Remigiusz Włast-Matuszak - Kto mieszka nad kuchnią?

KIM jest tytułowy bohater mieszkający nad kuchnią? Czym jest kuchnia, lub CO nią jest, CO tak określamy? Wiersz kończący tom poezji Artura Ilgnera zatytułowany „CZŁOWIEK mieszkający nad kuchnią" zmusza do zadania wielu ważnych pytań. Rozpoczyna dyskusję o sprawach błahych, codziennych, jak i stawia pytania o sens naszego życia. O Ludzkość i Stwórcę. Dominuje nad całym tomem wierszy. Pisanie recenzji literackiej – a wyrażając się precyzyjnie – recenzji z tomu poezji - wymaga wielkiej odwagi, pospolitej ignorancji, lub bezczelności wykształceńca. Pisanie recenzji z tomu poezji elitarnej, intelektualnie hermetycznej, poezji o niebywałym natężeniu treści - to zadanie raczej niewykonalne.
Świat Recenzji i jego okolice wybrukowane są głównie dwoma odmianami „produktów recenzyjnych" – jedną plagą są notki, bezrefleksyjne napisane przez dyletantki - polonistki, które przeczytały treść pomieszczoną na „skrzydełku", zobaczył spis utworów, skompilowały kilka zdań z Internetu lub z innej notki, i tak powstaje - zostaje nam podana „recenzja"  konfekcyjna – do jednorazowego użytku. Równie ekspresowo i po najmniejszej linii czasowego oporu, podobne recenzje płodzą panowie akademicy z wydziałów polonistyki różnych szacownych szkół wyższych. Przy opanowaniu języka recenzyjnego, zasobie wiedzy ogólnej itd., w ciŕgu ˝ h sŕ w stanie napisać „wysoce intelektualny", bezpłciowy gniot z każdego „zadanego" im tomu. Dla okrasy wrzucą na chybił trafił wybrany wierszyk jako „cytatę" i „krytyka" gotowa. Z przeciwnego bieguna „recenzyjności" pisane są recenzje z zadęciem eseistyczno-kulturoznawczym. Nieprzystępność bełkotu pseudonaukowego języka „literaturoznawczego" oraz „imputowanie" autorowi wymysłów samego recenzenta, graniczy ze śmiesznością i autoparodią krytyki literackiej.
Swego czasu styl ten – niezamierzonej autoparodii - został doprowadzony na niedościgłe wyżyny przez red. Beatę Chmiel w bezpłatnym dodatku literackim do „starego" Życia Warszawy. By zrozumieć tekst trzeba było zaopatrzyć się w kilka słowników (Internetu jeszcze w Polsce nie było) encyklopedii i komplet historii literatur narodowych. Sądzę, że była to swoista licytacja redakcyjna pt.  „kto spłodzi bardziej niezrozumiały i zawiły tekst krytyki literackiej" – być może nawet sami autorzy nie rozumieli o co im chodzi i być może o to właśnie chodziło. „Heterodoksja antytrynitarska a fideikomis dualistyczny w poezji Sępa-Sarzyńskiego" – tak to mniej więcej „leciało". Dodatek upadł niebawem i pociągnął za sobą Życie Warszawy jak i jego redaktorów.  
Recenzyjny zawilec bywa zabójczy – krytyk pisze tak „mądrze" o poezji autora, że Czytelnicy boją się później kupić tomik, bo uznają się za zbyt niedojrzałych by cokolwiek zrozumieć z prezentowanego tomu. Ostatnio czytałem taki tasiemiec recenzyjny zamieszczony (w dobrym periodyku literackim) poświęcony tomowi Jana Polkowskiego pt. Cantus. Sądzę, ze czasami nawet autor po przeczytaniu takiej recenzji w stylu „co twórca chciał przez to powiedzieć" sam przestaje rozumieć co napisał.
Co ja, po takim wstępie, chcę zaoferować Czytelnikom wierszy Artura Ilgnera?
Na pewno nie recenzję – raczej mini esej publicystyczny o polskiej poezji współczesnej i polskich poetach naszych dni.
