Paulina Klessa - Między piekłem a niebem - O poezji Jerzego Utkina

Poezje poszczególnych poetów są odrębnymi światami. Gdyby tak zajrzeć do któregoś z tych światów poprzez Imaginarium doktora Parnassusa, naszym oczom ukazałaby się kraina, będąca wielką alegorią twórczości konkretnego autora. Gdy wybierzemy Gajcego, zobaczymy zgliszcza, po których snują się Widma, stąpając powoli traktem z ludzkich kości. Jeżeli zerkniemy do poezji Rymkiewicza usłyszymy, że ktoś w oddali za lasem śpiewa pieśń Schuberta...
A co czeka nas w świecie Utkina? Pustynia jak okiem sięgnąć. Jej piasek parzy stopy swą wierzchnią warstwą nie tyle boleśnie, co irytująco, w każdym razie w taki sposób, że ma się ochotę czym prędzej stąd zniknąć. Kiedy jednak, powziąwszy zamiar odwrotu, uczyni się krok, a tym samym zanurzy stopę w pisaku, czuje się, że pod spodem jest nieco chłodniejszy, momentami nawet kojący. Kolejny krok znów będzie drażnił, ale zaraz potem odczuje się chwilę błogostanu. Zwariować idzie od tej huśtawki doznań, ale im dłużej się huśtamy, tym większą mamy wprawę.
Nie oglądajmy jednak dłużej piasku pod nogami, unieśmy wzrok. Na Utkinowskiej pustyni stoją samotne, drewniane drzwi. Są zupełnie zwyczajne, jak te, którymi wchodzimy do domu każdego dnia. Jest nawet kredowy napis u góry. Tyle, że to nie pierwsze litery imion Trzech Króli – to zdanie: Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie...
Gdy zbuduje się panoramę twórczości Utkina z jego poszczególnych tomików, skojarzenie z „Boską Komedią" Dantego przychodzi samo. Powodów, by zestawić dzieło mistrza Alighieri z poezją tego współczesnego poety, jest wiele. Najważniejszy z nich to szeroko pojęty temat poetycki, czyli, mieszczący w sobie oś Piekła, Czyśćca i Nieba, człowiek. Utwory Utkina to nieustanne żonglowanie antynomiami – poruszanie się od mroku do światła, od podłości do świętości, od głupoty do bycia mądrym. Poeta z ciekawością bada skalę każdego z tych przeciwieństw, a także wychwytuje te miejsca, gdzie biel przechodzi niepostrzeżenie w czerń, mamiąc nas szarością. Wszystkie te zabiegi przeprowadza skalpelem słów na żywym pacjencie, na istocie ludzkiej, przez co jego poezja bywa dla czytelnika bolesna. Ale skoro poeta ma odwagę zgłębiać tajniki człowieczeństwa, nie bądźmy od niego gorsi i przyjrzyjmy się jego odkryciom.



POEZJA LUDZKIEJ SŁABOŚCI. PIEKŁO

Są takie grzechy, które Utkin bezlitośnie piętnuje i których nie pozwala usprawiedliwiać. Pierwszym z nich jest tchórzostwo, odmalowane w nieskończonej ilości wierszy, z których reprezentatywny jest ten pod tytułem Jak mysz pod miotłą (tomik Trwoga trzciny):

czekasz na dobre słowo żebrak na jałmużnę
z każdą chwilą się kurczysz i zapadasz w próżnię (...)

tyle tylko potrafisz z duszą na ramieniu
lekceważysz głos serca wbrew swemu sumieniu

poddajesz się tej fali która w bryzgach piany
rozbija cię o skały progi mury ściany

bierna mierność i ciche pogodzenie z losem
dla świętego spokoju no i strach przed ciosem (...)

siedzisz jak mysz pod miotłą lub zając pod miedzą
boisz się nieustannie co ludzie powiedzą (...)

czekasz na mannę z nieba albo cud nad Wisłą
wciąż żyjesz w czasie przeszłym lękasz się o przyszłość

potulny jak baranek w stadzie czarnych owiec
nie bój się swego głosu odezwij się powiedz

co myślisz i co czujesz lecz milczysz jak kamień
zamarły z przerażenia koniec kropka amen

