Dominika Jędrzejczyk - E-bookom mówię stanowcze: Nie!"

Tak, nie chcę być trendy ani modna, zaprzedając w zamian ideały z dzieciństwa. Zapowiadam niniejszym, że dopóki z księgarnianych półek nie zniknie ostatnia drukowana książka, nie sięgnę nigdy po e-booka, a nawet, gdy pozostaną już tylko elektroniczne woluminy, zejdę do podziemi, by tam stworzyć „czarny rynek" druku. Skąd we mnie tyle wallenrodyzmu? Wynalazek Jana Gutenberga zrewolucjonizował świat, być może tak jak dzisiejsze czytniki e-booków produkowane przez największe koncerny elektrotechniczne (jak Apple, chociażby), umożliwiając tańszą produkcję książek, a co za tym idzie częściowo pozbawiając pracy benedyktyńskich mnichów, ale też dając wielu ludziom szansę na zgłębianie wiedzy. Teraz każdy może sięgnąć po tę iluminację na ekranie małego, przenośnego urządzenia, płacąc mniej niż za „tradycyjną" (sic!), drukowaną wersję danego dzieła, nie obawiając się o zniszczenie okładki, zabrudzenie stron czy nadbagaż (co jest szczególnie ważne w przypadku zabieganych podróżnych business class), pokonując jednocześnie fobie z dzieciństwa, gdy lśniące podręczniki niechybnie kojarzyły się z tym, co w życiu każdego młodego człowieka najgorsze – z nauką. Być może właśnie ze względu na te zakorzenione w podświadomości lęki, jakby zapewne powiedział Zygmunt Freud, średnia czytelnicza w Polsce jest taka, jaka jest. E-booki lekarstwem na „lektiofobię"!
Dlaczego więc, mimo medialnej apoteozy nowego wynalazku, ja, przedstawicielka pokolenia młodego, targetowego jego odbiorcy, sprzeciwiam się nowej modzie, ryzykując oskarżenia o konserwatyzm i anachronizm? Przyczyn jest wiele, natury tak metafizycznej, jak i bardziej pragmatycznej.
Wraz ze zniknięciem drukowanych książek, w zapomnienie odejdzie też słodki ciężar wiedzy, a co za tym idzie – także szacunek do niej. Po dziś niektóre podręczniki, swoją grubością i wiekiem, przerażają studentów uniwersytetów na terenie całego kraju, kreując atmosferę magii, niedostępności i niezwykłego obcowania z czymś wielkim – wystarczy na uczelniach rolniczych rzucić hasło: „Botanika" prof. Tołpy, a studentów politechniki uraczyć przypomnieniem „Analizy matematycznej" Krysickiego i Włodarskiego, by natychmiast uzyskać piękną egzemplifikację tezy, którą autorka stara się tutaj udowodnić. Gdyby kompendia te zmniejszyć do rozmiaru kilkudziesięciu megabajtów straciłyby tak na mocy oddziaływania, jak i na historii czy respekcie, swoistej estymie wśród odbiorców, co zapewne odbiłoby się negatywnie na średniej wyników egzaminacyjnych. O ileż łatwiej przecież czyta się, mając rzeczywisty, materialny kontakt ze słowem, gdy można za pomocą ołówka pospekulować z autorem, zostawić notatkę dla potomnych lub po prostu zaznaczyć sobie treści najważniejsze. E-book takiej szansy nie daje, ergo odziera treść dzieła z jego autentyczności i żywotności, dokonując jego metamorfozy w martwy kamień, relief historii. I ta czcionka! Często tak mała, że osoby, które na skutek chronicznej choroby zwanej „molowatością książkową" zaopatrzyć musiały się w dodatkową parę oczu, nie są w stanie odczytać ani jednego wyrazu bez bólu gałek ocznych. Nie mówiąc już o tym, że wielogodzinne ślęczenie nad ekranem czytnika, co jest raczej pewnikiem w przypadku tej grupy odbiorców, grozi efektami ubocznymi podobnymi do tych, jakie grożą uzależnionym od komputerów. Apeluję więc do społecznego sumienia – troszczmy się o swoich moli!
Sama obsługa czytelniczej supertechnologii może być przyczyną depresji i stanów neurotycznych – zakupione książki często wczytują się zbyt wolno, nie uruchamiają się wcale z przyczyn technicznych lub na skutek wciąż nieuregulowanych spraw związanych z prawem autorskim. W przypadku druku wszystkie te problemy zwyczajnie nie istnieją. O ile przyjemniejsza jest możliwość wdychania jego zapachu, dotykania palcami śnieżnobiałych stron, przewracania kartek i wsłuchiwania się w ich szelest. Powoduje to przecież nawrót wspomnień z dzieciństwa, istną modernistyczną falę skojarzeń, jak u Prousta czy Faulknera, która wypełnia duszę człowieka swoistym ciepłem i spokojem. Książka jest właśnie tym, co pozwala łączyć dzieciństwo z dorosłością – wdzierać się w sferę niewinności młodzieńczych lat, jednocześnie siedząc spokojnie w bujanym fotelu z kubkiem kawy w dłoni (wystarczy sięgnąć po ulubioną lekturę z młodości) lub odwrotnie – zaglądać jak przez dziurkę od klucza do świata dorosłych, gdy się ma jeszcze tylko -naście lat. Żadna technologia nie umożliwi nam tego samego.
A czy ktoś pomyślał o bibliotekach? Co się z nimi stanie? Zostaną zepchnięte na margines istnienia, by po kilku latach z powodu nierentowności zostać przemienionymi w muzea książki. A przecież te jaskinie wymiany myśli nie mogą tak po prostu przestać istnieć, zwłaszcza, że oferują to, czego nigdy żadna elektronika nie da swojemu użytkownikowi – dostęp do zasobów wiedzy za darmo, bo przecież żaden rasowy czytelnik nie traktuje składek rocznych jako jakiegokolwiek wielkiego kosztu, zazwyczaj bowiem nie przekraczają one kilku złotych, a to o wiele mniej niż za kupno praw do e-booka.
Pozostaje mieć tylko nadzieję, że czasy bezosobowego podejścia do książek miną jeszcze zanim na dobre się zaczną i że nikt nie potraktuje poważnie tego „szatańskiego" wynalazku, jakim są czytniki e-booków. Choć pewnie to samo mówiono o druku w czasach Gutenberga.