„CZŁOWIEK mieszkający nad kuchnią" to poetycki debiut Autora, znanego z publicystyki kulturalnej, realizacji TV, sztuk teatralnych, biografii Krzysztofa Komedy, twórczości i reżyserii kabaretowej. Autor siłą rzeczy pomieścił w tomie większość swojego poetyckiego dorobku. Prawie sto utworów. To bardzo wiele jak na tom.  Zawodowy, poetycki „profesjonalista" wykroiłby z tego materiału trzy „dobre i głośne" tomy, a potem wiersze wybrane i zebrane – słowem żyłby z takiego tomu wierszy przez kilka lat. Tak więc mam pewien zarzut „logistyczny" w stosunku do Autora – może za dużo opublikował w jednym tomie, bo jego wiersze nie są zwyczajową „woda poetycką" okraszona jedną myślą raz na trzy utwory. Tu jest odwrotnie. No i to jest właśnie drugi zarzut „logistyczny" – „za mądry" Pan jesteś, za szczodry. Większość „literatów polskich" wykroiła by z jednego utworu Artura Ilgnera, dwa, trzy, a nawet więcej „samoistnych" wierszy. Autor nie szczędzi nam treści zawartej w poetyckim przekazie, bo to utwory wprost zmuszające do myślenia, w dodatku długo i intensywnie. Są to wiersze, które przypominają się po kilku godzinach, dniach, w różnych sytuacjach, zapadają w pamięć. Myśli w nich zwarte przyswajamy sobie, kradniemy je jako swoje, a po jakimś czasie stają się faktycznie nasze.
Jak sklasyfikować wiersze Artura Ilgnera? Specjalnie odnalazłem na półkach tom Jerzego S. Sity – (tłumacza i poety głośnego w ubiegłym wieku, który z próżności zamienił krzesło prezesa Czytelnika na fotelik ambasadora w Kopenhadze)- pt. „Poeci metafizyczni". TAK! – Artur Ilgner jest poetą metafizycznym, a jego wiersze to czysta metafizyka. Całe przedpołudnie przeznaczyłem na przypominaniu sobie utworów Johna Donne’a – którego przeciętny magister humanista zna z inwokacji do „Komu bije dzwon" - , potem Marlowe, Robert Herrick – mistrza dobrego smaku w erotycznym przekazie, Marvell i sonety Mistrza Williego. Zanurzam się w czystej klasycznej metafizyce, i doceniam wiersze Artura Ilgnera – polską, współczesną metafizyczność.
Autorytet intelektualny - Louis L. Martz – gwiazda nauki amerykańskiej, określa metafizyczność jako komponent: intelektu, rozsądku, błyskotliwości, odkrywczości, bystrości, umiejętności konstruowania i kojarzenia, talent dostrzegania i wyjaśniania rzeczy olśniewających, umiejętność zaskakiwania trafnym dowcipem, a nawet wybiegania poza horyzont zdarzeń. Artur Ilgner to nam właśnie oferuje.
Oczywiście możliwości Czytelników w percepcji tekstu są różne. To już godne pochwały, że ktoś w ogóle czyta z własnej woli, że sięga po poezje, i że stara się ją  rozumieć. Utwory Artura Ilgnera można przyswajać sobie na różnych poziomach, zależnie od wykształcenia i wrodzonych zdolności. Tak jak „Ulissesa" Joyce’a, który ma trzy podstawowe poziomy rozumienia tekstu – (dla magistrów humanistyki, profesorów humanistyki, oraz dla inteligentnych profesorów humanistów, lub pisząc inaczej: dla ludzi inteligentnych i wykształconych, oraz dla błyskotliwych intelektualistów).
Podobnie jest z percepcją poezji Trakla, Eliota czy Ezry Panda. Ale cóż, każdy ma prawo strać się ogarnąć całość ukrytych odnośników, aluzji, treści zawiłych i przesłań na własnym poziomie.
Wiersze Ilgnera to nie oczywiste, czytelne wierszyki Barńczaka, Świetlickiego, czy głośnego w ostatnim sezonie Dyckiego-Tkaczyszyna myślącego i piszącego „poprawnie i środkowoeuropejsko" – wysiłek intelektualny w czytaniu Ilgnera jest niezbędny.
Przy okazji szukania poetów metafizycznych – odnajduję i otwieram różne polskie antologie poetyckie. Próba czas, klepsydra jest bezlitosna. „Łódzka Wiosna Poetów 1976"  I Nagroda Stefan J. – Św. Benedykcie wybacz, a kto to?
„Sprawdź w Internecie!" – odpowiada telepatycznie Patron Literatów – sprawdzam – Stefan, J. wydane 12 tomów poezji – 30 nagród i złoty krzyż.  Tak właśnie wygląda polska poezja. Kilkuset „poetów" znanych z tego, że są znani, że żyją na koszt wydziałów kultury różnego szczebla. Zaglądam do antologii „Poeta jest jak dziecko" MAW 1987 – tu jest ponad 60. poetów uznanych wówczas za głośnych. Czytam nazwiska i mimo „robienia w poezji" są to dla mnie puste dźwięki, czytam strofki i zastanawiam się co to jest? Kto przetrwał próbę czasu, kto okazał się Poetą – odnajduję tu Kazimierza Brakonieckiego z Olsztyna, kilku poetów którzy w młodości wydali jeden dwa dobre tomy i na ty się skończyło. Tragedia prawie amerykańska. Tomisko opasłej i ciężkiej antologii „pióra" Karaska. Ten zawodowiec z drugiej ligi upchnął w swym dziele  wszystkich „współczesnych" co ogłosili cokolwiek – chyba 200 „poetów". To już nie antologia – to książka telefoniczna. Potem antologia pana Honeta – 100 poetów z lat  1990-2000, z tego tuzin z talentem, a reszta? Kim oni są? Czy to pacjenci stosujący autoterapię zaleconą przez lekarza, grafomani, belfrzy usiłujący się dowartościować intelektualnie? No i na zakończenie „Macie swoich poetów" - wypisy z liryki polskiej urodzonej po 1960 roku,  z „Lampy i Iskry Bożej" jaką reprezentuje Paweł Dunin-Wąsowicz. Też 100 poetów – tym razem antologia wznosi się na „niebywałe wyżyny" – poziom poezji osiąga w porywach nawet 25% zawartości druku zawartego. Po co zanudzam tym biadoleniem nad stanem naszej współczesnej poezji?
Bo być może, że po śmierci Zbigniewa Herberta, z współcześnie tworzących został nam Jarosław Marek Rymkiewicz, Janusz Szuber i Artur Ilgner ? Potem długo nikogo i dopiero Marcin Świetlicki, Brakoniecki, Grzegorz Wróblewski w Kopenhadze, „wybudzony" ostatnio Polkowski i reinkarnacja Vilona – Tkaczyszyn-Dycki.
Największą zbrodnią, i nieporadnością warsztatową wszelkiej maści recenzentów poezji jest przytaczanie w całości, lub obfite cytowanie wierszy, odkrywcze stwierdzenia, że autor pisze do rymy lub wierszem białym i tym podobne wiekopomne konstatacje. By nie ośmieszyć się sztampą i kalką z „Nowych Książek" czy innej „Krytyki Bezkrytycznej", zaproponuję tu skoncentrowanie się tylko na jednym tytułowym wierszu Artura Ilgnera, pt. "CZLOWIEK mieszkający nad kuchnią".
Interpretacji jest kilka i w dodatku wszystkie prawdziwe! Tym Człowiekiem może być nasz Stwórca – Bóg Ojciec, jednaki dla Żydów i Chrześcijan, dla Muzułmanów pewnie też, ale jako ignorant „arabistyczny" wiem tylko, że jest to też Lud Księgi, i razem czcimy Abrahama oraz kilku innych Proroków. A więc nad Kuchnią, czy też kuchnią, czyli nad nami wszystkim, w niebie, mieszka Bóg i patrzy na nasze krzątanie codzienne, na nasze widelce czekające na banalna kurę z piekarnika. Patrzy z wyrozumieniem Stwórcy – skoro kura w garnku co tydzień w niedzielę, jest synonimem naszego ludzkiego szczęścia, to niech nam będzie. Człowiekiem może też być mędrzec, strzec, poeta, intelektualista taki jak Rymkiewicz czy prof. Tazbir, czy prof. Brzeziński - zagrzebany wśród książek nam niepotrzebnych, wśród notatek, rękopisów i patrzący na nas z wyższością człowieka, który sam przeniósł się z wygodnego parteru do izby nad kuchnię, by mieć święty spokój, a przynajmniej kilka chwil do namysłu zanim tupiąc po schodach ktoś zakłóci jego spokój przynosząc pierś kury i herbatę. On słyszy rozmowy w kuchni, i czasami ingeruje by zażegnać popis  krzyczącej głupoty zjadaczy kury.
Człowiekiem nad kuchnią może być też sam Autor – który kocha rodzinę, ale potrzebuje kilku metrów odległości, wolnej przestrzeni, by bez pytania nie stawiano parówek na jego papierach. Czasami zapach z kuchni zwabia go i wówczas schodzi by zająć poczesne mielce wśród rodziny i pokroić kurę, podać ją swojemu stadu, którego ciągle jest „przewodnikiem".
Wierszy zmuszających do refleksji, zadumy, pisania esejów jest w tomie Artura Ilgnera kilkadziesiąt. Zafundujmy sobie ucztę, dobre wino, śpiew i tom wierszy. Zostańmy z nadzieją, że będą następne. Czekajmy z widelcami w garści na następną  smaczną „kurę" z kuchni Artura Ilgnera.


Artur Ilgner: „Człowiek mieszkający nad kuchnią", Towarzystwo Słowaków w Polsce, Kraków 2009