Aleksandra Głuszkowska - Cały miesiąc z Anną

We have sort of triangle thing going here. I want Tyler. Tyler wants Marla. Marla wants me.
I don’t want Marla and Tyler doesn’t want me around, not anymore. This isn’t about love as in caring. This is about property as in ownership. Without Marla, Tyler would have nothing*.
Chuck Palahniuk, Fight club

A.

Mieliśmy tu do czynienia z prawdziwym trójkątem. Trzy wierzchołki - troje ludzi - od których odchodzą po dwa odcinki. I każda para styka się w tym jednym, jedynym punkcie.
Na początku byłam ja i był Marek - mamy już podstawę (podstawę trójkąta oznaczmy przez a). Potem pojawiła się ona, wierzchołek, dopełniając formy trójkąta (wysokość trójkąta oznaczmy przez h, pole trójkąta to jedna druga a razy h).
Mamiła nas, kusiła, zwodziła. A my, głupie ćmy, lecieliśmy ku niej tylko po to, żeby powoli, wolniusieńko dać się spalić w płomieniach. Kawałek po kawałeczku. Oboje zbyt łatwo uwierzyliśmy, że to właśnie ona jest naszym przeznaczeniem. Skąd mogliśmy wiedzieć, że to tylko nasza wiara w nią sprawiła, że tak się rzeczywiście stało?
(Pole trójkąta to jedna druga a razy h. W trójkącie równobocznym wysokość to pierwiastek z trzech razy a podzielić przez dwa. Podzielić przez dwa, przez dwa, przez dwa. Na dwoje).
Ona chciała nas obojga. Tu nie chodziło o żadną miłość. Tu chodziło o żądzę posiadania. Bez nas ona nie miałaby absolutnie nic.
(Pole trójkąta równobocznego zatem to pierwiastek z trzech razy a kwadrat przez cztery, przez cztery, nie przez dwa, nawet nie przez trzy. Przez cztery).
Teraz jej już nie ma. Bez niej my, ja i Marek, nie mamy nic.



M.

Siedzimy, Anna i ja, przed kominkiem, w którym zamiast płomieni oglądamy kupkę wczorajszego popiołu. Nie mówimy do siebie nic, unikamy nawzajem swojego wzroku. Dwie kukiełki ze spalonego teatru o popodcinanych sznurkach.
Będziemy trwać tak w nieskończoność, zobojętniali na siebie nawzajem. Tak powinno być. Jedną z pierwszych rzeczy, jakich dowiedziałem się od Anny, było to, że samobójstwo bohaterów to naprawdę kiepskie wyjście z punktu widzenia kompozycji opowiadania czy powieści. Rzecz jasna, nie ona to wymyśliła, ale przyjęła tę myśl za swoją.
Będziemy zatem żyć i hodować w sobie nie tyle nienawiść, co obojętność. Będziemy pielęgnować obojętność, dbać o nią, aż rozrośnie się w naszych sercach i umysłach i nie będzie tam miejsca na nic poza nią.
Kukiełki ze spalonego teatru - szklane paciorki oczu, szmaciane ciała, porcelanowe dłonie, twarze i stopy. I kupka wczorajszego popiołu. Oto, czym jesteśmy.

J.

(Nie wiem, kiedy ich wymyśliłam, już nie pamiętam. Wiem tylko, że to opowiadanie chodzi za mną już od dłuższego czasu, że śni mi się po nocach, nie daje mi o sobie zapomnieć. To straszliwie męczące, więc siedzę i próbuję napisać. Ale to ciągle nie to.
Zwykle dłuższe teksty piszę od razu na komputerze, rozkładam lśniący ołtarzyk swojego laptopa, długo stukam w klawisze. Ale Annę piszę w wygrzebanym z szuflady zeszycie. Nie umiem inaczej. Kawałek po kawałeczku piszę tę Annę, która za mną chodzi i nie daje mi o sobie zapomnieć. A teraz siedzę i przepisuję, dopisuję i wygładzam.
Ach, jakież to urocze, pisać opowiadanie kawałek po kawałeczku, wiecznym piórem na wygrzebanym z szuflady zeszycie.
Banał, banał, wszędzie banał, którego już się nie pozbędę).

