Ariana Nagórska - NISZA KOZIOROŻCA

Celebrowanie byle czego

Niedawno na antenie jednej z radiowych rozgłośni zaproponowano słuchaczom, by wypowiedzieli się, jakie słowa i zwroty ze współczesnego języka potocznego (oprócz wulgaryzmów) denerwują ich szczególnie. Rekord pobiło słowo dokładnie, używane jako potwierdzenie. Na przykład: „Idziesz wieczorem do kina? – Dokładnie"; „Podobno w tym lokalu jest smaczna kawa. – Dokładnie"; „Pewnie w lipcu nie dostaniesz urlopu? – Dokładnie", itp.

Dyskusja rozgorzała natomiast przy, niemal tak samo denerwującym ludzi słowie, celebry, celebryta (to są formy męskie) oraz celebrytka (odpowiednik żeński). Pytano, czy nie można po prostu używać takich słów, jak: sławny, wybitny, znany, szanowany, popularny. I tu (zupełnie słusznie) zauważono, że celebryta to jednak coś trochę innego niż znany, sławny, popularny. A już wybitnego czy szanowanego taki celebryta jest wręcz przeciwieństwem! Ktoś zauważył, że celebrytą (jak i celebrytką) można przecież zostać dzięki „bywaniu" na różnych dziadowskich „salonach" albo na przykład dzięki zdjęciu majtek lub pokazaniu tyłka w odpowiednio medialnym momencie. Ujawniło się więc, że celebryty nie da się też zastąpić słowem idol, bo nawet idol mocno kontrowersyjny ma jakichś wielbicieli, tu natomiast (choć i starzy, i młodzi dużo mówili o tzw. celebrytach) nie zauważyłam ani krzty podziwu. Raczej niesmak, pogardę, a w najlepszym wypadku litościwe pobłażanie dla rozbrajających głupotą miernot pchających się na afisze, łamy i ekrany.
Gdy język oficjalny nie znajduje rodzimych słów na jakieś zjawisko, najlepiej sięgnąć do języka ludowego – istnej kopalni humoru, wyrazistości i inwencji lingwistycznej. Kolekcjonując określenia z różnych gwar, konsekwentnie jednak promuję mało znaną (i często utożsamianą z zupełnie odrębnym językiem kaszubskim) gwarę kociewską. Przypominając sobie różne kociewskie określenia, doszłam do wniosku, że do celebryty najlepiej pasuje słowo kunda, a do celebrytki pinderinda. „Mały słownik kociewski" Marii Pająkowskiej-Kensik (wybitnej znawczyni tego regionu) podaje, że kunda to ktoś podejrzany, cwaniak, a pinderinda to strojnisia, co naturalnie w pełni do naszych celebrytów pasuje. Nie wątpię jednak, że skojarzenia mogą być też znacznie dalej idące i przy tym równie trafne. Gdyby, relacjonując na przykład jakąś stołeczną galę, nie podpierać się słówkiem celebryci, tylko napisać, że „zgodnie z oczekiwaniami wszystkie kundy i pinderindy stawiły się w komplecie" – przekaz byłby przynajmniej adekwatny do rzeczywistości i niósł jakąś konkretną informację. A język właśnie powinien nazywać, a nie zamazywać.
Niezależnie od powyższych szczegółów warto jednak zauważyć pewne znacznie szersze zjawisko. Przez całe stulecia, aby zostać sławnym, trzeba było okazać się w jakiejś dziedzinie ponadprzeciętnym (przeciętny to przecież normalnie przeciwieństwo wybitnego czy sławnego). Sławny coś musiał umieć, czymś się wyróżniać. Taki, który wybił się tylko dzięki urodzie, też raczej nie wyglądał tak, jak co druga przeciętna osoba na ulicy, ZROBIONA na jako tako atrakcyjną. Dziś, choć mówi się, że we wszystkim jest ogromna konkurencja, ktoś rzeczywiście w czymś wybitny na ogół nie bywa sławny. Na przykład w programie „Mam talent" występowali tacy wokaliści, że z zachwytu można było dostać szoku. Były to jednak osoby próbujące dopiero (zwykle bezskutecznie) zdobyć sławę. Tymczasem na co dzień słyszymy najczęściej charkoty, stękania i piski tych, którzy są sławni bez talentu. Dzisiejsza (przynajmniej krajowa) sława musi być RACZEJ USTOSUNKOWANA NIŻ UTALENTOWANA.
Jeśli przed laty Papież skierował do młodzieży cenne przesłanie: „Musicie od siebie wiele wymagać, choćby od was niczego nie wymagano" – to dziś dominuje raczej opinia: „Fajnie, że niczego nie wymagają, bo dzięki temu łatwiej się wybić, choćby na pięć minut". Wbrew pozorom taka sytuacja wcale nie jest najszkodliwsza na szczytach, ale (jak dawniej mawiano) u podstaw. Kto na przykład interesuje się wyłącznie osobami sławnymi, obecnymi w mediach, wcale nie jest skazany na słuchanie Dody i Natalii Lesz oraz czytanie Grocholi i Szczepkowskiej, mimo że w ojczyźnie są sławne i reklamowane. Media dają taki kontakt z całym światem, że w każdej bez wyjątku dziedzinie, można dokonywać wyborów i selekcji, i to bez żadnego związku z krajowym skorumpowanym „opiniotwórstwem". Problem jednak zaczyna się wtedy, gdy ktoś chciałby poznać coś ciekawego, np. nie z telewizji, tylko w swym miejscu zamieszkania, gdy chce zobaczyć, jakie talenty pojawiają się o krok, w najbliższym regionie, w niedużej miejscowości, na wielkomiejskim osiedlu. Na ogół wszędzie działają jakieś kluby, domy kultury, ale przecież ich działalność zależy głównie od wiedzy, charyzmy i zapału tych, którzy określone imprezy czy spotkania w nich organizują. Nie ma nic gorszego, jak organizator chory na władzę i promowanie głównie samego siebie lub taki, który uważa, że zna się na wszystkim.  
Na przykład klub literacki w domu kultury na moim osiedlu prowadzi „koleś" o mentalności typowego celebryty. Wszędzie chce być i o wszystkim decydować. Pcha się w każde możliwe miejsce: w różnych punktach Trójmiasta prowadzi slamy, konkursy, spotkania literackie (także z muzyką i śpiewem), promocje książek, wernisaże, ponadto pracuje zawodowo, zasiada w zarządach różnych gremiów i stowarzyszeń, robi dział poezji w lokalnym periodyku, baluje, drukuje, patronuje, animuje, monitoruje. Ponieważ bycie w tylu miejscach wymaga raczej sprawności ruchowej niż duchowej, facet ma coraz mniej do powiedzenia, nigdy jednak nie rezygnuje z gadania o tym, na czym się nie zna. Ostatnio, gdy na osiedlu promowano tomik jednego z lepszych poetów w Trójmieście, wypadało słuchaczom trochę tę niełatwą poezję przybliżyć, a przynajmniej POINFORMOWAĆ, na czym polegają jej walory. Ponieważ przerosło to możliwości prowadzącego, skupił się na żarcikach i przekomarzaniu z osiedlową wariatką, nastawioną na kłótnie o wszystko i z wszystkimi. Dziwnym trafem blisko siedemdziesięcioletnią megierę wkurzyły organizowane przez dom kultury wybory miss osiedla, jazgotała więc głównie nie na temat poezji, aż wreszcie ryknęła do autora: „Dotąd czytałeś same gówna, a teraz masz czytać to, co ja chcę, bo ja się znam!"
Autor ten mimo dużego talentu jest typowym tworem naszych czasów, czyli skrajnym oportunistą. Gdy spotka głupka, natychmiast zachowuje się  jak głupek, potrafi jednak zaskoczyć nietuzinkową inteligencją, pomysłami i wyobraźnią, gdy się od niego tego wymaga. Tu jednak  znów niczego nie wymagano, poza przeczytaniem na koniec najgorszych wierszy, które podobały się wariatce i jednemu czymś oszołomionemu. Mądrzejsi później mówili, że tak dobry poeta nie powinien tych nieudanych czytać, ale w klubie siedzieli cicho, bo uznali, że taki jest widocznie zawsze poziom tych spotkań i nie ma co się wychylać. Ja zapamiętałam głównie hit finałowy, gdy nasz niezastąpiony prowadzący zaczął przeglądać kubeł na śmieci, dociekając, czy ktoś nie wyrzucił kapsla. Choć nic nie znalazł, usiłował mimo to wszcząć kapslowe dochodzenie, z czego wywnioskowałam, że chęć bycia ważnym wykroczyła już u niego daleko poza sprawy artystyczne. „Koleś" nie ma jeszcze czterdziestki, a przypominał mi starego, peerelowskiego ormowca, „zabezpieczającego ład i porządek z ramienia władzy ludowej na odcinku polityki kulturalnej".
Tak właśnie demoralizuje chęć bycia celebrytą (nawet szczątkowym). Stawiam sobie jednak pytanie, czy w tym wypadku trafniejsze nie byłoby określenie autocelebryta lub celebrytan (jako że brytan to ostry pies pilnujący swego terytorium). Oj, dokładnie, dokładnie...




Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora