Maria Zdziarska - Szalik

Już pod koniec listopada zacząłem, co rusz, przebąkiwać matce, że na gwiazdkę chciałbym dostać szalik drużyny piłkarskiej, której, jak wszyscy chłopacy z mojej dzielnicy, kibicowałem.  Wolałem się zabezpieczyć, by nie było jak poprzedniego roku, gdy dostałem spodnie, które i tak musieliby mi kupić, bo w starych lewa nogawka już się przecierała.  Wyraźnie nie była zadowolona z takiego pomysłu, czego się zresztą spodziewałem.  – Też coś, przecież masz  szalik i to nie jeden, a i tak chodzisz wiecznie z gołą szyją–stwierdziła sucho, jakby zupełnie nie miała świadomości, że nie o zwykły szal tutaj chodzi.
Jedyny ratunek widziałem w ojcu, który też kiedyś był przecież kibicem. Wiedziałem, że aby znaleźć okazję by mu to powiedzieć muszą być spełnione jednocześnie dwa warunki. Pierwszy to taki, że przyjdzie z roboty do domu zanim zasnę, a drugi, że będzie wtedy trzeźwy. Ogólnie szanse były małe, ale miałem miesiąc czasu.
Gdzieś na dwa tygodnie przed świętami udało mi się przekazać ojcu  moją prośbę, jednak, co do tego czy ją zapamiętał i zdążył na trzeźwo powtórzyć matce nie miałem pewności, ponieważ  po tym zdarzeniu, a właśnie  do  zdarzeń zaliczyłbym tę  rozmowę ,  nie mieliśmy następnej okazji pogadać.  
W wigilię od rana więc przeżywałem katusze niepewności, jednak wraz z pierwszą gwiazdką doznałem ukojenia. Kolację jadłem, chociaż wziąwszy pod uwagę, że mowa o kolacji wigilijnej, właściwszym słowem byłoby spożywałem, zaopatrzony w wymarzony szalik. Radości  nie zepsuł mi nawet fakt, że, jak co roku po każdym kolejnym daniu ojciec wydawał mi się coraz bardziej pijany, matka też, tylko trochę mniej.
Zazwyczaj w  takich sytuacjach wychodziłem na dwór i tym razem tak było. Wychodząc wokół bluzy przewiązałem szalik w taki sposób, by zauważyli go chłopacy z dzielnicy, których spodziewałem się tego wieczora  spotkać.  W szaliku poczułem się wreszcie, prawdziwie, jak oni.
Długo nie czekałem. Zjawili się prawie w komplecie. Po chwili, jednak,  bez zbytniego wpatrywania się zrozumiałem, że znowu mam tyły. Poza dwoma młokosami wszyscy na głowach  mieli nowiutkie czapki z emblematami drużyny.
–Musieli już wcześniej się zmówić, tylko mnie z tej zmowy jak zwykle wyłączyli– rozmyślałem rozczarowany, ale tylko trochę– lepiej mieć szalik niż nic!
Podciągnąłem  zamek kurtki by stworzyć  wrażenie, że szalik mam tylko po to  by  chronił mnie  przed zimnem i  usiadłem na murku bez słowa .
Zazwyczaj  niewiele mówiłem, zresztą  gdy już próbowałem to czułem,  że  i tak nikt się  tym co miałem do powiedzenia, zbytnio nie przejmował.
Nauczyłem się, że jestem od słuchania co mówią inni i  czyniłem starania by  zachować, tę pozycję.
Jak zwykle przed Pasterką połaziliśmy po okolicy, po czym gdy już było blisko północy  przenieśliśmy się pod kościół.  Z doświadczenia wiedzieliśmy, że jest to miejsce gdy w tym czasie zawsze coś się dzieje.  Nie zawiedliśmy się i tym razem. Jeszcze przed placem kościelnym jakiś dwóch dziadków, koło pięćdziesiątki, się kłóciło, kawałek dalej trzech kolesi w wieku naszych ojców uczciwie dzieliło jedną butelką, która sprawnie  wędrowała z rąk do rąk. Po chwili jeden drugiemu  dał w pysk, ale już  nie widzieliśmy, czy to był któryś z tych trzech, bo się przesuwaliśmy w kierunku kościoła, by  jawnie nie stwarzać wrażenia, że podglądamy.  