Podstawową poetycką bronią Utkina jest kondensacja – mnożąc przykłady zawarte w kolejnych dystychach, autor wyrabia pocisk, po którym nie sposób prędko się podnieść. Jednocześnie jednak tworzy szczegółowy portret Tchórza: małego, trzęsącego się, byle jakiego człowieczka. Jego wizerunek mierzi, dobija uległością. Mimo to Tchórz wzbudza litość, nawet w podmiocie lirycznym, który, zwracając się bezpośrednio do adresata, próbuje go wyrwać z jego uwłaczającej małości. To akurat jeden z tych wierszy, gdzie, po początkowej reprymendzie, nadawca pochyla się nad odbiorcą, chcąc przyjść z pomocą jego słabości. Zazwyczaj Utkin nie jest na tyle łaskawy. W utworze Z głową w piasku (t. Rozmawiaj sam ze sobą) ogranicza się np. do napiętnowania tchórzowskich przywar, nie stroniąc przy tym od pokaźnych dawek ironii. Można by się zastanawiać, dlaczego tak maniakalnie apeluje o odwagę? Czy nie mógłby więcej zrozumienia okazać zalęknionej, schowanej pod miotłą myszy? Utkin wie jednak, czym grozi przewlekłe tchórzostwo i że biedna myszka łatwo może przemienić się w szczura, który będzie kąsał ze strachu. Ewolucję tę pokazuje wiersz Bez winy (t. Trwoga trzciny):

(...) pokornie bez protestu skarlałe sumienie

każe milczeć i słuchać służyć bez wahania (...)

wmawiasz sobie że czynisz tylko to co każą
a później za swe grzechy niech w piekle się smażą (...)

Okazuje się, że Tchórze najlepiej sprawdzają się jako wyrobnicy innych. Nie mają odwagi, by zadawać pytania, ani by zaprotestować przeciwko rozkazom. Stają się wówczas narzędziami silniejszych od siebie, a od bycia narzędziem niedaleka droga do tego, by przemienić się w kata:

(...) bez twarzy bez sumienia za to z pełną kiesą
wciąż łapki zacierają szczerzą się i cieszą

gdy mogą swą pozycję umocnić donosem
półgębkiem siecią intryg albo w plecy ciosem (...)

(Bez twarzy bez oporu, t. Rozmawiaj sam ze sobą)

Przy odpowiednich warunkach Tchórz traci swą pozorną niewinność, dostaje zastrzyk inicjatywy i jest w stanie zrobić wszystko, byle utrzymać się na uzyskanej pozycji, nawet za cenę cierpienia kogoś, kto stoi temu na przeszkodzie. Łatwo można rozpoznać w tym wierszu niedawną mysz spod miotły – tak skwapliwie zaciera teraz łapki...
Poezja alarmuje: z miernego, trwożliwego człowieka powstaje ślepe narzędzie zła. Z grzechu tchórzostwa wyrastają kolejne: obłuda, przyzwolenie na cudzą krzywdę, a, gdy zasmakuje się w korzyściach służalczego życia – chciwość.
We wspomnianych wierszach podmiot liryczny jawi się jako nieskalany moralista. Gdy się je czyta, w głowie pojawia się pytanie: poeto, a czy tobie nigdy nie zdarzyła się chwila słabości? Czy sam jesteś bez winy? Odpowiedzią jest szereg Utkinowskich ‘autoportretów’, w których autor staje na równi z adresatem i razem z nim przyjmuje wymierzone przez swą poezję razy. Z autoportretów właśnie dowiadujemy się, że i karcący za tchórzostwo się boi (Autoportret trwożny, t. Trwoga trzciny), że wykorzystuje innych, czy też w milczeniu daje się wykorzystywać (Autoportret z owcą, t. Rozmawiaj sam ze sobą). W Autoportrecie z błaznem sam sobie ciska w twarz: uśmiechaj się radośnie gdy ci którzy płacą/ ku uciesze gawiedzi całkiem cię zeszmacą, a w Autoportrecie z koniem wyśmiewa skłonność do tępej żarłoczności. Sam tytuł tomiku Rozmawiaj sam ze sobą, z którego pochodzi większość przytoczonych tekstów, zdaje się być nie tylko wskazówką dla czytelnika, ale i wewnętrznym imperatywem poety. Można zatem powiedzieć, że idąc przez piekło ludzkiej słabości, Utkin przechodzi przez własne piekło; przez nasze piekło – ciemną stronę człowieczeństwa.
W jego dorobku jest niepozorny objętościowo tomik o groźnym tytule Niech mnie piekło pochłonie. To poemat historyczno-fantastyczny. Sam Utkin skomentował, że jak historyczny, to ludzie myślą ‘dawno’, jak fantastyczny – ‘nieprawda’. Rzeczywiście, utwór ten stosunkowo luźno nawiązuje do losów Krzysztofa Tuczyńskiego, kasztelana poznańskiego, działającego w Tucznie na rzecz kontrreformacji. Brak w poemacie szczegółów - pojawiają się tam jedynie mgliste aluzje do rzeczywistych wydarzeń historycznych, a mimo to odczuwa się bijący stamtąd autentyzm. Być może dzieje się tak dlatego, że poeta, tworząc portret siedemnastowiecznego buntownika oraz społeczeństwa w jakim on żyje, pokazuje, iż bez względu na epokę ludzie są zawsze tacy sami. Na przestrzeni stuleci zło i dobro nieustannie mieszają się ze sobą, często przybierając taką postać, że nie jesteśmy w stanie ich rozróżnić. Światem rządzą będący ponad prawem jaśnie wielmożni, wielebny manipuluje wiernymi, strasząc ich ogniem piekielnym i wymagając ślepego posłuszeństwa. Także szkolny nauczyciel, miast nieść przed żakami kaganek oświaty, tępi bezduszny i pełen zawiści/ najmniejszy przejaw samodzielnej myśli. Powszechna obłuda sprawia, że czarne poglądy, jakie wyznaje główny bohater, jawią się czytelnikowi jako właściwe, bo szczere, a zdanie: niech raczej piekło będzie moim domem/ niż kark bym ugiął przed takim zakonem, wydaje się w pełni uzasadnione. Im niżej schodzimy w otchłań Erebu Utkinowskiej poezji, tym trudniej jest wydzielić dobro z wszechogarniającego mroku...
W tomiku Czas milczenia zdaje się, że nadzieja umarła. W zakamarkach porozsypywanych wersów (zupełnie niecodziennych dla tak pedantycznie ‘regularnego’ poety), kryją się ludzie, którzy już nie potrafią krzyczeć. Poeta przemawia za nich, starając się, by jego głos przecinał ciszę świętego spokoju, narzucaną ofiarom przez ich oprawców. Mówi o cierpieniu, braku perspektyw. Nie ma w tej poezji cienia obietnicy, że coś się zmieni na lepsze. Po co zatem ten tomik? Herbert przykazał: a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze/ ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych – to motto Czasu milczenia. Utkin jak natrętna osa będzie brzęczał nad uchem tych, którzy mają nieczyste sumienie. Albo nakłoni ich to do zmiany, albo doprowadzi do szaleństwa.
Na dnie otchłani spoczywa Rozpacz. Jej synonimem jest książka poetycka Mgły znad Gwdy. O tym cyklu wierszy ciężko jest mówić, tak jak ciężko jest opisać ostatni krąg Piekła. To co wypływa z kolejnych wersów, na powrót regularnych, niczym stukot kół pociągu, jest tym bardziej smutne, bo każdemu z nas choć odrobinę znajome:

(...) ilu z nas szło na tory spojrzeć prosto w oczy
pędzącemu z oddali swemu przeznaczeniu
by w ostatnim momencie zwątpić i odskoczyć
i znowu się pogrążyć w cieniu i w cierpieniu

mgły znad Gwdy opadają całunem na miasto
nie odróżnisz po latach rdzy od krwi zaschniętej
gdy w oczy bufetowej patrzysz niczym świętej
a kolejny kieliszek zbawienia namiastką

(Krew i rdza)

Opary mgieł nie pozwalają trzeźwo myśleć. Życie przepływa tu między palcami, jak trunek, który nie zawsze trafia prosto w szkło. Jedyna żywsza myśl, która błąka się gdzieś po uśpionym umyśle to wspomnienie tego, że się kiedyś kochało. Ale co z tego, jeśli nie można liczyć na wzajemność... Zresztą, czy ma się prawo na nią liczyć?

trudno znieść siebie w sobie taki nadmiar skruchy
każe kamień księżyca toczyć brzegiem rzeki (...)

woda cicho się zamknie a księżyc jak kamień
ciało na dno pociągnie (...)

(Smak soli)

I nagle okazuje się, że dno Piekła jest jeszcze głębiej, niż się wydawało...

GDY LUDZIE TRACĄ WILCZE KŁY. WIR ZMYSŁÓW. CZYŚCIEC.

Opadamy w muł ciemności, a ona, jak smoła, zalewa nam gardło. ‘To koniec’ – myślimy i nie wiemy, czy bardziej uzasadnione jest nasze przerażenie, czy poczucie ulgi. Nagle jednak jakaś ogromna dłoń zdaje się nas wyciągać za kołnierz z bagna beznadziei po to, by posadzić przy stole, na którym stoją zapalone świece, talerzyk z opłatkiem i półmiski ze świątecznymi potrawami. W domu pachnie choinką i piernikiem. Ciepły w swym brzmieniu głos zaprasza: (...) niezależnie od tego w co wierzysz/ do wigilijnej z nami siądź wieczerzy (Miejsce przy stole. Poemat wigilijny, t. Trwoga trzciny).
Noc Bożego Narodzenia dość często przewija się przez twórczość Utkina - jak fenomen, któremu nie można się nadziwić. Już w Oktostychach z 1989 roku znajdujemy wiersz Między nami:

Gałązki ciszy; święty znak pokoju.
Zieleń nadziei, wiary i miłości.
Świerkowe drzewko w uroczystym stroju
Zgodnie z tradycją w domu naszym gości.
Jest między nami jak swój pośród swoich,
Gdy kły tracimy w dźwięku ludzkiej mowy.
Jak pierwsza gwiazdka troski wszelkie koi,
Gdy chyląc czoła podnosimy głowy.

W podobnej tonacji utrzymany jest utwór Wśród nocnej ciszy (t. Pomilczymy o wszystkim): oto jest czas i przestrzeń poza ramą słowa (...)/ w niemym geście oddania w tej ciszy od wieków/ człowiek w Bogu się rodzi a i Bóg w człowieku. Spokój tych wierszy nie pasuje do Utkina. U niego tyle się dzieje, tyle emocji walczy ze sobą, tyle się kłębi krzyku, podskórnej złości i zwątpienia, tymczasem tutaj ma się wrażenie zatrzymania – w tę jedną noc czas rzeczywiście zamiera i dzieją się rzeczy niesamowite. Staramy się być dobrzy, a dobroć w krainie poezji Utkina to rzecz rzadko spotykana. Chyląc czoła podnosimy głowy. Nasza małość miesza się z ogromem niewypowiedzianego. Przemawiamy ludzkim głosem. Pełno w tym wszystkim sprzeczności i paradoksów, zupełnie jak w kolędzie Karpińskiego. Nie mąci to jednak błogiego spokoju świąt – chce się tak trwać w nieskończoność... aż do momentu, gdy słychać pukanie do drzwi.

kim jest ten człowiek który w drzwi kołacze
może zbłąkany w zawiłości znaczeń (...)

kim jest ten człowiek brudny może chory
nie umiał wybrać na wizytę pory (...)

kim jest ten człowiek może to morderca
już w gardłach mamy dygoczące serca (...)

szybko wstawiamy jeszcze jeden zamek
i warujemy u drzwi naszych klamek (...)

(Miejsce przy stole. Poemat wigilijny, t. Trwoga trzciny)

Poemat wigilijny Utkina demaskuje powierzchowność przeżywania Bożego Narodzenia. Chcemy wierzyć, że dobrzy z nas ludzie, ale gdy świąteczny spokój zakłóci ktoś spoza grona rodziny czy przyjaciół, na nowo rosną nam wilcze kły. Biedaków oglądamy wystarczająco często na ulicy i w telewizji, także...

(...) dla cierpiących mamy dobrą radę
jesteśmy szczerzy pełni miłosierdzia

dla tych bezbronnych którzy nas ominą
z wyczuciem taktu w porze zwanej zimą

W tym utworze poeta nie ogranicza się do gorzkiej refleksji na temat ludzkiego postępowania: wskazuje na jego przyczynę – syty głodnego nie umie zrozumieć – wypatruje też w tłumie kogoś, kto mógłby go tego nauczyć. Szuka nauczyciela, by dowiedzieć się, jak wyzbyć się egoizmu i zostać prawdziwie dobrym człowiekiem.
Jego wzrok pada na Chrystusa na krzyżu. Jesteśmy w poemacie wizyjnym Strona cienia (tomik o tym samym tytule), którego koszmarne obrazy każą uciekać co tchu. Wygląda na to, że poświęcenie, którego ucieleśnieniem jest konający Mesjasz, jest sprzeczne z ludzką naturą. Do tego stopnia, że po tym, jak ludzie doświadczali dobroci Jezusa, musieli Go zabić. Bohaterowi poematu brakuje odwagi, by zostać na miejscu kaźni. Ale tak jak ofiara Chrystusa, tak podchodzenie do krzyża nie jest jednorazowe. W innym wierszu (Kościół św. Antoniego w Pile, tomik Pomilczymy o wszystkim) podmiot liryczny siada w kościelnej ławce przed ogromnym, drewnianym krzyżem z figurą Zbawiciela i modli się za pośrednictwem św. Antoniego:

(...) czuwaj święty Antoni patronie ubogich
dla których za wysokie tego świata progi

lekko drży sopran ciszy kiedy ich skarg słuchasz
przed modlitwą pokornych nie uchylaj ucha

Modlitwa za nędzarzy jest pierwszym, małym krokiem w stronę oczyszczenia z egoizmu. Nie jest to jednak jedyny problem, z którym boryka się nasz bohater. Warto przyjrzeć się innym jego modlitwom, np. tym ubranym w pomysłowy koncept rozmowy telefonicznej:

zadzwoń do mnie zapytaj jasne że w porządku
nie da się po raz drugi zacząć od początku (...)

kiedyś spalę to miasto razem z nim wspomnienia
tam nikomu już nie mam nic do powiedzenia (...)

zadaj bój komukolwiek zawsze trafisz we mnie
wołam z jądra ciemności jak zwykle daremnie

(Rachunek resztek sumienia, t. Pomilczymy o wszystkim)

zadzwoń do mnie za miesiąc albo lepiej nigdy
spokojnie nie zadzwonię nie chcę twojej krzywdy (...)

bić się w piersi nie będę bo to bez znaczenia
cyrograf krwią podpiszę za haust ukojenia

nie zadzwonię bez obaw to czego dziś pragnę
jest jak diament gwiaździsty pogrążony w bagnie

(Bez znaczenia, t. Pomilczymy o wszystkim)

Dziwnie jest mieć czyjeś serce na dłoni. Tak właśnie można się poczuć, gdy czyta się te wiersze. To kilka zdań, ale domyślać możemy się, ile stoi za nimi emocji – jak u Heinego, który pisał: Z ogromnych mych boleści/ Robię piosenki nieduże. To szczery rachunek sumienia – bohater wyznaje tu najskrytsze, targające nim uczucia, niejednokrotnie zbliżające się do bluźnierczych. Tak bardzo pragnie przestać cierpieć, że gotów jest spalić całe miasto z jego zakamarkami, alejkami w parku, pewnie i z własnym mieszkaniem, byle żaden przedmiot, żaden widok nie przypominał mu... No właśnie, o czym?
Przytoczone tu modlitwy mają podwójnego adresata. Tak jakby, wyrzucając z siebie cierpienie, bohater nie mógł się zdecydować, kogo chce nim obarczyć – Boga czy kogoś, kogo bardzo kocha. Prawdopodobnie te dwie postacie zwyczajnie mieszają się w jego pojęciu, bo ktoś, komu rzuca się pod stopy całego siebie, momentalnie staje się dla nas bogiem...