A.

Pamiętam ten dzień, w którym zobaczyłam ją po raz pierwszy. To było tuż po naszym przyjeździe nad morze, poszliśmy z Markiem na plażę, nie wypakowawszy nawet naszych rzeczy z samochodu, a ona już tam była.
Szła przed siebie, nie zostawiając śladów na mokrym piasku, a wiatr szarpał na wszystkie strony jej sukienkę zwiewną i jasną, targał długimi włosami. Przez krótką chwilę wydała mi się szalenie malownicza na tle spienionych fal, szumu mew, wydm gdzieś w oddali - jeszcze jeden element nadmorskiego krajobrazu.
Ale ona szła przed siebie, mając w ruchach jakąś zawziętość, determinację. Nie zwolniła kroku nawet wtedy, kiedy podbiegła do niej gromadka umorusanych dzieci, krzyczących: wiedźma! Stara wariatka! Mokry piasek, którym ją obrzucały, znaczył brzydkimi plamami biel jej sukienki.
Wyprostowana. Dumna. Kukiełka, marionetka, której ktoś zbyt mocno ponaciągał sznurki. Nie widziałam wtedy jej oczu, ale wyobrażałam je sobie jako szklane paciorki, utkwione w pustkę. Oto, czym wtedy była. A przynajmniej tak mi się wydawało.

M.

Nie zwróciłem wtedy na nią uwagi, ledwie zarejestrowałem jej obecność na prawie pustej plaży. Pamiętam tylko jasną plamę sukienki, rozmazaną gdzieś daleko na linii horyzontu, umykającą wzrokowi.
Tego dnia byłem zbyt pełen Anny, by dostrzec w jej obecności jakąkolwiek kobietę. To brzmi banalnie, wszystko zresztą to banał, ale naprawdę tak wtedy było.
Patrzyłem tylko na moją żonę, wyglądającą jak mała dziewczynka, tonącą w odmętach zbyt dużego szarego swetra. Szalenie mnie wtedy rozczulała.
Nie, nie płonęliśmy nigdy ogniem, kochaliśmy się jakoś tak po prostu, nie spalała nas dzika namiętność. Ale nie byliśmy jeszcze kupką stygnącego popiołu. Jeszcze nie.

J.

(Annę widzę bardzo wyraźnie - stoi na plaży, wpatrzona w niknącą gdzieś w dali sylwetkę kobiety w jasnej sukience. Drobna i niska, skulona w za dużym swetrze, krucha w objęciach stojącego obok mężczyzny. Ciemne włosy, związane nieporządnie, wymykające się pasemko po pasemku, rozwiewane przez wiatr. Mały nosek z kilkoma piegami. Duże zielone oczy. Pieprzyk na prawym policzku.
Dzięki tym zielonym oczom (chociaż moje wcale nie są duże, ale przyjemnie jest pomyśleć, że mogłyby być) i pieprzykowi Anna jest trochę mną. Ale tak tylko trochę, bo poza tym wcale nie jesteśmy wcale do siebie podobne.
To zabawne, ale nie potrafię zobaczyć Marka. A przecież i on i Anna są dziećmi mojej wyobraźni, więc powinnam widzieć jego twarz tak wyraźnie, jak widzę twarz Anny, ale nie mogę. Próbowałam dopasować do Marka twarze moich znajomych, ale żadna z nich nie pasuje. Na razie wiem tylko, że jest wysoki i na pewno ma ciemne włosy.
Nie potrafię powiedzieć nic więcej o Marku).

A.

