, PLANOWANE SAMOSPEŁNIAJĄCE SIĘ PROROCTWA! W takim i tylko w takim rozumieniu tego zjawiska, można by przeobrazić je w skuteczną terapię leczenia „zła", nienawiści, nietolerancji, rasizmu, nacjonalizmu, itd.
Zjawisko wywierania wpływu na ludzi zauważył już w drugiej połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia Philip Zimbardo, który sformułował koncepcję zmiany postawy we wzajemnych relacjach międzyludzkich i praktycznych jej aspektów. Idąc dalej w swych badaniach i rozważaniach, w 1988 r. Zimbardo wraz z Michaelem Leippe opracowali „podręcznik" dla wszystkich zagubionych w trudnym okresie lat 90., oferując im rzetelnie sprawdzone empirycznie tajniki wiedzy, pomocne w codziennym życiu. Wspominam ten fakt dlatego, gdyż uważam, że zgromadzona i opisana przez Zimbardo i Leippe wiedza psychologiczna stanowi fundament do badań nad procesem kontrolowania i sterowania zjawiskiem samospełniającego się proroctwa. Oczywiście, wciąż pozostaje nierozwiązany dylemat: kto ma owym procesem kierować i sterować? Jakimi zasadami ma się posługiwać ów „kierujący", jakimi normami etycznymi? Pozostaje nam, z naiwnością dziecka uwierzyć w uniwersalność definicji dobra i zła, i zaufać „władcom" kontrolowanych samospełniających się proroctw, że potrafią odróżnić jedno od drugiego...  
A co z tymi, którzy myślą inaczej? Czy pozwolić im wpływać na innych ludzi, na całe społeczeństwa, nacje ze świadomością, że prowadzi to do katastrofy, czy zagłady? Jak zapobiegać, aby samospełniające się proroctwa nie stały się bronią psychologiczną w ręku maniaków?!
Tą wypowiedzią chciałam opisać wszystkie aspekty samospełniającego się proroctwa i uzasadnić pogląd, że w przeważającej mierze (pomijając przyczyny obiektywne), to my sami możemy w sposób świadomy, kontrolowany, i w razie konieczności, wyedukowany, kontrolować to niby automatyczne zjawisko, kreować postępowanie swoje i innych członków bliższej i dalszej społeczności. Mało tego, możemy przy tym poczuć się kimś ważnym, odpowiedzialnym, uczciwym, nie ujmując nic z własnej osobowości, postawy i pozycji życiowej, zachowując własne zasady moralne i religijne.
Na myśl przychodzi mi jedno z możliwych rozwiązań: edukacja. Ciągłe, natrętne, wręcz zrzędliwe  przypominanie, pouczanie i praktyczne wykazywanie, że w życiu najważniejsze jest życie, które powinno być przyjemne, twórcze i pożyteczne w równej mierze dla nas, jak naszych bliźnich, naszych przodków i przyszłych pokoleń. Czy to naprawdę takie trudne?
Wystarczy urzeczywistniać wszystkie dobre samospełniające się proroctwa! Nie uwierzę w  to, że nie każdy ich doznaje! Każdy, na pewno każdy doznaje ich w snach! Ciągle jednak wierzę w to, że człowiek jest z natury dobry, więc i marzenia senne ma dobre! Wystarczy je wprowadzić w życie!
Pisanie tej pracy przypadło mi w okresie przedświątecznym, kiedy relacje międzyludzkie stają się, przynajmniej na jakiś czas, cieplejsze, bardziej życzliwe, nasycone większą niż zazwyczaj przyjaźnią i miłością. Może by tak przejąć kontrolę nad samospełniającym się proroctwem i własnym postępowaniem wobec bliźnich oraz sprawić, aby ten spektakularny zryw przedświątecznej życzliwości przerodził się w „zdrowy nałóg"? Byłby to całkiem niezły początek...