Kawałek  dalej  jakaś para, której nie dane było ujawnić związku przy wigilijnym stole całowała się w ukryciu, a tym wszystkim zdarzeniom towarzyszyły dźwięki kolęd płynące z otwartego, z   powodu   nadmiaru    wiernych,   kościoła.  
Po raz któryś   obchodziliśmy kościelny teren wkoło i jak co roku w tę jedną noc różne tajemnice dzielnicowe przestawały być dla nas tajemnicami.

–  Czy to nie twoja matka obłapuje się pod murem z kościelnym?– zapytał Lewy,  trącając mnie i  wskazał palcem w kierunku zakrystii.
– Niemożliwe– odpowiedziałem, ale na wszelki wypadek podążyłem wzrokiem   za tym palcem.
W tym momencie ktoś  w zakrystii zgasił światło i zrobiło się zbyt ciemno by zobaczyć kogokolwiek. Pomyślałem, że  powinienem Lewemu dać  w tym momencie w pysk, jak to zwykle bywa na filmach, ale przecież nie mogłem tego uczynić bo Lewy to koleś który ma największe poważanie w naszej paczce i w ogóle w całej dzielnicy. Wszyscy mieli do niego szacunek bo powszechnie było wiadomo, że nie pęka. Po dzielnicy chodziły opowieści  jak się stawiał psom w czasie  trzech zatrzymań policyjnych.
Lewego mogą zatrzymywać na czterdzieści osiem godzin, bo pomimo, że  jest w drugiej klasie zawodówki to ma już 19 lat.
Tak więc, nie to, że chciałem Lewemu przyłożyć tylko tak myślałem, jak  by to dobrze wyglądało przed  kumplami. Zresztą moja  matka zapewne dawno śpi  w domu utulona oparami szczęścia– jak ojciec nazywał zapach świeżo otwartej butelki.

Rano jak zazwyczaj w dni wolne  wstałem pierwszy. To znaczy  zdarzało się, że  pierwsza wstawała, moja siostra,  Zośka, ale tym razem spędzała wigilię u swojego jak go nazywała "biologicznego" i została tam na noc.
Pierwsze kroki skierowałem do wychodka, który mieścił się poza mieszkaniem, na półpiętrze. Szedłem  zaspany prosto do celu, gdy   zauważyłem, że po przeciwnej, od kierunku w którym zmierzałem , stronie korytarza siedzi ojciec oparty o drzwi wychodzące na strych. Pomyślałem, że musiał tak przysnąć wczoraj  i już miałem iść dalej, jednak coś mnie tknęło i podszedłem do niego.
Siedział na podłodze. Jego wyprostowane, rozkraczone  nogi leżały bezwładnie, a głowa zwisała w dół. Przykucnąłem by przyjrzeć się temu dziwnemu obrazkowi z bliska i zauważyłem dziwny widok.
Z ust wystawał język, a na brodzie było dużo, jeszcze  chyba parującej, śliny. Spojrzałem trochę niżej i dopiero wtedy zauważyłem, że  wokół szyi miał przewiązany mój nowy klubowy szalik. Dwa jego końce związane w supeł zahaczone były o klamkę. Odruchowo, bez zastanowienia próbowałem ściągnąć szalik z tej klamki, ale nie dałem rady. Odcinek szalika pomiędzy nią, a tylną częścią szyi okręcony był  ściśle na tyle, że  przy klamce nie było żadnego luzu umożliwiającego mi jakikolwiek ruch. Pobiegłem do kuchni po nóż do chleba i przeciąłem nim szalik.

Koło wieczora zaczęli przychodzić chłopacy z dzielnicy. Pierwszy do drzwi zadzwonił Gapa.
– Może byś wyszedł na dwór?– zapytał  gdy otworzyłem.
Zobaczyłem, że za  Gapą stoi Pet.  Nie pamiętam,  kiedy ostatni raz któryś z chłopaków  po mnie przychodził. Zjawiałem się sam, mając przekonanie, że gdy się nie zjawię i tak nikt nie zauważy mojej nieobecności.
– Oczywiście jak ci pozwoli matka– dodał.
Pomyślałem, że jeśli wyjdę matka i tak tego  nie zauważy.
Przez dom od dwóch godzin przewijały się różne bliższe i dalsze sąsiadki. Każda przynosiła ze sobą jakieś  ubrania, bo niby, po co wydawać niepotrzebnie pieniądze, a na pogrzebie wdowa musi wyglądać porządnie! Cały pokój wyłożony był różnymi czarnymi, babskimi strojami. Niektóre nie pasowały na matkę zupełnie już na oko, bo były o jakieś trzy rozmiary za małe, ale dla wchodzących kobiet stanowiły coś w rodzaju biletu, który otwierał przed nimi drzwi naszego mieszkania.
– Nie muszę pytać, wyjdę – odpowiedziałem stanowczo i poszedłem po kurtkę. Wróciłem ubrany i wtedy Pet wydusił nieśmiało:
– Pokazałbyś nam to miejsce….no, wiesz?


Wiedziałem. Zaprowadziłem ich do końca korytarza, gdzie rano idąc do ubikacji zobaczyłem siedzącego ojca. Pooglądali, podotykali i zeszliśmy na dół. Przed domem czekało czterech innych chłopaków z dzielnicy. Postaliśmy chwilę jak gdyby nigdy nic, ale rozmowa się nie kleiła.
– Czy moglibyśmy pójść do ciebie na górę?– wydukał Rudi– Rozumiesz, też chcielibyśmy zobaczyć.
Rozumiałem.
Dotknięcie  śmierci dla chłopaków z mojej dzielnicy to jak rodzaj inicjacji, jak  pasowanie na mężczyznę. Jeśli któryś z nich już miał jakieś doświadczenia z umieraniem, to były to zwyczajne śmierci babek lub dziadków, nic co mogło  sprawić, że w jednej chwili  chłopak poczuje się mężczyzną. Teraz ode mnie zależało czy im to umożliwię. Jak mogłem odmówić? Byliśmy ekipą z jednej dzielnicy.
Bez  słowa skierowałem się w kierunku schodów, a za mną ruszyła cała szóstka chłopaków. Przeszliśmy przez ciemny, pomimo włączonego światła, korytarz prosto pod, usytuowane  na jego końcu, drzwi. Zatrzymaliśmy się i chłopaki, przez jakiś czas w milczeniu , przyglądali się tym drzwiom. Miałem wrażenie, że cisza i ciemność są dopełnieniem jakiegoś rytuału, w którym wspólnie uczestniczymy.
– Mogę dotknąć? – zapytał Rudi i widząc moje kiwnięcie obmacał całe drzwi z wyraźnym   namaszczeniem. Po nim powtórzyła tę czynność, w identyczny niemalże sposób  pozostała trójka.
– Silny był, klamka zupełnie wyłamana – fachowo ocenił Chudy.
– Co się dziwisz, przecież ojciec Fasoli to kawał chłopa– wymamrotał Pet i za chwilę dodał–
Był.
Chudy spojrzał na niego z wyraźnym wyrzutem, jakby uznał, że nazwanie mnie w tym momencie przezwiskiem, którego nie znosiłem  nie jest właściwe. Pewnie, aby zatrzeć złe wrażenie sprzed chwili ni to stwierdził, ni  zapytał:
– Mówią, że sam go odciąłeś?
– Sam– wycedziłem jakby z gardła, zresztą wszyscy mówili jakoś tak prawie szeptem.
– No, no chłopie– w  tonie wyrażającym te słowa usłyszałem wyraźny podziw i
zaraz potem sześć par rąk poklepało mnie po ramieniu. Postaliśmy jeszcze  
chwilę i któryś rzucił, że już pora na kolację. Zabrzmiało to jak hasło do
odejścia, więc rzucili, prawie jednogłośnie:
– Do jutra – zbiegli ze schodów, a ja wróciłem do mieszkania.

Przy kuchennym stole siedziała ciotka i na jakimś karteluszku tworzyła dwukolumnową listę. Po lewej  stronie umieściła tych, którzy już się sami dowiedzieli o śmierci ojca, albo  zostali zawiadomieni przez rodzinę, a po prawej, co rusz powiększała kolumnę  tych których trzeba zawiadomić. Przy każdym wypowiedzianym nazwisku konsultowała się z matką. Kobiety wydawały się przy tej czynności bardzo skoncentrowane.
Ciotka podkreślała, jak  bardzo ważne jest to by nikt nie poczuł się pominięty.
– Nigdy nie wiadomo na kogo teraz będziesz musiała liczyć– uświadamiała matce.
– No, jesteś! – Matka spojrzała na mnie jakbym się zjawił dopiero w tej chwili, ale od razu czułem, że  czyni to uważniej niż zazwyczaj. Po tych oględzinach zwróciła się do drugiej z ciotek, jakbym zupełnie nie istniał:
– Wiedziałam, że jego też trzeba będzie obciąć!
W tym momencie zauważyłem, że ta trzyma w ręku nożyczki, a pod stołem kłębią się loki mojej siostry Zośki, która właśnie wróciła do domu. Próbowałem zaprotestować, ale matka dodała, że na pogrzebie muszę wyglądać jak człowiek. Nie wiedziałem czy  ostatnie słowa wypowiada do mnie czy do ciotki, jednak znałem ton jakim wygłaszała tę kwestię, więc  wiedziałem, że próba przeforsowania własnego punktu widzenia na moją fryzurę jest skazana na porażkę.
Gdy ciotka zabierała się do strzyżenia mojej głowy, po raz drugi tego dnia, przyszła  mieszkająca pod nami Migalska.
– Wiesz mój powiedział, że skoro Stefan sam się zabił, to nie    wiadomo jak to będzie z
rentą?– wyrzuciła z siebie zanim jeszcze   przekroczyła próg kuchni.
–  A niby jak ma być? Pracował to się należy i tyle.–   stwierdziła, jak zwykle    
konkretna, ciotka Ela.
–  No wiesz Władek mówi, że każdy by tak chciał. W końcu z pracą
różnie bywa. Może być, że dziś jest, jutro już jej  nie ma,  a renta to już by była na   
zawsze.– Z tonu Migalskiej wynikało, że z mężem dokładnie omówili problem.
Widziałem, że matka robi się coraz bardziej nerwowa, co zwiastowało kolejne dokładne ścieranie przez nią stołu. Na szczęście zauważyła to też ciotka  i pod pretekstem moich postrzyżyn wyprosiła sąsiadkę  z domu.
Jednak po wizycie Migalskiej atmosfera zrobiła się na tyle  napięta, że   kobietom już zupełnie nie w głowie była moja fryzura.

Dochodziła  dziesiąta  wieczór, gdy ktoś zadzwonił do drzwi.  Zszedłem na dół. Za drzwiami stał Lewy. Pomyślałem, że dobrze, że przyszedł i, że bez niego to nie byłoby to samo.
– Czy mógłbyś mi pokazać miejsce gdzie to się stało?–
Zapytał, chociaż wcale nie musiał i tak wiedziałem, po co przyszedł. Mógł nawet użyć, jak zwykle w stosunku do mnie, tonu nakazującego i zwyczajnie  powiedzieć–Pokaż mi miejsce gdzie to się stało– jednak użył sformułowania –czy mógłbyś?– co odebrałem  jak prośbę.
Poszliśmy na górę. Lewy od razu przeszedł do oględzin. Najpierw  lewą ręką dotykał starannie  drzwi, potem  skupił wzrok na klamce i tę zaczął nie zwyczajnie dotykać, tylko wręcz gładzić. Na końcu przyklęknął, aby obejrzeć naderwaną klamkę od dołu. Całą ten proces  oglądania wykonywał powoli w jakimś dziwnym, jak na niego, skupieniu. Te spowolnione ruchy sprawiały  wrażenie, że Lewy odprawia jakieś misterium. Po pewnym czasie podniósł się z klęczek klepnął mnie w ramię i jak tamci wydusił dwa słowa– no, no. Nie wypowiedziawszy już nic więcej poszedł w kierunku wyjścia.
Poczułem się dumny. Trochę już tej dumy czułem  przy tamtych chłopakach, a teraz to już tak zupełnie. Wiedziałem , że  z powodu przyczyny, jaka tę dumę spowodowała powinienem się jej wstydzić, ale nie mogłem nic na to poradzić. Była we mnie i tyle.

Siedziałem w pokoju czekając, aż w kuchni Zośka umyje ostrzyżoną głowę, by móc coś zjeść przed pójściem spać, gdy usłyszałem, gwizd dochodzący zza okna. Spojrzałem przez szybę w dół i zobaczyłem Lewego. Narzuciłem kurtkę i zbiegłem. Lewy podszedł i bez słowa wcisnął mi jakiś zawiniątek w foliowej reklamówce, po czym  zniknął. Wróciłem do góry i wysypałem zawartość na tapczan. Z reklamówki na koc wypadła czapka z emblematami klubowymi.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież