Edmund Pietryk - Requiem

Był poetą najdelikatniejszym z delikatnych, najcichszym z najcichszych. Kręciło się wokół niego sporo wielbicieli, ale trudno było sobie wyobrazić równie samotnego człowieka na świecie. Miewał przypływy schizofrenii, ale również jak on łagodne. Był najbliższym przyjacielem Stachury, który, gdy żył, zabiegał o druk jego wierszy, bo sam Witek był tak życiowo niezaradny, że nie był w stanie szukać sobie miejsca w środowiskowych układach.
A przy tym był na swój sposób szczęśliwy, szczęściem bezbronnego dziecka, które wciąż nie może zrozumieć okrucieństwa tego najlepszego ze światów. Przez całe dorosłe życie mieszkał z matką i właściwie nie bardzo było wiadomo, kto kim bardziej się opiekował. Matka była poetką, która nie napisała w życiu ani jednego wiersza – jej skończonym dziełem poetyckim był Witek. Byli sobie potrzebni, wręcz niezbędni, rozumieli się bez słów.
Witek miał swoich wyznawców – jeden z nich nazywał go czyśćcowym poetą, a przecież tak naprawdę był on poetą nieba na ziemi, która bywa najprawdziwszym piekłem. Stachura popełnił samobójstwo i w jakiś sposób osierocił Witka, ale wciąż od prawdziwego sieroctwa strzegła go matka. Z mostu skoczył jego przyjaciel Andrzej – spadł na betonowe nabrzeże, zginął na miejscu, ale wciąż trwała przy nim matka. Innych kobiet nie było w jego życiu. Odstraszały je jego bezbronność, niezaradność, lewitowanie w innej, niezrozumiałej dla nich rzeczywistości. I nie starały się go zdobyć nawet te fanatycznie zakochane w jego poezji.
Przyszedł jednak moment, gdy matka zmarła. Przedziwne było to, że Witek jej śmierć uznał za fakt poetycki. Zresztą on tak naprawdę nie odróżniał życia od śmierci. Jedno i drugie było dla niego zjawiskiem poetyckim. Żeby nie umarł z głodu, zajęła się nim siostra. On żył dalej, zadziwiony cudem życia i nawet okrucieństwo nie miało do niego dostępu. Bóg obdarzył go łaską nierzeczywistości, jakimś wielkim znieczuleniem, uśmiechem bezbronnego dziecka.
I wtedy zdarzył się cud – zainteresowała się nim rozwódka, która przez lata grała na flecie w zespołach rozrywkowych. Ona nie wytrzymywała samotności, nie miała szczęścia do mężczyzn i wkrótce zaczęła odwiedzać Witka codziennie. Witek po raz pierwszy w późnym wieku poznał fizyczną miłość i to dopiero było dla niego wielkim, poetyckim zadziwieniem. Odbył się ślub, na którym świadkiem był wieloletni wyznawca jego poezji – krytyk literacki, a z jej strony syn z nieudanego małżeństwa. Joanna, bo tak miała na imię jego żona, dorabiała do skromnej renty grą na pogrzebach ludzi, których rodzin nie stać było na bardziej wystawne pochówki, więc ona, by uświetnić uroczystości grała na flecie Ave Maria. Witek był zachwycony tym zajęciem Joanny. Wydawało mu się skończoną, najdoskonalszą poezją. Sceneria cmentarna, majestat śmierci i jego ukochana, dobra żona grająca nad coraz to nowym grobem Ave Maria. Czy może być doskonalsze wcielenie poezji – jej beznadziejnego czasem kiczu i jej niepowtarzalności?
Byli szczęśliwym małżeństwem. On przed snem trzymał ją za rękę i wpatrywał się w nią rozkosznym wzrokiem, aż do momentu, gdy doznał wylewu krwi do mózgu i zaniemówił, częściowo sparaliżowany. Ona po tym zdarzeniu pokochała go jeszcze bardziej – jego skrajna już bezbronność wzmogła jej i tak już wielkie uczucie. Lekarstwa kosztowały coraz więcej, dlatego gdy mogła, realizowała kolejne zamówienia pogrzebowe. Nie wyobrażała sobie, że Witek może umrzeć, nie podejrzewała los o tak wielkie okrucieństwo. Dalej przed snem trzymał ją za rękę i dalej uśmiechał się uśmiechem bezbronnego dziecka.
A jednak stało się. Któregoś ranka Witek się nie obudził. Na jego ustach zastygł ten ufny, dziecinny uśmiech, za który tak bardzo go pokochała. Ona, przyzwyczajona do śmiertelnej scenerii, była przerażona okrucieństwem i bezsensem tej śmierci. Pogrzeb Witka odbył się cicho i godnie, jak cichy i godny w swej bezradności był sam Witek.
Wróciła po pogrzebie do pustego domu, otoczyła się tomikami jego wierszy, ale nie mogła zasnąć. Nazajutrz wczesnym rankiem pobiegła na cmentarz i tam zagrała Ave Maria nad grobem swego drugiego i prawdziwie ukochanego męża. Grabarze, którzy w pobliżu kopali nowy grób stali jak osłupieni – jeszcze nigdy nie słyszeli tak przejmującego Requiem, nawet w wykonaniu orkiestr, które czasem gościły na tym cmentarzu. Nigdy nie słyszeli tak głębokiej modlitwy. Joanna grała długo i z uczuciem jakiego nigdy nie doświadczyła w tej pracy. Postanowiła grać tak codziennie. Grabarze stwierdzili, że nigdy jeszcze nie widzieli i nie słyszeli tak wielkiej artystki. Tylko co ona przy swojej wielkości robi tutaj o tak wczesnej porze na tym cmentarzu? A ona po prostu po raz pierwszy dorównała wielkości swojemu mężowi, którą teraz pojęła w całej pełni. Była w tym wszystkim równie niepowtarzalną poetką jak jej mąż, który nie umarł – żył w niej ze zdwojoną siłą.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora