Marian Osada - Polityzacja

Po przeczytaniu felietonu Stefana Pastuszewskiego „Moja polityzacja" („Akant" 2009, nr 13, s. 37), nawiązując do zachęcającego zakończenia: „Niech odpowiedzą na to Czytelnicy", postanowiłem dołączyć do wypowiedzi autora. Otóż zgadzam się z oceną autora felietonu co do jego punktu widzenia aktualnej polskiej rzeczywistości. Z jednej strony „jako sukces" przypisujemy obecnej sytuacji polskiej, że jesteśmy wolni, że nareszcie możemy bez cenzury wypowiadać własne myśli a z drugiej strony ta wolność jest różnie rozumiana i wykorzystywana.
Wydaje się, że część społeczeństwa mimo wszystko jedną nogą (oby tylko jedną) tkwi w epoce socrealizmu, a może nawet momentami żałuje, że skończył się ten etap.
Bo jakże wygodnie żyło się tym, którzy na bazie „ludowego prawodawstwa" korzystali z różnych przywilejów, podczas, kiedy pracę traktowali najwyżej jako dodatek do przynależnych im przywilejów.
Wielu Polaków, mówiąc szczerze, pracowało „na pół gwizdka", bo może tak należało postępować w ogólnie ośmieszanym ustroju społecznym. Tak czy owak wyrosła spora grupa osób nie traktujących poważnie pracę, a dzięki nadmiernej ilości „nieobsadzonych etatów" mogli oni przeskakiwać z jednego zakładu pracy do drugiego, zapominając, że ich wiek nie stoi w miejscu, lecz nieubłaganie biegnie naprzód.
Kiedy po roku 1989 nastąpiły ustrojowe przemiany wpadli na kolejny pomysł (dzisiaj hamowany), tj. przejście na wcześniejszą emeryturę. Dzisiaj wielu z tych emerytów biada, jak niskie są ich wynagrodzenia.

Polacy zapomnieli a młodzież w ogóle nie rozumie, skąd w ich mentalności jest skłonność do „kombinowania", czyli niewinnego oszukiwania czy wręcz „kiwania" współrodaków przez cwaniaków.
Otóż pozwolę sobie zwrócić uwagę, że już przez 123 lata rozbiorów naszej ojczyzny, tzw. „kiwanie", czy w ogóle „cwaniactwo" miało jakby charakter patriotyczny. Okłamywanie Moskala czy Szwaba było akceptowane przez Polaków, jako czynienie czegoś pozytywnego. Nie zdążyliśmy się z tego wyzwolić przez dwadzieścia niepełnych lat niepodległości (1920 – 1939), a już „zmuszeni" byliśmy sięgnąć po tę „broń" w stosunku do żołnierzy hitlerowskich i żołnierzy Armii Czerwonej.
Tymczasem II wojna światowa dobiegła końca i z czasem odeszli jedni i drudzy okupanci. Cwaniactwo jednak nam pozostało. Przedwojenne „nie masz cwaniaka nad lwowiaka" teraz brzmiało „nie masz cwaniaka nad warszawiaka".
Starsze pokolenia cwaniaków odeszły, ale w ich potomkach dalej płynie krew „cwaniacka". Na fali tej polskiej przywary pisali utwory satyrycy m.in. Marian Załucki („KPINY I KPINKI"). Satyrycy lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ub. wieku „pełną garścią" czerpali z ówczesnego trybu życia Polaka, który zresztą śmiał się sam z siebie, zapominając, że za chwilę będzie niezłomnym cwaniakiem.
I chociaż wielu z nas dzisiaj zapomniało i słynnych „Podwieczorkach przy mikrofonie", cytuję dzisiaj na obecnych wieczorkach utwory Mariana Załuckiego, które nadal bawią starych i młodych, jakby się nic nie zmieniło pomiędzy starymi i nowymi czasy.
Reasumując powyższe rozważania wydaje się, że jeszcze długa droga czeka nasze społeczeństwo nad przekształceniem wiekowego opóźnienia nie tylko technicznego, ale również intelektualnego, mentalnego, moralnego, zanim wyrównamy do zachodniej Europy.
Potwierdzeniem wielkich luk w prawie polskim i korzystaniu z tych ułomności prawnych są nadal „Cwaniacy" o czym mamy okazję przekonać się w telewizyjnym programie (czwartkowym) Elżbiety Jaworowicz „Sprawa dla reportera".