Andriej Kotin - Babcia

Kiedy pyta mnie ktoś, czy wierzę w Boga (a ludzie, wbrew pozorom, wciąż gustują w pytaniach tego typu), zawsze przypominam sobie, jak, siedząc pewnego zimowego wieczoru w wąskiej berlińskiej kawiarni, spojrzałem przez okno na mokry asfalt i zobaczyłem moją babcię.
Urodziła się w Abakanie, spędziła tam całe życie i nigdy nie była ani w Niemczech, ani w ogóle za granicą. Zresztą, w chwili, o której opowiadam, nie żyła już od ponad pół-roku. A jednak ją zobaczyłem. Chciałbym niezwłocznie rozczarować spirytualistów i dziennikarzy, bo zobaczyłem ją nie w ten sposób, jaki zapewniłby „poruszającą lekturę" (Literatura Dziś 2/2010) w pociągu osobowym Zielona Góra – Nowa Sól. Nie ujrzałem jej ciała: nawet astralnego. Słowo „obecność" mogłoby tu pomóc, gdyby nie jego powszechne nadużycie w wierszach rozwiedzionych poetek i miłych, zbyt miłych księży. A jednak poczułem jej obecność: nie tylko w moim życiu, nie tylko w tej kawiarni, w wilgotnym odbiciu zaparowanej szyby, w samotnym asfalcie – wszędzie. Ale zaczęło się od asfaltu. W medytacyjnym skupieniu patrzyłem na mokry, samotny asfalt, aż nagle ujawniło mi się, że wcale nie jest samotny, że jego samotność to złudzenie: tak samo, jak moja, twoja, czyjakolwiek samotność. Niedawny deszcz – teraz srebrny sierota-strumyk – śpieszył ku zaborczej szczelinie kanalizacji. W małej kałuży, smutnie błyszczącej pod starą zgarbioną latarnią, rozrabiał wesoły wróbel. Świeżo umyty plakat apelował do tolerancji wobec „kochających inaczej". A ja patrzyłem przez okno na ten grudniowy karnawał, dwa tygodnie przed świętami, i serce moje płakało, oparzone niewysłowioną prawdą. Otóż nie ma na świecie nic bardziej od siebie oddalonego, niż moja babcia i Berlin, Syberia i geje, śmierć w śpiączce i młody niemiecki wróbel, szalejący w kałuży. Wiem, co by powiedziała, gdyby zobaczyła taki plakat. Powiedziałaby: „Panie Chryste, że też coś takiego wisi publicznie, i to w centrum miasta! Ty, Andrzejku, komunistów krytykujesz, a za naszych czasów ludzie przynajmniej wstyd mieli, i żyliśmy przyzwoicie, i w telewizji leciały dobre filmy, a dziś sama rozpusta." Ja bym, oczywiście, się sprzeciwił i zaatakował babcię ciężką artylerią niezaprzeczalnych, bezowocnych argumentów. Skłamałbym mówiąc, że dopiero po upływie czasu, oglądając się wstecz z kojąco-kującą nostalgią, uświadamiam sobie bezsens tych sprzeczek. Wtedy równie dobrze zdawałem sobie sprawę z naiwności moich starań. Nie w tym rzecz. Nie chciałem jej przecież przekonać, chociaż zapewne brzmiałem tak, jak gdyby bardzo mi na tym zależało. W rzeczywistości – tej jedynej, przejrzystej, promieniującej rzeczywistości – nasze nieczęste rozmowy były, niczym prawdziwa podróż, zupełnie pozbawione celu. Zazwyczaj wieńczyły skwarne, bogate w szczęście dni, spędzone w rodzinnym gronie nad ciepłym leśnym jeziorem. Pierwsze, co następowało po powrocie, to stanowcze chóralne „Nie!" jako reakcja na proponowaną kolację. Babcia nie jeździła z nami: czekała w domu, przygotowując jedzenie, chociaż wielokrotnie tłumaczyliśmy, że właściwie to wyruszamy na piknik, zatem zjemy sobie w lesie, jesteśmy syci, nie zmieścimy nic więcej, no gdzie tam, nie ma mowy, koniec dyskusji.


- I co, pójdziecie tak sobie głodni spać? – brzmiała jej zatroskana odpowiedź.
Jedliśmy więc, ale bardziej na pozór, żeby nie urazić babci, która oglądała tradycyjne wieczorne seriale, cieszyła się patrząc na nas i pytała moich kuzynów, czy zostaną na noc, zapominając, że już dawno wyrośli, i życie ich na zawsze utraciło tę nieuchwytną tajemnicę bezbronności, przemieniającej nocleg u babci w wielką przygodę, a soczyste grudki śniegu, aktywnie spożywane zamiast wody podczas wagarów – w weekendowe disnejowskie kreskówki. Szczęśliwe dzieciństwo to, podobnie jak szczęśliwa miłość, takie, za którym tęsknisz, gdy przemija. Dorastając, szczęśliwe dziecko czuje się jakby okradzione, wypędzone z kruchego Raju niecodziennej codzienności. Wtedy w trybie retrospekcyjnym staje się jasne, iż Raj ów miał sumiennych nadzorców, pilnie czuwających przy pulchnym górskim młynie, w szemrzących ogrodach, u niewidzialnej bramy. Jednym z tych nadzorców była moja babcia, która – wyprzedzam wszechobecne feministki – może i nie miała „własnego życia" w postaci ulubionych fryzjerów, kółka desperatek i masażu aury (tanio, dyskretnie, skutecznie: chodź, pomaluj swój świat!), ale kto wie, czy właśnie nie dlatego ją wtedy zobaczyłem: przez podwójną szybę, wśród cienkich świateł i śliskich cieni roztargnionej niemieckiej stolicy.

Tylko ten, kto szczerze zanurzał się w wonnym bezkresie syberyjskich stepów, a już za miesiąc, mrucząc miękką miodową melodię, spacerował po Unter den Linden, zna bezlitosną przepaść, rozdzielającą te dwa światy. I proszę wyobrazić sobie stopień mojego zdziwienia, gdy w błyskawicznym mgnieniu trzeciego oka giętką, nierozerwalną Jednością stały się strome skaliste Sajany, Brama Brandenburska, młody orzeł nad Jenisejem, zmokły skrzypek pod wiernym gzymsem galerii handlowej, naleśniki z twarogiem i śmietaną (babciu, nie wolałaś dłużej pospać?), festiwal artystyczny KulTurcja, krowie stado na środku drogi, pusta gotycka kaplica, jej drżące ręce, gdy ścisnęła moją dłoń, widocznie przeczuwając, że to nasze ostatnie pożegnanie, bezwstydni rowerzyści i zdenerwowany taksówkarz, biedny abakański szpital, najeżony staruszek w krzywym kowbojskim kapeluszu, surowy radziecki aforyzm „Jak pracujemy – tak żyjemy", uwieczniony w kamieniu przy wjeździe do rozpadającej się wioski, tania indyjska restauracja, szare szamańskie kurhany, zbiórka na tybetańskie pandy, owiane grozą Muzeum Historii Chakasji, zamyślony transwestyta, Dzień Desantu (nigdzie nie wychodź, całe miasto pijane!), Dzień Upadku Muru (chodźmy do centrum, jakiś zespół ma grać!), program telewizyjny i jej duże zakurzone okulary na nim, Azjaci z kamerami, młody żołnierz bez nóg, blask i nicość współczesnej architektury, podarta książka o Afryce z czarno-białymi obrazkami (dlaczego tak lubiła ją czytać?), Jarmark Bożonarodzeniowy (grzaniec i karuzele), cichy, dziecięcy uśmiech babci, moje opowiadania, napisane w obcym dla niej języku – i ta świecąca się nocna kałuża, którą zawsze sobie przypominam, kiedy ktoś pyta mnie, czy wierzę w Boga.