(...) jak Twój pies co spogląda pełen uwielbienia
idąc przy Twojej nodze posłusznie na smyczy
tak ja idę za Tobą wierny swojej pani
gotów na Twe skinienie rozszarpać każdego
skoro taka Twa wola cały świat mam za nic
więc ześlij swe królestwo i zbaw ode złego

(Jak Twój pies, t. Skazani na tęsknotę)

To właśnie Ona. Tak piękna, że zapiera dech. Ujrzał Ją i odtąd nie pragnie niczego innego.  To dla niej szepcze Sonety do jasnowłosej (t. Coraz bardziej mnie nie ma) i Tryptyk z Marią (t. Pomilczymy o wszystkim), gdzie liryka miłosna przeplata się z modlitewną, nadając miłości wymiar sacrum, bolesnej świętości, której ludzkie serce nie jest w stanie udźwignąć...

tak mi Ciebie brakuje gdy jesteś daleko
a tak mnie niepokoisz kiedy jesteś przy mnie
moje wieczne pretensje o rozlane mleko
Twoje żale o usta zatopione w winie
moje krzywe spojrzenia o to co już było
i o całe szeregi nieznanych mi osób
i Twe gorzkie wyrzuty o tę bez słów miłość
a ona jest wciąż taka że wyrzec nie sposób

(19 wiersz z t. Oddalenia)

Rozstanie nie jest proste. Dla Niego tak naprawdę nigdy nie następuje, mimo że Ona odeszła już dawno. Ukochana ciągle zaprząta umysł – jej wspomnienie jest prawie żywą osobą. Gdyby tak tylko można było jej dotknąć, przycisnąć ją do serca... Ona czuje, jak ciążą na niej jego myśli i często daje wyrazy zniecierpliwienia – czy On nie rozumie, że między nimi koniec? Jak długo będzie mieć do niej żal? Wówczas On tłumaczy się:

nie mam żalu do Ciebie bo jakże mieć mogę
kiedy zachwyt wzbudzasz do granic rozsądku
całym światem mym jesteś a może i Bogiem
chociaż wiem że za późno aby od początku
zaczynać kiedy padły między nami słowa
których cofnąć nie sposób każdym swoim gestem
przypominasz mi o tym daremna rozmowa
więc wybacz mi proszę że wciąż jeszcze jestem

(Wybacz mi że jestem, t. Skazani na tęsknotę)

W końcu jednak nasz bohater opada z sił. Wie, że ta miłość go zabija. Pragnie odejść, porzuciwszy za sobą wspomnienia:

odejdę jak najdalej by nie kusić losu
po stóp Twoich nikłych śladach na sam skraj pamięci
odejdę by nie chłonąć dźwięku Twego głosu
by nie czuć ciepła ciała które tak mnie nęci
odejdę jak najdalej swoją krętą drogą
chociaż nikt poza Tobą dla mnie nie istnieje
tylu ludzi dokoła a jakby nikogo
nie było gdy bez słowa odbierasz nadzieję

(Jak najdalej, t. Skazani na tęsknotę)

Łatwo powiedzieć, że się odejdzie, ale trudniej rzeczywiście to zrobić. Bohater drepce w miejscu; wiele jeszcze wierszy zdradza jego niekonsekwencję – powroty myślami do wspólnych chwil, rozpacz nad utraconą miłością, kreację nowej szansy na nią, chęć choćby czołgania się u stóp Ukochanej, a potem zbieranie resztek godności. W końcu podejmuje wysiłek i odchodzi, jak zapowiedział... By w wierszu Dwadzieścia lat później próbować wrócić tą samą ścieżką. Wiedzie go (...) tęsknota za tym czego znaleźć już nie sposób/ (...) i żal który wciąż każe błąkać się po drogach/ żal że nie można znaleźć śladów swego Boga.
Miłość to błędne koło – układają się w nie trakty przemierzane przez podmiot liryczny. Dlatego nie może poczuć się wolny, zaznać spokoju. Uczucie trzyma go kamieniem przy ziemi – jak zatem ma zaznać Nieba? Tymczasem przystaje na przedeptanej tylekroć ścieżce. Próbuje spojrzeć na siebie i na Nią nie przez pryzmat złudzeń czy pragnień, ale prawdy o tym, co było między nimi. Oto wzbiera w nim Nadzieja (t. Trwoga trzciny):

uwikłani w swe życie z daleka od siebie
myślami się szukamy w naglącej potrzebie

zawiłe sploty zdarzeń nie są naszą winą
lecz nie będę już chłopcem Ty tamtą dziewczyną (...)

wyplątać się dziś z tego to jest ponad siły
po kres dni żal zostanie zabrać do mogiły

będzie trzeba ze sobą do lepszego świata
tę nadzieję że może że po wielu latach

gdy po win odkupieniu chwila zmartwychwstania
nadejdzie by osłodzić gorzki czas konania

połączymy na wieki dwie miłości w jedną
przy której nawet gwiazdy gorejące zbledną

czy jednak tak się stanie któż to wiedzieć może
miejże nas więc w opiece dobry Panie Boże

Tak to sobie tłumaczy bohater, choć jest świadomy, że to rozwiązanie metafizyczne, nie będące w stanie dać mu ukojenia tu i teraz. Myśl o powtórnym połączeniu z Ukochaną, już bez spięć, krzywdzących słów i emocji, które narosły na ich relacji przez lata, jest jednak na tyle silna, że chce jej wierzyć. Ma nadzieję na jej wypełnienie. A nadzieja zawieść nie może... Słychać ciche skrzypnięcie otwierającej się furtki Nieba.

BŁĘKIT NA PALCACH. NIEBO.

To z pewnością najpiękniejsze dziecko na świecie. Patrzymy na nie oczami ojca, dlatego nie mamy wątpliwości, że staje przed nami mały cud. Jesteśmy w ostatnim z Oktostychów dla córki:

Obdarowany uśmiechem jak słońcem;
Rajskim jabłuszkiem z dziecka mego dłoni.
Bogaty w światło z oczu twych płynące,
Z iskierek snopów beztroskiej pogoni.
Dłoń wyciągnięta, córeczko, ku niebu;
Błękit na palcach osiada jak rosa.
Dzień w noc wtopiony. Gwiazda lśni na śniegu.
Ciepło oddechu mojego w twych włosach.

To jedyny chyba wiersz, gdzie bohater liryczny Utkina oddycha z takim spokojem. I jedyny, gdzie jego uczucia nie ulegają rozchwianiu, gdy po prostu napawa się chwilą.
Zostawmy go z tą małą w objęciach. Niech nacieszą się sobą.

ZA BRAMĄ POEZJI

Prawie trzy dekady twórczości – z utworów napisanych w tym czasie można zbudować naprawdę imponujący świat poetycki. Po lekturze tylu tomików czuje się jak po długiej podróży.  I tak jak po podróży, jest wiele wrażeń – dobrych i mniej dobrych.
Ciekawym eksperymentem jest czytanie wierszy Utkina na głos. Konia z rzędem temu, kto będzie potrafił zrobić to bez zająknięcia się, radząc sobie z aliteracjami i wyłapując na bieżąco podchwytliwe przerzutnie. Podobny problem sprawiają utwory Barańczaka – sama ich forma zmusza do tego, by przeczytać je kilka razy. Trzeba poświęcić im więcej czasu i uwagi. Różnie można to oceniać – kiedy idzie się górskim szlakiem, pejzaże, ku utyskiwaniu turystów, często zasnuwa mgła. Jedni idą dalej, ale są tacy, którzy wytrwale czekają, aż będzie coś widać i ci bywają nagrodzeni widokiem, na który w żyjących języku nie ma głosu.
Oprócz pięknych krajobrazów, na czytelniczej drodze można jednak napotkać i wertepy. Daje się zauważyć, że w poezji Utkina jest kilka rozpoznawalnych powtórzeń, które działają na jej niekorzyść. Po pierwsze nadużywanie niektórych symboli: jeśli w wierszu pojawiają się perły, należy rozglądać się za wieprzami, bo można być pewnym, że ktoś te perły rzuci właśnie przed nie. Jeśli jest chusta, na pewno będzie należała do Weroniki. To znaki tak charakterystyczne, tak mocno wrośnięte w naszą kulturę, że ich wykorzystywanie musi być stosowane z umiarem, inaczej zabieg ten przestaje mieć sens. Skupiamy się na tym, że oto w kolejnym wierszu mamy to samo, zupełnie pomijając wymowę danego symbolu.
Po drugie: tzw. ‘motyw karpia’ w poezji Utkina. Subiektywny sens karpia, jeśli wolno posłużyć się tytułem jednego z wierszy z jego udziałem, jest naprawdę godny uwagi – karp to milcząca, krwawa ofiara, składana w święto powszechnej radości, w Boże Narodzenie. Ludzie zarzynają go tymi samymi rękami, którymi potem łamią opłatek z bliskimi. Ściągnięcie uwagi czytelnika na to zjawisko wywołuje pewien efekt, ale łatwo zostaje on zaprzepaszczony, gdy karp podawany jest w każdym wierszu na tym samym talerzu. Jeśli ta sama rzecz opisywana jest niemal tymi samymi, a często po prostu identycznymi słowami, przestaje wywoływać jakiekolwiek wrażenia. Powtarzanie czegoś to za mało, by zbudować motyw. Ale można powtarzać twórczo, czego przykładem jest Sen karpia – wiersz będący dobrym zalążkiem motywu, bo nie mówi o tym, że karp nie ma głosu, że nie doczekał uroczystej chwili, czy też że porcje karpia skwierczą/drgają na patelni. Wiadomo, że poecie chodzi o to, by wiersze o karpiu stawały ością w gardle, ale lepiej, by nie była to ość znudzenia.
Warta podziwu jest natomiast umiejętność konstruowania przez Utkina tomików na zasadzie cykli poetyckich. Każdy wiersz jest tam pewnym obrazem, ale wszystkie razem stanowią nową jakość. Jeden utwór dopełnia drugi, tworząc swojego rodzaju opowieść albo wiązkę refleksji na dany temat. To między innymi forma cyklu poddaje skojarzenie z kręgami piekielnymi u Dantego – tomiki Rozmawiaj sam ze sobą, Niech mnie piekło pochłonie, Czas milczenia i Mgły znad Gwdy ze wstawkami z Trwogi trzciny idealnie układają się w poszczególne kręgi, tak pod względem ‘ciężkości’ tematyki jak i chronologii powstania.
Poezja Utkina to żar Piekła i ukojenie po walce stoczonej z samym sobą w Czyśćcu. Niewiele w niej Nieba. Dlatego niełatwo przez nią przebrnąć. Zachwyca wyrafinowaniem formy po to, by za chwilę drażnić wymuszonym rymem, koi zmysły, by później zburzyć wewnętrzny spokój. Nie chciejcie mieć spokoju – mówi jednak do swoich studentów prof. UJ Andrzej Borowski – Dopóki człowiek nie chce mieć spokoju, naprawdę jest człowiekiem. Utkinowskie ‘przeczołgiwanie się’ przez człowieczeństwo może być formą odpowiedzi na ten apel.
Wracając jeszcze do chronologii poezji w kontekście naszego Imaginarium: kolejność wydania tomików jest właściwie odwrotna do ich ułożenia w krainie poezji: Niebo to bardzo wczesne Oktostychy, dno Piekła – opublikowane w tym roku Mgły znad Gwdy. Sekwencja utworów poetyckich Utkina przypomina zatem bardziej upadek Lucyfera niż wędrówkę Dantego po zaświatach...
W czasie realnym nasz bohater zniknął właśnie pod wodą. Tak kończy się ostatni tomik. Może jednak instynkt przetrwania każe mu zrzucić kamień księżyca z szyi. Gdy się wynurzy, chciwie łapiąc powietrze, będzie wściekły, że jeszcze żyje, ale zobaczy, że nad Gwdą wstaje świt – on zawsze przynosi szansę na to, że kolejny dzień będzie lepszy niż poprzedni.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież