Janusz Orlikowski - Kilka słów o cierpieniu i dzielności

To było tuż po świętach wielkanocnych, gdy zdecydowałem się na ten „krok". Spojrzałem jeszcze na białą kartkę mojego szkicownika, jedną z ostatnich tego zeszytu, tam by pewnie jeszcze zmieścił się ten szkic, wahałem się, ale pomyślałem – może nie. Niech tak zostanie. Biel niedokończona. Zawsze to wygląda bardziej „poetycko", taki nie dopisany szkicownik. Cóż za dbałość o prywatność? I dla kogo to? I dlaczego? Poczułem się głupio i zasiadłem przed komputerem. Trzeba zadbać o tę „maszynę do pisania", bo nieocenione ma dla literatów właściwości. Skreśla bez znaku że było skreślone, wstawia, przestawia; nic tylko pisać. Bez uciążliwych korekt tekstu, gdzie na maszynopisie ołówkiem czy długopisem trzeba było czynić. A teraz?
Ot należy to - na wydruku. Coś ma w sobie cielesność zadrukowanej kartki, że bardziej przemawia i zauważa się więcej. Trzeba jeszcze poprawić to, gdy czarno na białym pojawił się tekst. Tu i tam i jeszcze gdzie indziej. A to tylko, jeśli kartka i na niej słowa. Ostateczna korekta.
Cielesność kartki, jej dotyk powoduje zbliżenie do rzeczywistości, nadanie jej charakteru autentyzmu. To co było wirtualne przybiera charakter ludzki, a więc dotykalny. Bowiem tylko dotyk jest charakterystyczny dla istot żywych, a w tym przede wszystkim dla człowieka. Przedmiot jest bardziej nam znany, opatrzony znakiem nas samych, znakiem naszego ciała.
Cóż to jednak ma wspólnego z tematem, tytułem gdzie pojawiają się dwa kluczowe słowa – cierpienie i dzielność, jedne z najbogatszych znaczeniowo, obok takich jak: bunt, śmierć i miłość; najbardziej jędrnych i klasycznych. I oczywiście, bym zapomniał – radość. To słowo winno zawsze pojawiać się tu, obok klasyków i na całkiem równych prawach.
Otóż osią spinającą jest obecność ciała, przedmiotu, istnienie dotyku który je nobilituje. Komputerowy wydruk jest taką metaforą, która zbliża. Jest realny, nie potrzebuje innych zaświadczeń poza własną realnością. W tym znaczeniu, mogę napisać, że:
chciałem napisać esej o cierpieniu, lecz taki – by drgały w nim wszystkie cząstki ciała....?
Ale to mogło by wskazywać na spazmatyczne odruchy histerii, co z autentycznym faktem tego przeżycia (tj. cierpienia) ma niewiele wspólnego. Nagle reakcje obarczone takim sposobem ekspresji choć wiele mówią, z istotą zdarzenia mają wspólnego może niewiele. Są raczej próbą wymuszania na otoczeniu reakcji zgodnych z zainteresowanego sposobem myślenia. A to rzecz raczej dla psychologicznych rozważań. Lecz to z  pewnością jakiś stan ostateczny. Granica poza którą, by musiała się pojawić zgoda na istniejący stan rzeczy, lub całkowita dezintegracja, tak sądzę.
Tak więc, tak czy inaczej bunt ma zawsze charakter cielesny. Jak kartka papieru na którym zapisane są słowa. Mieści się w dotyku. Wersja rzeczywistości, przedmiot dociekań i na tegoż podstawie dociekanie prawdy. Inaczej: dopóki czuję swoją cielesność dopóty jestem świadomy buntu. Bunt zawsze dzieje się przeciw cierpieniu. I tylko tak jest możliwy.
To było już po świętach wielkanocnych , gdy zdecydowałem się na ten krok. Pusty grób Chrystusa, brak ciała jak zaświadcza każda z czterech ewangelii mówi o zmartwychwstaniu. Brak ciała ma o tym mówić. Brak ciała – argument. Ciała nie ma. Nie ma ciała, czyli niemożliwy jest dotyk. A skoro jego brak nie można już mówić o cierpieniu z jego powodu.
Każdy brak to marzenie, na którym zasadza się dzielność w poszukiwaniu. Taka dzielność, która zjawia się i jest obecna. A gdy opowiada się świat w znamionach nieśmiertelności - w gruncie rzeczy wszystko staje się łatwym myśleniem o tym, to istocie ludzkiej nie przystoi. Bo cóż znaczy? Tylko tyle, że należy przejść do porządku dziennego wobec faktu śmierci, stwierdzić, że to co było nie ma większego znaczenia, jakiekolwiek kontakty zapisać do lamusa, bo teraz inny będzie dział się porządek. To zaprzecza historii, jej ciągłości, wizerunkowi doczesnego świata jako bogactwu nagromadzonej kultury, humanizmowi jako retrospekcji i ciągłej walki o lepszy obraz człowieczeństwa, a pisząc lapidarnie, lepszy dom. W końcu poezja religijna nie jest na piedestale poezji jako takiej.
A przecież symbolika zmartwychwstania opiera się na obecności ciała i tegoż braku. Każda ze wspomnianych wcześniej ewangelii tym operuje. Jest, nie ma. Jest w swym przekazie zwyczajnie sensualistyczna. Jak małe dziecko zakrywa oczy, by stwierdzić, że świata wokół nie ma. Brak ciała, brak też więc cierpienia.
A jednak ono istnieje poprzez duchowe, aż do cielesnego obrazu. Jest odczuwalne jak w wierszu „Złe duchy" w którym piszę:

martwy marzec – mogą tylko złe duchy
od żołądka po gardło

ból

nie wiadomo dlaczego?
jawi się jaskrawiej

nie stygnie w pióropuszu odchodzącej zimy

cierpienie
wiecznie nieopisane
na baczność stawia

Dzielność człowieka. Ta przyćmiona poprzez chrześcijańską wielką metaforę zmartwychwstania, tworzy obraz ambiwalentny. A jej, to jest ambiwalencji cechy powodują, iż brak pewności nobilituje pewną niechęć wobec śmierci. Niechęć polegającą na jej niedowierzaniu, czy wręcz cielesnej nieobecności. Ona przecież charakteryzuje każde dziecko (na przykład tłumaczenie, że: mamusia wyjechała na zawsze, wyjechała do Bozi) , a niedowierzanie uwzniośla się aż czasem do egzaltacji w okresie młodzieńczym, parafrazuje w dojrzałym, a wiara daje wiarę później...
Ewangeliczne zmartwychwstanie jest próbą przeskoczenia od cielesnego odczuwania zjawiska cierpienia do jego stadium duchowego, jakby to duchowe już wcześniej nie istniało. Cierpienie jakby dopiero wtedy miało się pojawić. A przecież tak nie jest. Raz zjawiona świadomość śmierci, jak samotność jawi się tylko raz i jest obecna. Alternatywny egzystencjalizm ma tu sporo do powiedzenia.
Pomiędzy egzystencjalizmem a chrześcijańskim sposobem myślenia o świecie jest ta różnica, która polega w dużej mierze na innym stosunku do ciała człowieka. O ile chrześcijaństwo będzie opierało się na duchowych wartościach zmartwychwstania to egzystencjalista w moim rozumieniu, będzie miał wątpliwości. Będzie pytał o sens chrześcijańskiej symboliki, gdzie prawdziwość duchowego rejestru zmartwychwstania opiera się , według czterech ewangelii, na obecności ciała i jego braku. Powtórzę: było ciało, nie ma. Dlaczego do obrazu tegoż hipotetycznego zdarzenia przyjęto właśnie taki słowny klucz? Oparty na sensualnych kojarzeniach.
Takie prawdy pojawiają się i są obecne. Na niej opiera się tom poezji Arkadiusza Frani „na przykład mnie nie ma", gdzie w drugim wierszu pisze:

jak
by pan opisał niebo
ptak macha skrzydłami
i błękitnieje w locie

jak
by pan opisał ziemię
ptaka niosą w trumnie
obcięli mu łeb
z piór zrobili miotły do zamiatania
ulic

A dalej są słowa: „jak/ by pan opisał siebie/ ptak". Podejrzewam, że podpisałby się pod tym każdy poeta. Podobnie dzieją się u twórcy i tomy następne, np. w książce „ ale się nie budzę" pisze, bardziej osobiście:

patrzę na ciebie
widzę jasne potargane włosy

zamykam oczy
nie widzę zdrapanego strupka pod uchem
więc cię nie ma

Trochę kpiny, a czemu owszem nie. W końcu świat ma dziać się sensualnie. Ciało jest, ciała nie ma. Ale prawdą dla poety jest:

ale ja mam swoją filozofię
wierzę że jesteś więc jesteś

To duchowość pozbawiona znaków ciała. Ona bierze się sama z siebie. Zwyczajnie, tak jakby idea zmartwychwstania jej nie była potrzebna.
Można sądzić, że jest to odczytanie sensualizmu, jego symboliki w skrywanym kontekście ewangelicznych zdarzeń. Słówko „wiara" by na to wskazywało. Ale czy koniecznie? Przecież to słowo nie jest zarezerwowane tylko dla religii, jakiejkolwiek religii. Przecież wcześniej czytamy słowo „filozofia". A jednak słowo wspomniane „wiara" czyni zakus, a to tylko dlatego, że jest standardowe w kulturowo- religijnym ujęciu. Tak podejrzewam. Nie można tych słów czytać inaczej.
Tym samym przejście do zmartwychwstania nie mieści się w ludzkich możliwościach. Nie ma takiego opisu. Słowo nie jest w stanie sprostać. Może  tylko, powiedzmy eufemistycznie, być nie bardzo adekwatne.
Na początku było słowo. Tego faktu trzyma się każda myśląca ludzka istota. Brak słowa świadczy o niemożliwości przekroczenia. Przekroczenia z pewnością tajemnicy skoro możliwości bez udziału słowa brak. To marzenie. Cokolwiek by wtedy można pomyśleć.
W zasadzie dopiero teraz  należałoby pisać o cierpieniu. Dopiero teraz o dzielności.
To pierwsze ujawnia nam się zawsze jako kontrapunkt radości. Radość istnienia wciąż coś nam zakłuca. A przynajmniej od czasu do czasu. Niepokój, niewidomego pochodzenia ból, te „złe duchy" z mojego wiersza, którego spory fragment czytaliśmy wcześniej. Te nie wiadomo skąd nagłe niepokoje, a przecież obecne, bo cieleśnie odczuwalne. Jak to możliwe, że są, że zawsze są „zazdrosne o portret".
Gdyby na to była możliwa odpowiedź. Sądzę wtedy o Edenie, spełnieniu marzeń. Spontanicznie, samochcąc narodzona duchowość człowieka, wolność, miłość, braterstwo, by przybrały empiryczne kształty. A jednak tak nie jest. Słowem portret jest niedopełniony. Poezja jeszcze nie sprostała. Ale w niej dzieje się dzielność.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora