Mariusz Byliński - Historia nie-skończona

Bonjour mon cher!
Tuż przed swoją piersią ujrzałem  naznaczoną głębokimi zmarszczkami twarz. Zrobiłem krok w tył. Stała przede mną niska, siwowłosa kobieta w obcisłej granatowej sukni. W lewej ręce trzymała koszyk. W prawej miała złożoną parasolkę.
– Idziesz do góry? Nie za późno? – spytała.
– Dzień dobry, chcę dojść na Musalę – odpowiedziałem.

– No proszę! Co za spotkanie? Ja właśnie schodzę. Nazbierałam trochę roślinek. Nawet sporo ciekawych znalazłam.
Kobieta sięgnęła do koszyka. Gdy się schylała, dostrzegłem, że ma pod suknią gruby, wełniany sweter.
– O jest! Popatrz na nią. Verbascum Jankaeanum. Niby zwykła roślinka. Z pospolitego plemienia, ale ta odmiana sieje się tak rzadko. Znalazłam ją pod monastyrem. Ochrzczona poganka. Jak my wszyscy. Długo jej szukałam. Rośnie tylko tam, pod wrotami klasztoru. Kapryśna królowa endemitów. Nie każdego roku uda się jej zakwitnąć, ma jakiś swój rytm rozrodu, bywa, że przez trzy lata kryje się gdzieś pod kamieniami. Ten rok był dla niej dobry – noce były wyjątkowo ciepłe. Przebiła się. A ty byłeś w monastyrze? – zapytała nagle, zmieniając temat.
– Tylko przez chwilę – odrzekłem.
Postawiła koszyk na kamieniu. Spod jej swetra wysunęła się flanelowa koszula  w kratę. Poprawiła kołnierzyk, potem ponownie sięgnęła do koszyka i podała mi na dłoni maleńki cukierek w biało-niebieskiej folii. Odwinąłem go i włożyłem do ust. Miał świeży, aromatyczny smak.
– Smaczne prawda? Dobre na kaszel. Zawsze je mam, gdy idę w góry. Łatwiej  mi kupić te cukierki, niż znaleźć jakiś cenny okaz.
– Jest pani botanikiem? – zapytałem.
– Owszem. Nawet profesorem. Co roku tu przyjeżdżam. Chodzę, zbieram rośliny i zastanawiam się – co jest w nich takiego ciekawego, że poświęciłam im całe życie? Nie mam nikogo, mieszkanie przypomina sklep zielarski, a ja czarownicę. Tak mnie nazywają moi studenci, ale nie mam do nich żalu – młodzi ludzie zwykle używają obrazowych porównań. To przez naiwność. Trudno się o to gniewać. A ty, po co włóczysz się po górach? – spytała.
– Chyba uciekam przed przeznaczeniem.
– Akurat. Co ma być, będzie. Mówisz jak nastolatek, który tłumaczy się z niewiedzy, a tylko się zakochał i nie ma głowy do nauki. W świecie nie żadnych tajemnic, poza tymi, które sami sobie stworzymy. Chyba cię nie uraziłam?
– Nie, no skąd.
– Wiesz, głupi nawyk. Wiele lat zbierałam w góry studentów, takich pasjonatów.  Byli troszkę za hałaśliwi, ale pełni zapału. Dobrzy kompani na długie wędrówki. Paliliśmy po nocach ogniska, śpiewaliśmy piosenki, we dnie szukaliśmy roślin. Całe tygodnie potrafiliśmy nie schodzić z gór. Rok za rokiem było ich wokół mnie coraz więcej… A teraz jestem stara, słaba i wędruję sama. Jak myślisz dlaczego?
– Szuka pani samotności…
– O nie, mój drogi. Znowu rozumujesz jak młodzik. Starość sama w sobie  jest samotna, o to nie trzeba się specjalnie starać. Ale widzisz, z wiekiem człowiek staje się coraz bardziej zmysłowy. Pragnie niewiele, ale przeżywa wszystko mocniej, niż za młodych lat. Warto na to czekać, zapewniam cię. Żadne uniesienia z młodości nie mogą dorównać temu, co odczuwamy na starość. Chodzę sama, bo mam poczucie winy wobec moich dawnych towarzyszy wędrówek. Tyle lat uczyłam ich czytać to, co nazywaliśmy – Księgą Natury. Wierzyłam głęboko, a oni zarażali się ode mnie tym przekonaniem, że czytając Księgę Natury, dowiadujemy się więcej o sobie samych. Teraz wiem, że tak nie jest. Zbieram, jak dawniej rośliny, patrzę jak wzrastają, kwitną, sieją się, a potem obumierają  i rozkładają się w glebie. Zachwycam się nimi jeszcze bardziej niż kiedyś i spostrzegam,  że reguły ich życia, mnie nie dotyczą. Im bliżej jestem dnia swej śmierci, im mniej czuję w sobie sił witalnych, tym silniejsze są moje zmysły i tym większe odczuwam pożądanie. Więdnę, ale wcale nie zbliżam się do śmierci. Nie przypominam żadnej z roślin, które poznałam i wiem, że nie można niczego odczytać z Księgi Natury, poza tym, co wpiszą w nią nasze pragnienia. Księga Natury po prostu nie istnieje. Pomyśleć, że tyle lat żyłam ze sprzedawania złudzeń? Chyba powinni mi odebrać tytuł profesorski, nie sądzisz?
– Chyba nie.
– Starasz się być miły. Niepotrzebnie. Dobrze mi się przyjrzyj. Czy uwierzysz, że jestem czarownicą?
– Nie.
– A jeśli sama ci powiem, że nią jestem. Uwierzysz?
– No, także nie.
– No właśnie. Widzisz jakie to proste. Mało kto chce spotkać czarownicę na swojej drodze. A jeśli spotka, woli widzieć w niej dziwaczną profesorkę biologii. Nie różnisz się niczym od moich studentów. No, masz tu jeszcze cukierków i idź już. I koniecznie włóż na siebie coś cieplejszego. Tam, jest bardzo zimno – zakończyła.
Wzięła swój koszyk, odwróciła się i odeszła ścieżką w dół.


ROZDZIAŁ 26,
co widać z Musali.

Byłem już bardzo wysoko. Brakowało mi powietrza. Czułem, ze dzieje się ze mną coś niedobrego. Szedłem, wkładałem w to cały wysiłek, ale nie posuwałem się ani na krok. Patrzyłem, ale nie widziałem nic poza majakiem szczytu góry, głazem o niewyraźnych konturach i nieokreślonej wielkości. Wydawał się blisko. Pragnąłem czym prędzej wtulić się weń, objąć go ramionami i oddać mu swe ciepło. Wyciągnąłem ręce. Zawisły w mroku,            nie napotykając żadnego oporu. Klasnąłem. Dźwięk odbił się w ciemności i wrócił pomnożony o setki krótkich, jazgotliwych klaśnięć. Na moją głowę, na barki, na kark poleciały chmary ostrych, hałaśliwych kamyczków. Tłukły się o mnie, odbijały i spadały w ciemność. A ja leciałem wraz z nimi. Przed moimi oczami przewinął się czarny tiul, z którego wysypała się chmura gwiazd, obczepiły mnie jak stado świetlistych motyl i poniosły ze sobą. Polecieliśmy nad szczytami gór. Siedziały na nich blade, pierzaste obłoczki. Zbliżyliśmy się do nich, a one podarły się na drobne kłębuszki i podążyły z nami. Lecieliśmy teraz nad rozległym płaskowyżem, który opadał łagodnie ku rozlewającemu się po horyzoncie morzu. Jego powierzchnia wyglądała jak melanżowy kilim. Na granatowej płaszczyźnie mrugały nerwowo tysiące różnobarwnych punkcików. Tylko jeden, nieco większy, świecił ciągłym, białym światłem; przesuwał się po tafli morza, zdobiąc ją cieniutką, srebrzystą nitką i zmierzał do odznaczającego się sinymi plażami, przeciwległego brzegu morza. Za wstęgami plaż rozpościerała się kolejna równina, na której majaczyły rozlane we mgle plamy miast. Największe z nich miało kształt liścia z nerwem rzeki rozdzielającym go symetrycznie. Rozpoznałem bez trudu. Podążyłem wzdłuż rzeki ku prostokącikowi głównego rynku. Omiotłem wzrokiem okalający go szlaczek kamienic i zatrzymałem się przed wystawą największej z nich. Za szpalerem drewnianych beczek, w intensywnym świetle elektrycznych żyrandoli, siedziały za stolikami dziesiątki postaci. Wśród nich jedna, dobrze mi znajoma. Poznałem jej owinięte zieloną marynarką,  pochylone plecy, zobaczyłem, jak rozgląda się niespokojnie, jak bawi się zapalniczką, chowa ją do przedniej kieszeni koszuli, zapina marynarkę, wstaje i wychodzi. Przechodzi rynek, przebiega przez jezdnię i skręca w stronę kępy drzew. Idzie parkową alejką, ogląda się kilkukrotnie, mija kamienny pomnik Jana Sebastiana Bacha i zmierza ku zielonej ławce, stojącej po rozłożystym kasztanowcem. Wskakuje na nią i wspina się niezdarnie na drzewo.

ROZDZIAŁ 27,
w którym Autor przechodzi sam siebie.

Wróciłem na kasztanowiec. Bezsilnie tuliłem się do gałęzi. Już wiedziałem,że gdziekolwiek nie pójdę, popłynę, czy nawet spadnę, wrócę w to samo miejsce, na czubek mojego drzewa. Miałem dość. Byłem poobijany i obolały, znużony własną wyobraźnią, która wymknęła się spod kontroli; miałem gdzieś, co oznacza ten powrót  na drzewo – pętlę czasu, czy życie po śmierci. Podpisałbym się pod każdą metaforą, byle z tym skończyć. Najbardziej bałem się tego, że znowu dopadnie mnie gadający ptak i zacznie pastwić się nade mną.
– Witamy chłopaczku na twoim drzewku. Co, zmęczyło się biedactwo? To się tak nie szarp małpeczko. Zachciało Ci się przyspieszonej ewolucji, zachciało się nieskończonego? No to masz nieskończone – siedzenie na twardym konarze. I jak tam czuje się Twój nadęty tyłeczek? Czy odczuwasz jedność z Nieskończonością, czy może popuszczasz przez nogawkę? Miło się leciało przez lądy i morza? Plecki trochę bolą, co?  A mówiłem, ostrzegałem: żadnego cytowania! Po coś wlókł za sobą tego ruskiego poecinę? Masz wszystko, czego potrzebujesz, to nie hasaj bez sensu. Recytator się znalazł. Pouczać ludzi ci się zachciało? No, powiedz szczerze, kto mógłby, czegokolwiek się nauczyć, od takiej wypchanej cytatami wiewiórki? Dobre sobie. Skromność. Znasz to słowo, czy wyparowało z twojego ledwie dychającego mózgu? Jak masz ochotę nauczać, to dymaj z misją na lodowiec, może go stopisz swym zapałem. Tylko nie zapomnij włożyć ciepłych gaci, bo ja ci ich nie pożyczę. Stryjaszek także. He was death.
– Ty kreaturo – objąłem z całych sił gałąź i krzyczałem – ty gnido jedna, myślisz, że tak łatwo mnie złamać! Nie tacy jak ty próbowali! I nie udało im się. Niedoczekanie twoje! Wyobrażasz sobie, że będziesz mnie więzić, że dam się uwikłać w tą kretyńską historię? Mam wystarczająco zdrowego rozsądku, pójdę, gdzie chcę, mam wolną wolę!
Ptak wzbił się do lotu. Zakołował wokół kasztanowca i przysiadł tuż za moimi plecami.
– Wolność woli? No widzisz, przypomniałeś sobie. Przecież ja właśnie o tym mówię. Ale ty nie słuchasz. Wolisz się włóczyć i zaczepiać ludzi. I po co ci to? Co ma wisieć,nie utonie, mój robaczku. Ale jak się ciągle tak wyrywasz, proszę bardzo, idź, gdzie chcesz. Droga wolna lotopałanko oswojona. Wysze chuja nie prygniosz – tak by to powiedział ten Rusek, prawda?
Nie słuchałem więcej. Skoczyłem.

Wszyscy byli jeszcze w komplecie: Rycerze, Wizjoner, damy dworu, Księżniczka  i Eczek. Stali przy drzwiach wyjściowych. Zachowywali się tak, jakby nie zauważyli mojego zniknięcia. Trzymali w dłoniach telefony komórkowe i zamawiali taksówki. Księżniczka uniosła głowę. Jej oczy były pełne łez.
– A ty? Wracasz? Powinieneś wracać. Jest późno – oznajmiła.
Nie poznałem jej głosu. Był to krwiożerczy, brzęczący od tłumionej nienawiści jazgot furiatki. Nijak nie pasował do łez szklących jej spojrzenie.
– Zostanę – odpowiedziałem.
– Powinieneś się wyspać – fuknęła.
– Właśnie się wysypiam, a właściwie już budzę.
– Przestań pajacować. Mam po dziurki w nosie facetów, na których trzeba pracować, a potem jeszcze ich pilnować, żeby nie pospadali z krzeseł. Moglibyście, choć raz poczuć się w obowiązku, zachować jak normalni mężczyźni…
– Muszę zostać – przerwałem.
To brzęczenie w jej głosie zaczynało mnie drażnić. Do tego używała liczby mnogiej. Nie wiedziałem czy mówi do mnie, czy do Eczka, który zabawiał się klawiaturą telefonu.
– Petr plet plete pres tri prta preplita – wyterkotałem na jednym oddechu.
– Słucham? – Księżniczka podniosła brwi.
– Taki wierszyk dykcyjny, sprawdzam czy nie jestem zbyt pijany? To niezawodny test, jak stanie na jednej nodze w pozycji flaminga, z tym, że kosztuje mniej wysiłku.
– Nie znoszę tego twojego ironizowania. Nigdy nie wiadomo, czy mówisz poważnie, czy żartujesz.
– Sam o tym nie wiem…
– Idziemy Eczku. On zostaje – ucięła.
Wyszli. Wróciłem do środka. Usiadłem przy opustoszałym stoliku i zamówiłem dwie porcje rakijki. Chciałem uczcić swój szczęśliwy powrót. Popijałem sobie, zagryzałem słonymi orzeszkami i rozglądałem się po knajpce; pomyślałem, że byłoby milej świętować w przyjemnym towarzystwie, w beztroskiej atmosferze wolnej od zwierzeń i obietnic bez pokrycia. Pragnąłem swobody jak nigdy dotąd.
Los mi sprzyjał. Dwa stoliczki dalej kuliła się niewielka blondyneczka. Miała obnażone ramiona i wyglądała, jakby było jej troszkę chłodno. Nie powiem, była apetyczna. Przysiadłem się do jej stolika bez słowa. Wbiłem w nią płonące oczy i zagaiłem:
– Co? Będziemy tak siedzieć naprzeciwko siebie?
– Możemy.
– A nie żal ci diamentów, których nie ukradłaś.
– Że niby, co?
Ciężko szło. Gorzej niż na Musalę. Ale to był naprawdę bałkański dzień. Bałkany szły z odsieczą. Z głośników pozawieszanych pod sufitem huknęło dobrze mi znajome cygańsko-orientalne rzępolenie. Wprawdzie wokalistka zawodziła w ojczystym języku, ale pod jej głosem pulsował witalny rytm na siedem ósmych. To był najprawdziwszy czoczek, przez mniej zorientowanych nazywany po prostu – tańcem brzucha. Jest to nazwa nieco myląca, bowiem nie o brzuch w czoczku chodzi, a o emocje, które koncentrują się u ludzi  w okolicach pępka. To one właśnie uruchamiają całe ciało i wprowadzają je w ekstatyczną pulsację. Czoczek, rozpowszechniony przez wędrujących Cyganów, jeśli go się tylko odpowiednio zatańczy, umożliwia tancerzowi spontaniczne przekraczanie wszelkich granic, gdziekolwiek i przez kogokolwiek zostały ustanowione, stwarza sposobność uprawiania nieokiełznanego przemytu pożądania i dzikiej swobody, i zbliża ludzi do ich stanu naturalnego, w którym wstyd był nieznany.

Bez namysłu pociągnąłem blondyneczkę na wolny skrawek podłogi. Nie stawiała żadnego oporu. Stanęła posłusznie na miejscu, w którym ją postawiłem i kołysała się  na swoich wysokich obcasach.
– Zdejmij buty. I rób to, co ja – rozkazałem.
Sam zdjąłem obuwie i skarpetki, naplułem na dłonie, przylizałem włosy i ruszyliśmy. Zaczęliśmy powoli. Tupałem delikatnie piętami o parkiet i kołysałem biodrami. Dziewczyna, idąc moim śladem, przytupywała swoimi małymi stópkami, a jej biodra z każdym półkolem zdradzały gotowość do wirowania. Obserwowaliśmy jak z naszych splotów słonecznych wypływają wszelkie paraliżujące członki stereotypy, uprzedzenia i moralne blokady,                 jak unoszą się ku górze, mieszają się z kłębami dymu i znikają. Byliśmy gotowi. Obnażyliśmy pępki i spojrzeli na siebie. Na naszych twarzach zagościły śmiałe, uwodzicielskie uśmiechy. Zaczęło się wirowanie. Towarzyszyło mu plaskanie stóp i świst powietrza rozcinanego przez blond fryzurę mojej partnerki. Kiedy już rozgrzaliśmy się na dobre, chwyciłem ją mocno z ręce i powirowaliśmy pośród stolików i stołków barowych, roztrącając wszystko, co stało na naszej drodze. Ściągnąłem z baru pakiet serwetek i darłem je na kawałeczki. Zbierałem je w garści i po kilku chwilach tańczyliśmy wśród miękkiego konfetti. Blondyneczka okazała się bardzo pojętna. Wyrwała kelnerowi tacę z rąk i z pasją roztrzaskiwała szkło o podłogę. Wyła przy tym, głosem oszalałych z żądzy bałkańskich wilczyc. Była gotowa, była moja i tylko dla mnie.
Wirowaliśmy dalej. Nasze biodra żyły już własnym życiem, oderwały się. Czoczek wszedł w fazę niekontrolowaną, z pępków wydzielała się nam dzika i pozbawiona treści euforia. Nie obchodziło nas nic. Wpadliśmy na siebie. Nasze brzuchy zderzyły się. Blondyneczka upadła na kolana i wpiła się ustami w sam środek mojego pępka, a ja chwyciłem ją za włosy i podciągnąłem do wysokości głowy. Odpowiedziała odważnym plunięciem mi w twarz, po czym jęła zlizywać ślinę z moich policzków, szybko natrafiła  na moje rozwarte wargi i nasze oddechy pojednały się. Wirowaliśmy w najlepsze. Wirowaliśmy na ulicy, potem w samochodzie. Wirowaliśmy w hotelu. Wirowaliśmy na stole, na dywanie, a na sam koniec pod prysznicem.

Obudziłem się w kałuży zimnej wody. Leżałem nagi na kafelkach, z ręcznikiem pod głową. Z prysznica nadal lała się hałaśliwa struga. Wstałem z podłogi, wytarłem się starannie i owinąłem ręcznikiem. W pokoju nie było nikogo. Z radiowego głośnika dobiegały chóralne śpiewy. Była niedziela.
Podszedłem do okna. Nad miastem wstawał świt. Nie miałem ochoty patrzeć na wyłaniający się z mgielnej szarości pejzaż. Panicznie się go bałem. Stałem z zaciśniętymi powiekami i odliczałem sekundy. Chór w radiu grzmiał: „Kiedy ranne wstają zorze, tobie ziemia tobie morze, tobie śpiewa żywioł wszelki, bądź pochwalon...", a moje serce tłukło się o żebra.
Zadzwonił telefon. Po omacku doczłapałem się do stolika. Zapytała, czy śpię? Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że nie śpię. Potem zapytała: „Jak dotarłeś do hotelu?". Odrzekłem, że bez przeszkód. Zapytała, jak się czuję, na co ja z kolei zapytałem, o jej samopoczucie. Wreszcie padły, następujące słowa:
– Czy możesz wyjrzeć oknem?
– Już wyglądam – skłamałem.
– I co widzisz?
– Nic szczególnego.
– Naprawdę? Chyba się jednak nie wyspałeś. Siedzę w samochodzie pod hotelem. Może byś mnie zaprosił na poranną kawę.
– Dobrze – odpowiedziałem.
Stałem zakleszczony między oknem i drzwiami. Wciąż, bałem się otworzyć oczy. Wiedziałem doskonale, że prędzej czy później to uczynię, ale odwlekałem moment, w którym ostatni raz spojrzę na Szczęśliwą Księżniczkę, stopię swym wzrokiem mróz, gnieżdżący się w jej oczach i ujrzę przed sobą najzwyklejszą dziewczyną o smukłych dłoniach i wypukłych kolanach. Byłem u jej boku taki szmat swojego życia, a mimo to chciałem ukraść jeszcze kilka sekund, dopełnić nimi dwadzieścia cztery miesiące infantylnej błazenady, w której dorośli ludzie udają głupszych, niż są w rzeczywistości,  tylko po, aby zarobić nieco pieniędzy.

Uchyliłem powieki. Miasto wyglądało jak skacowany pijaczek, który drżącymi rękami próbuje przyczesać zmierzwione, tłuste włosy. Oddycha ciężko, jego wdech świszczy, a wydech jest wspomnieniem mikstury, którą wtłoczył w siebie w nocy. Mieszaniny importowanych napojów wyskokowych, dymu z podłej jakości papierosów i niezdrowego, cuchnącego starym olejem jedzenia. Zobaczyłem mozaikę elewacji, odnowionych do pierwszego piętra, z nawyku pociągnąłem wzrokiem do rogu ulicy, skręciłem i ujrzałem trawniki, klomby, krzewy i drzewa; zobaczyłem rozłożysty kasztanowiec piętrzący się  nad zniszczoną, zieloną ławką, na nim skuloną postać, a obok niej czarnego ptaka.

ROZDZIAŁ 28,
który nie ma tytułu.

– Witamy, witamy. Co pomoczyło się biedactwo i posmutniało? A to nie wiesz kijanko, że zwierzątka po stosunku seksualnym robią się smutne. Co się tak kulisz? Już miękniesz, bohaterze z tanich romansów? Nie na długo się wyrwałeś. A takie były buńczuczne zapowiedzi. Co? Morale się kruszy? Jak tak lubisz powroty do stanu naturalnego, te żałosne orgie w toalecie, to ja ci zapewnię coś lepszego. Po co się tak szarpać, tańcować i brudzić wykładziny podłogowe. Popatrz na trawnik, krecie. I podziwiaj.
Opuściłem posłusznie głowę. Na trawę zaczęły spadać pierwsze wielkie krople.
– Co to? Płaczesz dzięciole? Aleś się znowu kiczowaty zrobił. Nie wyjdzie ta tandetna pointa. Patrz dokładnie.
Kropel było coraz mniej, ich torami leciały teraz pierzaste płatki śniegu. W kilka minut, biel pokryła cały trawnik. Znalazłem w tej odmianie nieco radości, ale śnieg na powrót zamienił się w deszcz i trawnik wrócił do poprzedniej postaci.
– No i co? Mokniemy, marzniemy? Widzisz już Nieskończoność, czy może sumujesz pojedyncze źdźbła. Są policzalne? Raz, dwa, trzy, cztery. Nie liczysz? Nie jesteś jednak skończonym głuptasem. Raczej nie-skończonym, prawda? O Muzo, co nieskończonych zawieszasz na drzewie, jak kości wisielców, albo kwiatów pąki, wejrzyj na niego, co zwisł bez ciebie, dodaj mu siły, do dalszej wędrówki. Ładne? Trochę mi nie wyszło, ale mam            dla rozgrzewki lepsze kawałki. Posłuchaj:
„Przeczytałem dzisiaj swoje notatki tuż po lekturze gazety. Wyziera z nich staromodna ckliwość i egocentryczny patos. Po jaką cholerę rozpisałem się o tych kapeluszach. Ohyda. Jakby tego było mało, jestem niekonsekwentny w swych deklaracjach. Twierdzę, że mam wstręt do kaznodziejstwa, a wyduszam z siebie pseudofilozoficzne przemowy, na jakie zdobyłby się każdy przeciętnie rozgarnięty licealista. I jeszcze te tęsknoty –     jak nie heroizm, to wędrówka. Żałosne. Cierpię chyba na wszystkie męskie neurozy i przeczuwam, że nie ma dla mnie ratunku. Najgorsze, że okłamuję sam siebie.
Napisałem, że Anka uciekła ze śródziemnomorskiej stolicy, a przecież wcale tak nie było. Mieszkała tam dłużej niż ja. Łatwo mi przyszło przypisać jej moje własne ciągoty do bazgrania, a przecież Ance chodziło tylko o spokój i dostatnie życie. Poznała jakiegoś Anglika czy Belga, wyszła za niego za mąż, a kiedy ją zostawił, wróciła do kraju. To było długo po tym, kiedy ja kupiłem za ostatnią tygodniówkę bilet powrotny i opuściłem budowę, i Jorgosa. Uciekłem, sam nie wiedząc, przed czym uciekam.
Na dworcu nikt mnie nie żegnał, za to za pierwszą granicą powitała mnie mgła. W mlecznobiałym woalu znikało wszystko: budynki stacji, tablice z nazwami miejscowości, nawet ludzkie twarze na peronach. Siedziałem z głową opartą o szybę i odpoczywałem od świata. Nie chciałem wiedzieć, gdzie jestem. Wyczuwałem tylko zapachy, które ze sobą przynosili inni pasażerowie: aromaty potraw, dymu papierosowego, mydła i wód toaletowych i trwałem nieporuszony z oczami wlepionymi w pustkę za oknem. Ludzie, podobnie jak świat, mogli dla mnie nie istnieć. Celebrowałem swoją prywatną apokalipsę i powtarzałem ospale, w myślach: „no tak, no tak, no tak, no tak, no tak, no tak…"   Zza słów, podobnie jak zza okna, nie wyłaniała się żadna treść.
Pociąg szarpnął i na chwilę wyjechał z mgły. Przetoczył się przez most na rzece,        a potem długo hamował. Stanął otulony na powrót mgłą. Do przedziału weszli trzej uzbrojeni strażnicy w czarnych, zimowych mundurach. Rozejrzeli się, sprawdzili mi paszport, długo przerzucając wzrok z fotografii na moją twarz, po czym wepchnęli  do środka czterech mężczyzn w cywilnych ubraniach. Wręczyli im jakieś papiery i bez słowa wyszli na korytarz. Pociąg ruszył.
– Ciekawe jak długo ciągnie się ta mgła? – powiedziałem przed siebie. Nie miałem  nic szczególnego na myśli. Równie dobrze mogłem powiedzieć: „Witamy na pokładzie." Chciałem tylko zachować pozory dobrych manier i jak najszybciej wrócić do gapienia się  w nicość za oknem.
– Mgła jest już wszędzie – odpowiedział mężczyzna, który usiadł naprzeciwko mnie.
– Co masz na myśli? – zapytałem nie patrząc na niego.
– Mam ich na myśli.
– Kogo?
– Ich.
Nasz dialog utknął. Rozpuścił się we mgle. Pociąg zatrzymywał się na niewidocznych stacjach. Jechał powoli i trząsł okrutnie. Musiałem odsunąć czoło od szyby, żeby nie nabić sobie guza. Szukałem wzrokiem czegoś, co mogło zastąpić mi obojętny widok mgły. Patrzyłem na czubki swych butów, na obicia siedzeń i wzorzyste swetry moich towarzyszy podróży. Były brudne.
– To jak będzie z tą mgłą? – ponowiłem pytanie.
– Nie wiem przyjacielu. Dziś przepłynęliśmy Dunaj. Uciekliśmy z Rumunii – usłyszałem w odpowiedzi.
Podniosłem głowę. Było mi wstyd. Mężczyzna z naprzeciwka patrzył na mnie spokojnie, na jego ustach błąkał się delikatny uśmiech. Odwzajemniłem go jakimś nieskoordynowanym grymasem, a potem zacząłem uniesionym głosem wygadywać napuszone banały o trudnej historii Europy Wschodniej, bezsensownej przemocy dyktatorów i szaleństwie totalitaryzmu. Z każdym zdaniem pogrążałem się coraz bardziej we wstydzie, a im bardziej w nim tonąłem, tym więcej nadętych komunałów wypływało z mych ust.
Mężczyzna słuchał cierpliwie, jakby chciał mi pomóc zrzucić ciężar z sumienia. Wchłaniał w siebie mój słowotok bez niechęci, wreszcie, gdy niemal charcząc, dobrnąłem do zapewnień o zrozumieniu i solidarności przerwał:
– Nic nie widziałeś. I nic nie wiesz – powiedział.  – Mgła, czekaliśmy na nią. Czekaliśmy tydzień, żeby nadeszła… Wypłynęliśmy w ośmiu. Żołnierze z posterunków na brzegu niewiele mogli zobaczyć, strzelali do nas na ślepo, po wodzie. Dwóch naszych poszło na dno, jednego zostawiliśmy w wodzie z przestrzelonym udem, jeden dopłynął  za nami, też miał postrzał. Jest w szpitalu u Serbów. Tylko my czterej dopłynęliśmy cali. Serbowie nie chcą nas u siebie. Jedziemy na Węgry, do obozu. A teraz daj mi papierosa, jak masz. To wszystko, co możesz dla mnie zrobić".


ROZDZIAŁ 29,
który nie zasługuje na tytuł.

Ptak skończył dobrze znaną mi opowieść. Kpił ze mnie bez żadnych zahamowań. Obrócił się kilka razy i potrząsając kuperkiem, wyciągnął z niego nadłamane pióro. Zacisnął je dziobie, a potem położył na moim bucie.
– No, wij sobie gniazdko mądralo. Domek na drzewie. Widzisz, jak ja dbam o ciebie, jak szanuję. Nauczyłem się na pamięć wielu twoich historyjek i gotów jestem opowiadać je dalej. Tylko, po co? Dla kogo? Znamy je obaj. Bardziej mnie interesuje, żebyś zlazł  z tej gałęzi o własnych siłach. Jeśli nadal nie wiesz, jak to zrobić, to powiem ci otwarcie, dziób w dziób. Jest na to tylko jeden sposób. Musisz skończyć swój projekt, pod szumnym tytułem NIESKOŃCZONOŚĆ.
Rozumiem, chciałeś napisać książkę, zamarzyła ci się kariera literata. Spotyka to wielu ludzi, szczególnie tych słabszych egzemplarzy. Coś im się uroi i produkują literaturę. Niech im będzie. Ale ty przekroczyłeś miarę – zacząłeś opisywać prawdziwe historie, tak jakby były fikcją i na odwrót. Tak nie wolno! To jest zwyczajna niegodziwość wobec – tu uważaj – wobec fikcji i postaci fikcyjnych! Jakie im dałeś szanse, żeby zaistnieć? Żadnych! Tak się nie postępuje. Popatrz na mnie. Jak wyglądam? Nawet nie potrafisz mnie dobrze opisać. Wypadam groteskowo – ni to wróbel, ni kura. Twoja nieudolność uczyniła mnie pokraką, jakimś drzewnym stworkiem, nielotem z piórami. Widziałeś kiedyś ptaka, który siedzi całe godziny na gałęzi kasztanowca? Nie mogłeś widzieć, bo nie ma takich ptaków. I co ja mam począć? Jak zaistnieć, przekonać do siebie? Przecież żaden, zauważ, jak konsekwentnie używam tego słowa; otóż żaden człowiek nie potraktuje mnie poważnie. Wszystko, co mówię, przypisze tobie, uzna za twoje myśli zapakowane w dziwaczny, zwierzęcy kostium. A to przecież nieprawda, o czym doskonale wiesz! To nie jest w porządku. Jesteś złodziejem, mój drogi. No, może to trochę za mocne słowo, w każdym razie twoje postępowanie stawia cię w bardzo złym świetle, powiedziałbym, że ustawiłeś się w cieniu i gdybyś tam pozostał, to rachunki między nami byłyby wyrównane. Nie wiem czy nadążasz? Chodzi mi o to, że nawet gdybyś ciągnął tę swoją bazgraninę, którą, zdaje się, nazywasz HISTORIĄ NIESKOŃCZONĄ, to jej mierna jakość gwarantuje, że nikt jej nie będzie czytał. Ale jest jeszcze jeden detal. Nieskończoność. Piszesz o niej zbyt dużo i używasz wielkiej litery. Chcesz być za sprytny. Wydaje ci się, że ta drobna interpunkcyjna sugestia nie tylko, że ocali przed zapomnieniem twoją pisaninę, ale i ciebie. Ty podążysz tropem Nieskończoności, a ja zgniję na drzewie.
Niedoczekanie. Jesteś za słaby i za głupi, żeby mnie przechytrzyć, co zresztą udowadniam ci od jakiegoś czasu, ale ty w swoim zacietrzewieniu zdajesz się  tego nie zauważać. Jorgos, o ile go naprawdę pamiętasz miał całkowitą rację – jak się już rozbrykasz, to trudno cię zatrzymać. On tobie nie sprostał, bo to za szczery chłop był, ale ja, mój cwaniaczku, mam swoje sposoby na takie zapalczywe indywidua. Trzeba puścić je swobodnie, byle po odpowiednim torze. Będą biegać w kółko, długo, bardzo długo. W nieskończoność!
Pojąłeś teraz? Naprawdę nie masz wyjścia. Nieskończoność musi zniknąć nie tylko z twojej, pożałowania godnej książki, ale również z twojego życia. Jest to, zauważ, uczciwe postawienie sprawy. Nikt nie może dać żadnych gwarancji, że nie wrócisz do pisania. Będziesz miał poczucie, że czegoś nie skończyłeś i za roczek albo dwa, kupisz kolejny zeszycik i zaczniesz odkopywać dawne pomysły. Trudno uwierzyć, że weźmiesz się za coś innego, zaczniesz pisać, dajmy na to, kryminał. Naturą osobników twojego pokroju jest obsesyjne trzymanie się jednego tematu, natrętne powracanie do porzuconych wątków i dumanie, tu pozwolę sobie na chwilkę szczerości – o dyrdymałkach. Zatem muszę nas obu zabezpieczyć na okoliczność twojego powrotu do pisaniny, którą słusznie, choć niezbyt odkrywczo, skojarzyłeś z włóczęgostwem. Masz rację – wielu podobnych tobie skończyło na ulicy, w rynsztoku, albo w wariatkowie. Nikt nie dałby złamanego grosza nie tylko za ich dzieła, ale nawet za ich uścisk ręki. Aż taki głupi nie jesteś, prawda?Nie chcesz przecież iść ich śladem? I za to tak cię lubię.
Zatem, bo chyba się rozgadałem się w twoim stylu, wybór jest prosty: albo skończysz z Nieskończonością, albo będziesz gnić w parku do usranej śmierci. Ostrzegam. Ja zaraz odlatuję i zostaniesz zupełnie sam. To jak? Kończysz?
– Tego nie potrafię zrobić – wyszeptałem i spojrzałem na park.


ROZDZIAŁ 30,
podczas którego leje deszcz.

Z oddali, zza pierwszego zakrętu alejki wyłonił się dziecięcy wózek, a tuż za nim uczepiony jego pałąka starszy pan w sfatygowanej ortalionowej kurtce. Staruszek próbował podbiegać, ale sił wystarczało mu zaledwie na kilka żwawszych kroków, po czym zwalniał      i wlókł się ociężale. Bezradnie patrzyłem tylko jak mokną. Kiedy przesuwali się  pod kasztanowcem zdobyłem się na wysiłek, zwinąłem dłonie w trąbkę i krzyknąłem:
– Hop, hop. Tutaj, tutaj. Schowajcie się!
Staruszek nie zareagował. Dalej męczył się, drepcząc i odwracając głowę                    od zacinającego deszczu. Spróbowałem ponownie.
– Hop, hop. Proszę Pana. Niech Pan się schowa pod drzewo. Zupełnie przemokniecie!
Poskutkowało. Starzec rozejrzał się, odwrócił tyłem do wózka i zaciągnął go pod koronę kasztanowca. Wyjął z kieszeni spodni chusteczkę, zdjął okulary i począł je osuszać. Zauważyłem, że nosi bardzo grube szkła. Musiał biedaczyna iść kompletnie           na oślep.
– No widzi Pan. Tutaj prawie wcale nie pada. Prawie sucho – zawołałem.
– A kto mówi? – staruszek rozejrzał się z zaciekawieniem.
– Dzień dobry. Tu jestem – krzyknąłem wychyliwszy się spośród gałęzi.
– Tam Pan wlazł? Cholerka. Żeby mi się Mateuszek nie przeziębił. Córka mnie prześwięci, ledwie się wylizał. Miał anginę.
Zaczął majstrować w głębi wózka, ale dziecko nie reagowało. Spało w najlepsze.
– Pana wnuk? – zapytałem.
– Wnusio. Wnusio – odpowiedział.
– Niech Pan się troszeczkę przesunie. Będę schodził – ostrzegłem staruszka i zlazłem się z drzewa.
– Ty Mateuszku też będziesz po drzewach hasał! – powiedział do wnuka. – Że też się Panu chciało tak wysoko wleźć?
Byliśmy już obok siebie i dziadek podał mi rękę na powitanie.
– Zapalimy? – zapytałem.
– Nie, nie. Już nie palę. Trucizna czasami ciągnie, ale jakoś idzie wytrzymać. A Pan pali? Córka też pali. Ja to nawet czasem ją obrugam, ale co robić – życia łatwego nie ma. Praca nerwowa, to pali. Pan nie w pracy?
– Nie, wolne mam. Na spacer się wybrałem, ale jak Pan widzi. Może zaraz przejdzie. Pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu było tak słonecznie, ciepło, prawie jak latem…
Gawędziliśmy sobie, nie mówiąc wprawdzie nic sensownego, ale za to umilając sobie czas w oczekiwaniu na lepszą aurę. Staruszek wyciągnął z wózka wnuka i zaprezentował go w całej okazałości. Dziecko obudziło się i spojrzało na mnie malutkimi, zwężonymiw szparki, szarymi oczkami, które nijak nie przypominały schowanych za soczewkami, wypukłych oczu dziadka. Ale poza tym byli do siebie bardzo podobni. Obaj prawie łysi                i prawie bezzębni. Uśmiechali się w prawie identyczny, łagodny i zaczepny sposób, podnosząc wargi do góry i jednocześnie wznosząc delikatnie czubek nosa, a do tego, obaj nosili skafandry.
Mateuszek wrócił do wózka i wyraźnie zaczął się ożywiać.
– Głodny się zrobił – stwierdził dziadek – zostałby Pan z nim chwilkę? Podejdę do budki zadzwonić po córkę, to nas zabierze samochodem? – poprosił.
Przytaknąłem i zostałem sam na sam z niemowlakiem, a dziadek podreptał do telefonu.

Mateuszek nie zauważył nieobecności dziadka. Chciałem jak najlepiej sprostać zadaniu i zbawiałem go grzechotkami i gumową kaczuszką. Ślinił się do nich i zdało mi się, że naprawdę musi być bardzo głodny, postanowiłem więc, że ukoję go jakąś bajką. Grzebałem w pamięci usiłując przywołać najbardziej odpowiednią – z jednej pamiętałem początek, z drugiej tylko imiona postaci: Towarzysz Podróży mieszał mi się z Calineczką,  a Kopciuszek wskakiwał do opowieści o Pinokiu. W końcu, z bezradności zdecydowałem, że sam coś wymyślę. Pochyliłem się nad wózkiem i zacząłem.


ROZDZIAŁ 31,
bajka dla Mateuszka.

– Pewnego razu, pewna pani wybrała się do sklepu. Kupiła w nim kilogram cukru i kilogram soli w papierowych torebkach. Pani włożyła je do większej, foliowej torby  i ruszyła w drogę powrotną do swego domu. Szła przez park. Było słoneczne, jesienne przedpołudnie. Pani z zachwytem patrzyła na żółknące liście na drzewach, cieszyła się ciepłym wiatrem, który pieścił jej twarz i z radością wymachiwała torbą z zakupami. Była nieostrożna. Zahaczyła torbą o kosz na śmieci, który stał przy parkowej alejce. Torba pękła. Podarły się też torebki z solą i cukrem. Na ziemię upadły miliony kryształków cukru i miliony kryształków soli. Pomieszały się z ziemią i żwirem alejki, a część poleciała prosto w trawę. Jednak dwa maleńkie kryształki – jeden maleńki kryształek soli i drugi nieco od niego większy kryształek cukru – poleciały nieco dalej i wpadły w szczelinę między betonowymi krawężnikami, które oddzielały parkowa ścieżkę od trawnika.
Kryształy przeleżały tam całą noc. Były bardzo przestraszone ciemnościami i chłodem, który wokół nich panował. Było im smutno. Przyzwyczajone przecież były do licznego towarzystwa. Tęskniły do swoich torebek i do swoich drobnych braci i siostrzyczek. Smuciły się i smuciły, aż wreszcie spojrzały na siebie.
– Smutno ci jest – zapytał kryształ cukru?
– O tak, bardzo smutno – odpowiedział kryształ soli – nawet nie wiesz jak bardzo. Ty jesteś cukrowy, wiesz, co to słodycz, ale ja, gdy jestem sam, bardzo cierpię przez swoją słoność. Gdy jestem wśród swoich, czuję się lepiej. Wszystkie jesteśmy słone i łatwiej zrozumieć nam nasz słony los.
– Nie martw się – pocieszał go słodki kryształ – ja, co prawda, nie wiem,                      co to słoność, ale nie myśl, że bycie słodkim jest takie łatwe. Ciągle martwisz się,  czy wszystkich zadowolisz, czy będziesz dostatecznie słodki, czy nie zawiedziesz oczekiwań tych, którzy pragną słodyczy. To wcale nie jest przyjemne, uwierz mi.
– Może i tak mój przyjacielu – odrzekł kryształ soli – może wy, słodkie kryształy, martwicie się o swoją słodycz, ale ludzie o was pamiętają, pragną was. Z nami jest inaczej. Przypominają sobie o nas tylko wtedy, gdy nas zabraknie. Nie lubią nas, trzymają w kącie, albo zamknięte w solniczkach, bawią się nami, mówią o nas okropne rzeczy i wysypują byle gdzie.
Tak właśnie kryształy rozmawiały ze sobą całą noc. Opowiadały o swoim losie i z każdą godziną nabierały do siebie większego zaufania. Bardzo się polubiły, a o poranku, były już dobrymi przyjaciółmi.
Kiedy słońce wzniosło się wysoko na niebo i zajrzało swymi ciepłymi promieniami w ciemną betonową szczelinę przy parkowej alejce, zobaczyło, dwa kryształy, jak spały przytulone do siebie? Słońce użaliło się nad ich losem. Zbliżyło do ich drobnych ciał  i dotknęło ich bardzo najbardziej czule jak potrafiło.
I wtedy, jak za dotknięciem różdżki, oba kryształki zaczęły świecić jak gwiazdy. Zaświeciły tak mocno, że cała betonowa szczelina, do tej pory mroczna i smutna wypełniła się radosnym, jasnym światłem. Słońce było oczarowane. Kryształy obudziły się i bawiły się z słońcem, iskrząc, wszystkimi kolorami, jakie są na świecie. W betonowej szczelinie zapanowała wesoła atmosfera. Tak minął dzień.
Wieczorem słońce pożegnało się z kryształami i oddaliło na spoczynek. Kryształy także zasnęły, zmęczone i szczęśliwe. Koło północy nad całym parkiem rozpadał się deszcz. Padał i padał, zraszał trawniki, spłukiwał liście z kurzu i czyścił parkowe alejki. Odszedł o poranku.
Kiedy słońce wróciło na niebo, w szczelinie między betonowym krawężnikiem i parkową alejką, nie było nikogo. Słońce szukało obu kryształów, szukało po całym parku. Wołało:
– Gdzie jesteście, gdzie jesteście!
I choć nie mogło dostrzec kryształów, słyszało jak zewsząd, z każdego, nawet najdalszego zakątka parku, dobiega odpowiedź:
– Tutaj. Tutaj.


ROZDZIAŁ 32 ,
w którym Mateuszek przestał słuchać.

W mojej bajce po deszczu zaświeciło słońce i w naszej z Mateuszkiem rzeczywistości, także się przejaśniło. Ciężkie krople spadały z liści kasztanowca i pluskały w kałuże, które potworzyły się wokół ławki. Chłopiec nie spał. Leżał spokojniutki i raz po raz robił swoje śmieszne, odziedziczone po dziadku miny. Wytarłem wodę z siedziska ławki i przysiadłem sobie, bujając jednocześnie wózek. Czułem się przez chwilę jak te wszystkie matki i opiekunki, które podglądałem pierwszego dnia włóczęgi. Było to przyjemne uczucie. Miało w sobie coś z nieważkiego błogostanu, który co prawda nie pozwala na wzloty, ale wcale nie oddala od nieskończonych przestrzeni. Byłem jak owad zawieszony w powietrzu i zmierzający wprost w kielich kwiatu.
– Dziękuję Ci Mateuszku – szepnąłem.
Wyjąłem z kieszeni mój notatnik i począłem wydzierać pierwszą kartkę. Potem drugą i trzecią…
– No, wiedziałem, że ma Pan rękę do dzieci! – usłyszałem nad sobą.
Obok ławki stał dziadek Mateuszka w towarzystwie kobiety.
– Wcale się nie zmieniłeś. Z daleka cię poznałam. Aleś się utytłał. Co wyście z małym wyprawiali? – zapytała z uśmiechem.
– To wy się znacie? – zdziwił się dziadek.
Znaliśmy się. Obok dziadka stała Ruda Anka. Trochę dziwnie wyglądała w szykownym kostiumie, ale reszta była jak przed laty: krótko obcięte rude włosy i nerwowa gestykulacja, zupełnie oddzielona od spokojnego tonu głosu.
– To, co? Zaczniemy od początku? – zapytała.
– Nie dam się więcej na to nabrać. Mam dość.
– Nie mówię o miłości. Wybawienie przez kobietę? To za proste.
– A o czym pomyślałaś?
– O czymś zwyczajnym, prostym.
– Lepiej nie. Znowu mam wracać do księstwa?
– Och, czyżby mój książę się nie wyspał – parsknęła śmiechem.
– Nie bardzo, tkwię tutaj od dłuższego czasu, gdyby nie Mateuszek i pan – odwróciłem się w stronę wózka, ale obaj byli zajęci zabawą – gdyby nie oni, to pewnie bym tu został. Siedziałbym uwięziony…
– Wiem, na drzewie – przerwała mi i zaraz dopowiedziała – wybawienie przez niemowlę i starca w jednej osobie. Jeszcze lepiej. Nie potrafisz inaczej?
– Tylko nie mów, że prościej i zwyczajniej, bo się rozpłaczę.
– To już też robiłeś. Powiem jeszcze raz i nie płacz – „prościej i zwyczajniej". Ale ty  nie rozumiesz. Rozumujesz tak schematycznie. Prostotę mylisz z pospolitością a zwyczajność z rutyną. A teraz jeszcze mnie próbujesz opakować w schemat. Sama już nie wiem, co wymyślisz…
– Nie rozumiesz… – wszedłem jej w pół słowa.
– A muszę – podchwyciła – ktokolwiek musi zrozumieć? Jesteś pewien? A jeśli nie, to co się takiego stanie? Umrzesz na zakażenie niezrozumieniem? – No dobrze. Zwijamy się. Idziemy napić się czegoś ciepłego. Daj mi ten swój zeszyt, schowam go              do torby.


ZAKOŃCZENIE,
w którym nie pada słowo koniec.

Siedzę wśród żywotników. Mam nowy zeszyt. Zbliża się noc. Pora wracać.Na oświetlonych latarniami alejkach kładą się smukłe cienie drzew. W Teatrze Miejskim skończył się spektakl. Widzowie schodzą po szerokich schodach. Mógłbym powiedzieć słowo: KONIEC. Mógłbym, ale nie mówię.


MOTTA,
które Autor rozmyślnie zamieścił na końcu.

Jeżeli o mnie chodzi to, przyjmuję wszystko, co mi się wydarza
i liczę się z czekającym mnie rynsztokiem.
/Heinrich Böll – „Zwierzenia klowna"/

Słowa są czynami.
/Ludwig Wittgenstein – „Uwagi o religii i etyce"/