Józef Jacek Rojek - Strony świata

Pisząc o innej twórczości poetyckiej, przede wszystkim myślę, jako poeta, o jednym: co mnie do tych wierszy przyciąga, wzrusza, zaskakuje, prowokuje czy po prostu – na ile jest inna od mojej twórczości (to dobrze) i czy – paradoksalnie – z tą poezją trochę się na przykład nie utożsamiam pod względem ukazania w niej istotnych motywów, wątków bądź formy, oczywiście nie wspominając o zastosowanych środkach poetyckich, jakimi posługuje się autor, abym ja, niżej podpisany, mógł tę poezję pojąć, zrozumieć, zaakceptować, polubić, niejako „wejść" w nią z całą przyjemnością obcowania ze słowem, metaforą, porównaniem i innymi ingrediencjami poetyckimi czy estetycznymi. Ba, to oczywiście nie wszystko, bo na pewno ktoś inny doda: a przesłania filozoficzne, a subtelności czy zmagania metafizyczne w utworze, a pokazanie gorzkiego smaku egzystencjalnego bytu czy innych filo- i onto-zjawisk krytycznych, prawda? Do licha – prawda, tyle że akurat one na mnie najmniej działają: owe tak zwane przesłania i subtelności filozoficzne, metafizyczne czy egzystencjalne, bowiem są czasami dość pustymi słowami dla zwykłego czytelnika, które upiększają zazwyczaj tekst, rzekłbym złośliwie: „ubogacają" biedę krytyczną, bądź „unaukowiają" beztalencie oceny. To tyle, chociaż czuję na sobie słowa przypowieści: „Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień", jako że sam w tym krytycznym „procederze" uczestniczę i wmawiałem nieraz innym piękne słowa bez pokrycia, do jakich zaliczam właśnie filozofię i jej meta-odniesienia egzystencjalne, mając zawsze na uwadze słowa Bolesława Leśmiana z Traktatu o poezji: „Cokolwiek się powie o poezji jest błędem. Poezja żywcem się wymyka wszelkim określeniom. Określenie jest dla niej smutnym rodzajem trumny szklanej, którą – przejrzyściejąc – zabija".
I jeszcze jedno: ciągle się wydaje, przeglądając pobieżnie informacje-recenzyjki w niektórych dziennikach czy czasopismach literackich, że w polskiej poezji współczesnej funkcjonuje tylko kilku/kilkunastu twórców ze: Stolicy, Krakowa, Wrocławia czy Gdańska, o których niezmiennie „bębnią" krytycy, jakby się ich życiorysy twórcze nauczyli na pamięć ze względów merkantylnych, koleżeńskich czy innych – a wszystkich pozostałych do nich się tylko porównuje, co jest ich błędem zasadniczym! – ze swej zapewne niechęci do wysiłku umysłowego, czy w ogóle do jakiegokolwiek zauważenia innych i odczytywania twórczości spoza swego grona, i  koniec...
A to nieprawda! I o takich twórcach, z dalekiej prowincji, właśnie chcę powiedzieć najwięcej, bo naprawdę warto, i jest o czym pisać. Jak chociażby o poetce i polonistce z powiatowych Bartoszyc na Mazurach, gdzie Polska się kończy lub zaczyna od granicy z rosyjskim Kaliningradem...
Zatem ad rem!

1.
W pierwszym tomiku Urszuli Drogomir „Obnażanie z mgły" (1990), ba, w samym nawet tytule zbiorku, mamy założenie autorki, aby z mgielnej magmy słów, pojęć, zdań i wszelakich rozproszonych znaczeń – obnażając siebie, bo taki jest los twórcy – zbudować coś trwałego, znakomitego, znajdując jednocześnie akceptację u odbiory: „po co więc piszesz / ten wiersz / ślad twego / istnienia" („Ślad"), aczkolwiek mając na uwadze swoją niedoskonałość twórcy jako takiego: „stworzyłam siebie / i znów się porzucam" („Demiurg niedoskonały"). Ten przeciwstawny świat: tworzenia i obalania, łączenia – porzucania, pamięci – zapominania, miłości – wrogości, typu: „chciałam żyć / dałeś mi / tą miłość / dziś / umieram z tęsknoty" („Chciałam"), jest nie tylko subtelnym wierszem-haiku o miłości, o chwiejności uczuć, ale przede wszystkim o niespełnieniu, o niemożliwości spełnienia się: ostatecznego obnażenia się z mgły nawyków, skostnień, rutyny, i całego balastu dnia dookolnego...
Po prostu: tomik ten, to poetycka próba stwarzania siebie jako artysty; stąd wiele odniesień osobistych do świata tu i teraz, do świata realnego, do świata nie do końca wyobrażalnego, ale przede wszystkim do świata uczuć, gdzie: „rzuciłam się / w wielki ocean /patrzysz spokojnie / z odległego lądu / co wiesz / o tonącym / z miłości" („Co wiesz").
Właśnie: co my o tym wiemy, Drodzy Czytelnicy. No, co?!

2.
Drugi tom wierszy „Zanim..." (2005) U.i Drogomir zbudowany jest dość niecodziennie na zasadzie swoistej paraboli: od miejsca nieoczekiwanego zamieszkania, kiedy to „wybrałam się z tą duszą / gdzieś w północne strony" („Prusy"), po końcowy wiersz w tomiku z bardzo osobistym westchnieniem: „czy jest jakaś / nadzieja", aby pogodzić się z własnym tutaj życiem, własną osobowością, własnymi uczuciami i dramatami: „dla wyrzuconej /przez morze /z rozpostartymi na piasku / rękoma" („Czy jest").
Jest to parabola iście niecodzienna, o metafizycznym wręcz zabarwieniu dla nas, jak i dla samej autorki, świadomej własnej twórczości i świadomej pytań o sens tejże twórczości, a co za tym idzie: własnego życia „zanim ciszą zastygniesz/ w tajemnym / wymiarze niebytu". Mało jest pytań tego typu we współczesnej poezji, na które oczywiście nie możemy znaleźć ostatecznej odpowiedzi, stąd często szanownych czytelników odsyła się do plejady filozofów i ich „bytów" filozoficznych, które również są tylko „maskami życia", a nie żadnymi kamiennymi opokami, na których buduje się własne życie. Urszula Drogomir w obecnym tomie wierszy również te „maski życia" przedstawia, bowiem jesteśmy „ ruchem / i dźwiękiem / w zgiełku /świata". A skoro w tym „zgiełku świata" bytujemy, sięgnijmy zatem do jej wierszy, które, pozornie, zbudowane są lakonicznie, niebłyskotliwie czy fajerwerkowo, ale i nie bez cienia znakomitej uszczypliwości czy nawet złośliwości, jak np. w wierszach „Z Szekspira", „Pewniki", bądź „Ostatnia prośba", co przydaje tym utworom nie tyle szczypty humoru, co przede wszystkim oceny całego teatru świata, wszak w tym teatrze świata nosimy swoje maski, ukrywające nas przed innymi, ukrywające nasze prawdziwe ego...
Wróćmy zatem do początkowych wierszy autorki. W znamiennym utworze „Infekcja" jest coś, co dotyczy mnie osobiście, również przybyłego przed laty do Bartoszyc. Tutaj również nie obchodziły mnie „pruskie cienie / kamiennych posągów" i nie „urodziły mnie te krajobrazy", ale tu również znalazłem „odwieczny niepokój / i mimowolną fascynację". I za ten wiersz osobiście dziękuję, bowiem m.in. wyraża również „Puentę mojego życiorysu" – jak napisałem w wierszu „Północna ziemia" z tomu „Strony kalendarza" (2001), a to zapewne nazywa się twórczym powinowactwem duchowym, jakie czasami przytrafia się tym, co kontynuują poetycki dialog z „Borussią", „Kreis Bartenstein" czy „Natangią" oraz z innymi utworami z tego tomiku wierszy U. Drogomir.
Jest również w tym tomie cykl wierszy „najczulszych wspomnień", jak: „Złota reneta", „Maj", „Lubaczowa 2000" oraz utworów dotyczących Tarnowa i innych, gdzie „znajomy zapach / tej ziemi – zatyka nozdrza i krtań". A to jest między innymi podstawą naszego pisania: artystyczny dokument dobrej poezji, jaką bezsprzecznie jest twórczość pisarki.
Twórczość – jak rzekłem – wprawdzie nie fajerwerkowa, ozdobnikowi w wyszukane metafory czy przenośnie, budowana ciągle z Wielkich i Wielkich Słów, rzekłbym: majuskularna. lecz często bezmyślnie szastająca słowami na lewo czy prawo z niedbałością o sens zdań lub myśli z nich stworzonych. Ale to nie znaczy również, że poezja U. Drogomir jest uładzona, letnia, taka sobie „filozofująca" po udanym podwieczorku. Nieprawda.
Jest w tej twórczości, oczywiście pod jej „maską życia" – że się powtórzę – jak najprawdziwszy „homo raptus", jak się nazwała sama autorka w tomie Zanim w utworze „Gwałtowność". Homo raptus „nie umiejący / wybaczać" z myślą „by nie zerwał się / znów / huragan myśli – o tobie", bowiem już „lęków ciemne nietoperze / zawisły / nade mną" i aby wreszcie skonstatować w wierszu „Wątpliwości": „wyciągam dłoń / by dać / czy brać a może / sprowokować chaos grawitacji", jak zwykle czyni to odwieczna kobiecość „na przekór / wszelkiej logice / i porządkowi rzeczy" – jakie kilka tu przedstawiłem.
Inne motywy i aspekty poetyckie pozostawiam do rozszyfrowania PT. Czytelnikom, jako że jest ich bez liku i pisane na wysokim poetyckim diapazonie.

3.
Najnowszy zbiór wierszy Urszuli Drogomir „Trzy świata strony" (2010), to skromny objętościowo trzeci tomik poetycki podzielony na trzy części i stanowi pewnego rodzaju novum w jej twórczości. Na czym to polega? Przede wszystkim tematem jej wierszy staje się mit i mitologizacja naszej rzeczywistości, tak teraźniejszej jak i przeszłej: tej najdawniejszej, do której się zawsze odwołujemy – czyli mitologii kultury śródziemnomorskiej, greckiej przede wszystkim (Południe); tej bliższej – rodzimiej, pokoleniowej (Wschód); i tej obecnej, w której się wszystko dzieje (Północ), bowiem „kontempluję w ciszy / rzeczywistość dawną i obecną" („Schlodien"). Kontempluję to jednak za mało powiedziane. Ba, autorka „Zanim..." wręcz obsesyjnie „Poszukuje tej części / o której mówi filozof / odebranej w jakimś / momencie przedistnienia / z zapaloną w biały dzień / lampą swoich oczu". A tą poszukiwaną częścią każdego z nas – jak powiada grecki filozof Platon – jest nasza druga polowa, która, przez miłość (podkreślenie – JJR), choć obca, staje się nagle nam bliska, mimo że: „Wiem tu jest świat / gdzie jestem / siebie samej połową" („Poszukuję"). Dlatego w pierwszej części tomiku tyle odniesień do tej archetypicznej kultury i cywilizacji śródziemnomorskiej, nim jeszcze przybyli „pokrętni Rzymianie / i zanim z kazalnicy Pawia / trzy cnoty zaczną przemierzać / ku nam drogę tonąc w pyle" („Korynt"), a gdzie znajdziemy m.in. i takie wyznanie: „Ja, Penelopa / z wiernej Itaki / tkam jak należy / tę szatę" („Penelopa"), a wszystko podane prosto, oschle, skrótowo, ale wstrząsająco intymne i wyrafinowanie trafne są to utwory.
Wiersze z drugiej części tomiku, czyli Wschodu, jak powiedziałem powyżej, odwołują się – dramatycznie! – do pokoleniowej, rodzinnej przeszłości, odkąd „Nazwy miejscowości / w obcym alfabecie / budzą dalekie echa / wspomnień rodziców / i krewnych" („Wołyń"), bowiem „Wołyń mnie wołał / historią ziemi rodzinnej / wypalonej z serca". I stąd mamy wiersze następne: „Strony ojczyste", „Zza Buga", „Ikwa" i podobne, ale już nawiązujące do części trzeciej, Północy, poprzez odniesienia do podobnie zastanych sytuacji na Warmii i Mazurach po 1945 roku, jak stało się na Wołyniu, czyli wiersze „Z boku. Antologie" czy „Wspólny los": „Kresowe Podhorce / sponiewierane – ogołocone doszczętnie", podobnie jak: „Pruskie Schłobitten /poranione / bez dachu nad głową" – niemal: „kamienna cisza".
Dlatego wiersz „Trójwymiarowość", pierwszy z trzeciej części tomiku, jest taki przejmujący, dramatyczny, poetycko dookreślony, jakby stał się jednocześnie zadumą nad przeszłością, jak i puentą całego zbiorku wierszy, wszak: „Nie ma już ich obojga / ani dziewczyny z Kresów / ani wschodniopruskiego chłopca / ich obrazy przeniknęły moje // Są mną". Zatem pozostaliśmy my i „Pruskie drogi" z dedykacją: „Pamięci ofiar ewakuacji zimą 1945 roku" i: „Ta oczywistość / nie potrzebuje wyorani / grzebania w śnieżnym styczniu / odsłania w trzaskający mróz / nagiej duszy / człowieka opuszczonego".
No i – jak chciałaby autorka „Obnażania z mgły" – powinniśmy znaleźć tylko swój eden, swój raj na ziemi, z własnej trójwymiarowości: Południa, Wschodu i Północy, po prostu „Ogród", gdzie: „jabłonie pełne / dojrzewających pokus / widzę swój ogród/ i myślę raj". To naprawdę byłby raj na ziemi...
Oto kilka istotnych wątków, jakie próbowałem przedstawić z tego ostatnio wydanego tomu wierszy „Trzy świata strony" U.i Drogomir, a o wcześniejszych dwóch przypomnieć i opisać jej świat poetycki; inne wątki pozostawiam domyślności Czytelników, mając jednocześnie na uwadze, że: „cokolwiek się powie o poezji – jest błędem", jak aforystycznie ujął istotę poezji Bolesław Leśmian; i temu określeniu chcę pozostać wierny w swej krytyce, bo dogmatyzm krytyczny ubezwłasnowolnia wyobraźnię.

Urszula Drogomir: Trzy świata strony, S-CAN Wydawnictwo, Tarnów 2010, ss.