Każdy mój dzień wyglądał tak samo, bo rutyna dopada przede wszystkim na wakacjach, kiedy ten ogrom wolnego czasu należy podzielić, odmierzyć, zorganizować według jakiegoś schematu.
Wstawaliśmy. Jedliśmy śniadanie. Plaża. Zakupy. Obiad. Spacer po miasteczku. Plaża. Kolacja. Jakieś absurdalne, szalone, wpół przytomne wieczorne rozmowy. Czytanie książek. Sprzeczki o drobiazgi, zwykle kończące się w łóżku. Sen. I od nowa.
Kopia kopii kopii. Ja kopią Marka, Marek kopią mnie. Każde z nas kolejną kopią samego siebie. W tym wszystkim tylko ona zdawała się mieć chociaż pozory autentyczności, których czepiałam się rozpaczliwie, łamiąc paznokcie i zdzierając palce do krwi. A przynajmniej tak mi się wydawało.

J.

(Anna ma jeszcze kilka moich cech, bo to chyba zawsze jest tak, że autor nadaje bohaterowi jakiś swój rys. Anna dzieli ze mną moje lęki. A Marek jest zwierciadłem, które te lęki odbija.
Anna boi się ptaków, trzepot skrzydeł budzi w niej przerażenie. Anna najbardziej boi się, że te trzepoczące pióra mogłyby dotknąć jej twarzy, jej ręki, jej włosów. Brzydzi się płaskich oczek umieszczonych z boku głowy, wiecznie mrugających, zapatrzonych w nie wiadomo co. Brzydzi się tego, że ptaki nieustannie ruszają głową (doszła do wniosku, że ma to związek z płaskimi oczami), przekrzywiają ją, nie pozwalają jej nawet na chwilę trwać w bezruchu.
Anna boi się tego, że nie istnieje. Że kiedyś, kiedy o tym zapomni, przestanie oddychać, tak po prostu. I nie daje się przekonać, że to odruch warunkowy, że niezależnie od stanu swojej świadomości będzie musiała oddychać. Bo Annie czasami zdarza się zapomnieć i wtedy potem musi zrobić kilka bardzo długich, głębokich wdechów, żeby uspokoić serce, bijące jej w piersiach jak oszalałe.
Anna boi się też przemijania. Boi się, że któregoś dnia stanie przed lustrem i po prostu zobaczy w nim starą kobietę.
Boi się też zobaczyć starą kobietę w oczach Marka. Dlatego czasami nie może znieść jego wzroku).


A.

Zafascynowała mnie. Spotykałam ją na plaży każdego dnia, kiedy o zachodzie słońca podejmowała swój niewzruszony marsz, który nie służył chyba niczemu. Wtedy wydawało mi się, że jest to spektakl jednego aktora przeznaczony wyłącznie dla jednego widza - dla mnie. Myliłam się jednak, jak zawsze, gdy byłam czegoś absolutnie pewna.
Stała się moją obsesją. Była ze mną w dzień. Potrafiliśmy z Markiem godzinami dopasowywać do niej różne życiorysy, jeden głupszy od drugiego. Pewnego dnia Markowi się to znudziło, ale ja robiłam to nadal, coraz bardziej zrozpaczona, bo żaden tak naprawdę nie pasował. A Marek był coraz bardziej zazdrosny - o te rozważania, o moje myśli, o ciągłe przesiadywanie na plaży. Był irracjonalnie zazdrosny i wściekły sam na siebie o tę zazdrość, wiedziałam to.
Była ze mną w nocy. Wsłuchana w huk morza za oknem śniłam sny pełne koszmarów. Marka budziło moje miotanie się po skrzypiącym łóżku i bezładne gadanie przez sen. Rano wstawaliśmy oboje bladzi i wymęczeni.

M.

Najpierw myślałem, że to nieszkodliwa fascynacja tajemniczą nieznajomą. Anna zawsze miała bujną wyobraźnię, którą karmiła dziwacznymi historiami, wymyślanymi na poczekaniu.
Przegapiłem moment, w którym to wszystko stało się obsesją, niszczącą i ją, i mnie. Ale wtedy jeszcze nie było w jej oczach tego płomienia, który tak mnie przerażał. Jeszcze nie. To pojawiło się dopiero później.


J.

(Nie wiem, czego boi się Marek. Bo to wygląda trochę tak, że bohatera najłatwiej określić poprzez jego lęki. Piszesz: Marek panicznie boi się owadów i wszystko jasne. Problem w tym, że Marek nie boi się owadów.
Marek boi się chyba bezruchu, takiego czystego trwania. Dlatego pojechali z Anną nad morze - morze nigdy nie jest spokojne, zawsze czuć w nim to podwodne życie, podskórny ruch tkanek i komórek.
Marek nie boi się ognia - bo ogień żyje - Marek boi się tego, co ogień zostawia. Marek chyba trochę boi się popiołu - nie jako rzeczy samej w sobie, tylko raczej symbolu - i dlatego tak bardzo przeraża go to, co stało się z nim i z Anną. Byłoby mu łatwiej, gdyby umieli się znienawidzić. Ale nie umieją. I to jest dla niego najstraszniejsze).

A.

Wiedziałam, że któregoś dnia do niej po prostu pójdę, że dłużej tego nie wytrzymam, że ciekawość w końcu musi wziąć górę. Postanowiłam, że ją rozgryzę, że dowiem się, dlaczego dzień w dzień chodzi po plaży tylko po to, by dać się obrzucać mokrym piaskiem. Byłam pewna, że kiedy to zrobię, odnajdę w końcu spokój, by móc to potem opisać. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

J.

(Nie mam absolutnie żadnego pomysłu na sposób, w jaki Anna mogła znaleźć jej dom. Może spytała kogoś w miasteczku i ten ktoś wskazał jej drogę do znajdującego się na uboczu małego domku? A może jej się to wszystko przyśniło? Albo któregoś dnia poszła za nią, gdy ta wracała z plaży, z bijącym mocno sercem ukrywając się za zaroślami i mając złudną nadzieję, że tamta jej nie zauważyła?
Nie wiem, każda z tych wersji brzmi równie prawdopodobnie. I każda jest w równym stopniu zmyślona. Nie mam pojęcia, jak było naprawdę).




A.

Nie zapukałam, weszłam tak po prostu, czując, że tak trzeba. Że pukanie nie zda się tu na nic. Wiedziona zapachem trafiłam prosto do jasnej, przestronnej kuchni. A ona już tam na mnie czekała, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Stała przy zasypanym mąką stole i uśmiechała się do mnie uśmiechem, który przekreślał jej twarz, dzieląc ją na pół.
- Wiedziałam, że przyjdziesz.
- Ty chyba naprawdę jesteś wiedźmą.
- To zależy, co rozumiesz pod tym pojęciem.
Jej drobne dłonie nie przestawały gnieść przylepiającego się jej do palców ciasta.
- Nasyp mi mąki na stolnicę.
Natarła nią dłonie, do których nagle magicznym sposobem przestało się kleić ciasto. Nie mogłam przestać patrzeć na jej ręce, nic innego się wtedy nie liczyło. Złapała to moje spojrzenie. Umączonym palcem zaczęła stawiać na umączonej stolnicy krzywe litery, jak dziecko, które dopiero uczy się pisać.
A- N - N - A
Moje imię.

J.

(Nie wiem, o czym jeszcze mogły rozmawiać wtedy Anna i kobieta, dla której nawet nie mam imienia. Podobno imię mówi o człowieku wiele, ale ja nie wiem o niej nic, dlatego nie umiem jej nazwać. Właściwie to chyba trochę tak, że nie ufa się osobom bez imienia, ale Anna i Marek tego nie wiedzieli. Wiem to ja.
Przez większość tego popołudnia Anna patrzyła na jej dłonie. Gniotące ciasto, sprzątające, myte pod strumieniem chłodnej wody, odgarniające z czoła siwiejące włosy. Anna jest bardzo przesądna i wierzy, że zbyt długie przyglądanie się dłoniom przynosi nieszczęście. Dlatego potem bardzo długo winiła siebie za to wszystko, co miało się wydarzyć).





M.

Nie wiedziałem wtedy, że Anna do niej poszła. Myślałem, że podczas, gdy ja musiałem zostać i zrobić pilnie kilka rzeczy, ona wybrała się na spacer po plaży czy do miasteczka. Nie przyszło mi do głowy, że całe popołudnie spędziła u niej.
Wślizgnęła się do domu po cichutku, usiadła na tarasie z notesem i długopisem w dłoni, z ciemną głową pochyloną nisko nad kartką (próbowałem bezskutecznie ją tego oduczyć, takie pochylanie się nisko jest bardzo szkodliwe i dla kręgosłupa i dla wzroku). Była tak zamyślona, że nie zauważyła nawet, kiedy usiadłem na krześle obok niej. Podniosła głowę dopiero wtedy, gdy zakasłałem cicho, chcąc zwrócić na siebie jej uwagę.
Spojrzała na mnie, a ja wstrzymałem oddech. Bo jej oczy nie były zielonymi oczami mojej Anny, które tak dobrze znałem. Był w nich płomień, odblask płomienia.
Wtedy zacząłem się bać.


A.

Zaczęłyśmy spędzać ze sobą całe popołudnia, podczas których starałam się przyłapać ją na czymś, co pozwoliłoby mi jednoznacznie stwierdzić, kim tak właściwie jest. Czasami przypominała mi dobrą wróżkę, taką z bajek dla dzieci. Bywały jednak dni, że w jej uśmiechu i w źrenicach czaiło się coś niepokojącego - wtedy się jej bałam.
Nie umiałam powiedzieć, ile miała lat. Mówiła o sobie, że jest bardzo stara. Jej sylwetka była jednak szczupła i wyprostowana, jej ruchy - sprężyste, a głos - młody. Te cechy kontrastowały z siwiejącymi już długimi włosami i zmarszczkami, tymi od śmiechu i tymi od płaczu, okalającymi jasne oczy.
- Coś za coś - mówiła mi zawsze, snując swoje opowieści w te letnie, leniwe popołudnia. Przypominała mi wtedy Szeherezadę - nie tę młodą i piękną, zdolną zdobyć miłość okrutnego kalifa, ale starą i zmęczoną, która czarodziejskimi słowami próbuje przechytrzyć śmierć. Przędła tkaninę słów, gładką i miękką, leciutką i zwiewną, taką, która wymykała się próbującym ją pochwycić palcom. Pomiędzy srebrzyste nici wplatała grozę, gorycz i bolesne prawdy, które przypominałam sobie zwykle tuż przed zaśnięciem i które wywoływały potem koszmary. Bo to nie były bajki dla dzieci, te opowieści były przeznaczone tylko i wyłącznie dla mnie. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
Nie wiedziałam, co mogłabym dać jej w zamian. Myślałam naiwnie, że ona też chce słuchać tym razem moich opowieści. Nie wiedziałam, że zamiast tego zabiera sobie mnie, kawałek po kawałeczku.

M.

Leżysz sobie koło mnie, już nie moja, bo w twoich oczach widzę płomień, odblask płomienia. Jeszcze cię trzymam samymi koniuszkami palców, ale już przeczuwam, że zdołasz mi się wymknąć, że znajdziesz na to sposób. Och, pamiętam cię tak bardzo dobrze z tych słonecznych dni, kiedy jeszcze świat zdawał się należeć tylko do nas (nie potrafię się pozbyć banału, nigdy nie potrafiłem). I byliśmy może nie tak zupełnie szczęśliwi, ale zadowoleni z życia i siebie nawzajem.
O wake up, my love, my lover, wake up...
A dziś idziemy donikąd.

J.

(Czas spędzany z kobietą, która nie ma nawet imienia, wydawał się Annie dziwnie leniwy, pozbawiony jakiejkolwiek gwałtowności. Wyobrażała go sobie jako stygnącą już żywicę, w której powoli pełzły dwie zatopione w niej muchy. Świat widziany z wnętrza bursztynu jest miodowy, ciepły, kojący.
Dla Anny ona była czystym trwaniem, bezruchem, kojącym światłem słońca prześwitującego przez bursztyn. Nieostra, o wygładzonych konturach, spokojnym oddechu, spokojnych ruchach. Może dlatego tak ją do niej ciągnęło.
Może).

A.

Stała na wzgórzu, wiatr rozwiewał jej włosy, szarpał na wszystkie strony jej sukienkę zwiewną i jasną. Twarz miała pełną gwałtowności, jakiej nigdy przedtem u niej nie widziałam. Zaczęłam się bać, ale mimo to szłam do niej, grzęznąc po kolana w błocie. Czułam jednak, że muszę tam dojść, za wszelką cenę, stanąć obok niej.
I wtedy nadleciały. Ze wszystkich stron. Tłukąc bezładnie skrzydłami, trzepocząc, wszystkie leciały w moim kierunku. Próbowałam się zasłonić, bezradnie próbowałam schować twarz w dłoniach. Czułam muśnięcia piór na karku, dłoniach, na włosach. Trzęsłam się z obrzydzenia.
A one dziobały mnie po rękach, zmuszając mnie do oderwania dłoni od twarzy. I wtedy zaczęły drapać pazurami policzki, usta, próbując sięgnąć dziobami oczu.
Pierwszy raz z koszmaru obudziłam się z krzykiem.

J.

(Marek poszedł do niej po raz pierwszy chyba tego dnia, którego Anna śniła swój koszmar o ptakach. Siedziała w ogrodzie, grzebiąc patykiem w lekko wilgotnej ziemi. Wszedł przez furtkę.
Pierwszym, co zobaczył, było wyryte w ziemi słowo: M-A-R-E-K).

M.

Patrzyłem na nią długo, próbując zauważyć to, co mogło zafascynować moją Annę do tego stopnia, że spędzała z nią całe popołudnia. Nie dostrzegłem nic. Przeciętna, niezbyt ładna i w dodatku starzejąca się kobieta.
- Spójrz na mnie - powiedziała, podnosząc wzrok wbity do tej pory w ziemię.
Spojrzałem. Zobaczyłem, że siwiejące włosy są gęste i lśniące. Zobaczyłem jej pełne piersi ukryte pod jasną sukienką. Zobaczyłem, że w oczach czai się płomień, odblask płomienia.
Nie wiedziałem, co zdołało zaintrygować w niej Annę. Ale wiedziałem, co zafascynowało mnie.

J.

(Marek boi się bezruchu. Najgorszą dla niego męką jest trwanie. A ona była czystym ruchem, wolnością, nieskrępowaniem. Wymykała się próbującym ją pochwycić palcom. Jej twarz potrafiła zmienić wyraz kilkanaście razy w ciągu zaledwie kwadransa. W jej oczach był płomień, odblask płomienia, a nie zimno bezruchu.
Myślę, że właśnie dlatego tak ciągnęło do niej Marka i że dlatego stracił dla niej głowę).

M.

Jestem muchą i całe moje musie jestestwo trzęsie się ze strachu, bo nagle czuję coś, co spada na mnie, co oblepia całe moje ciało. Próbuję się wydostać i nie umiem, grzęznę coraz bardziej, a moje ruchy upiornie stygną wraz z tą cieczą. Świat staje się nagle miodowy, złocisty, ale to mnie nie uspokaja - wręcz przeciwnie, moje ruchy stają się coraz bardziej i bardziej rozpaczliwe, by w końcu zamrzeć, zastygnąć. I trwać. I trwać. I trwać. I trwać.
Z tego snu budzę się z wrzaskiem.

A.

Obserwowałam ją nieustannie. Próbowałam przyłapać ją na czymkolwiek, co mogłoby dać mi absolutną pewność, co pozwoliłoby mi odpowiedzieć na to najbardziej intrygujące mnie pytanie. Pilnowała, żeby z niczym się nie zdradzić - byłam tego pewna. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
Sierpień dobiegał już końca, wrzesień wciskał się wraz z chłodnymi podmuchami wiatru w szpary okien. Był w piasku na plaży i w uliczkach miasteczka. Znajdowałam go nawet na słonych od morza wargach Marka. Nie przyjmowałam go jednak do świadomości, dopóki któregoś popołudnia nie zobaczyłam go w jej włosach.
Nie wiedziałam, że to nie wrzesień zabiera mi ją kawałek po kawałeczku. Nie miałam pojęcia, że w tym wszystkim chodziło o Marka.

J.

(Przynosiła im co noc koszmary, a oni brnęli w to coraz bardziej i bardziej, aż w końcu nie mogli bez niej żyć. Doprawdy nie wiem, co takiego stało się między nimi. Być może ona uwiodła Marka, a Anna nie mogła im obojgu wybaczyć tej zdrady. Załamała się kompletnie. Marek czuł się podle i do poprawy jego stanu z pewnością nie mógł przyczynić się fakt, że ona rzuciła go nagle, z dnia na dzień, znudzona zabawką.
A może po prostu któregoś dnia zniknęła z ich życia, cicho i niepostrzeżenie odchodząc razem z sierpniem ku wrześniowi? Była treścią, która wypełniała ich życie i bez niej zostały tylko dwie puste skorupy, które kiedyś były ludźmi.
Może naprawdę była wiedźmą i spętała ich oboje miłosnym czarem, związując tajemnym sposobem swój los z ich losem?
A może zdiagnozowano u niej chorobę psychiczną, która przenosi się za pomocą wirusa i oni padli jej ofiarą, ulegając szaleństwu?
Może ona nigdy nie istniała i to oni byli obłąkani albo szukali usprawiedliwienia dla postępującej w ich związku obojętności?)

M.

Zazdrośni o siebie nawzajem, oddalający się od siebie z każdą minutą. Taka była dla nas ta końcówka sierpnia.
Najgorsze było chyba to, że  nie potrafiliśmy tego przerwać. Trzasnąć drzwiami, wyjść, zakończyć całą tę żałosną grę pozorów. Na swój sposób było nam z tym dobrze, gdy zadręczaliśmy się po nocach, nie mogąc spać, gdy nie potrafiliśmy już patrzeć sobie w oczy.
Znosiliśmy to, bo jeszcze wtedy była z nami ona, należąca do nas obojga i właściwie do żadnego z nas. Ale potem ona odeszła, a nam nie zostało nic.

J.

(Mieliśmy tu do czynienia z rodzajem trójkąta. Anna i Marek tworzyli podstawę. A potem pojawiła się ona, wierzchołek, i wciągnęła ich niepostrzeżenie w tę grę, której reguł nawet nie starali się pojąć.
W tym wszystkim największy niesmak czuję do Marka. Bo Marek to człowiek, który nie umie walczyć, zupełnie. Unosi się jakoś na fali wydarzeń, która wyrzuca go za każdym razem na inny brzeg. Jego mottem życiowym jest: będzie, co ma być.
Ale wbrew pozorom w Marku kryje się jakiś głęboki dramatyzm, który polega na niedookreśleniu własnych pragnień. Właściwie to mi go trochę żal).

J.

(Myślę, że najbardziej prawdopodobne jest to, że była obłąkana. Codziennie o zachodzie słońca szła w blasku zachodzącego słońca, dając się poniżyć, upodlić, aby chociaż trochę, choć troszeczkę odkupić swoje szaleństwo.
Zniknęła bez słowa, po miesiącu. Spędziła z nimi cały sierpień, spalając ich kawałek po kawałeczku, nie zostawiając im nic prócz narastającej obojętności. Kupka wczorajszego popiołu i dwie laleczki ze spalonego teatru - oto, czym teraz są.
Aby wykazać, że coś nie istnieje, należy przeprowadzić dowód, w celu wykazania tego nieistnienia. Nie umiem wykazać, że nigdy jej nie było, zatem zakładam, że istnieje).

J.

(A tak naprawdę to tutaj chodzi chyba o tę obojętność. I o to, że po tym miesiącu nic już nie było między nimi takie samo).

* Po polsku ten fragment już tak nie brzmi, jego cierpki smak nie zostaje potem długo na języku. Bo: „Mamy tu do czynienia z rodzajem trójkąta. Ja chcę Tylera. Tyler chce Marli. Marla chce mnie. Ja nie chcę Marli, a Tyler nie chce mnie, już nie. I tu nie chodzi o żadną miłość. Tu chodzi o żądzę posiadania. Bez Marli Tyler nie miałby nic" to już stanowczo nie to.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież