Jan Organ - Biały salon

„Biały salon" – pomyślał zaraz po przekroczeniu progu pokoju narożnego w domku jednorodzinnym należącym do Basi. Pokój miał dwie ściany osłonięte wiedzą, czyli regałami z książkami, stojącymi w szeregach półek, dobranymi tematycznie. Regały ułożył jeszcze nieboszczyk, mąż Basi, ostatni egzemplarz książki wkładając do nowalijek Waldemara Łysiaka. Basia miała nieco inne zainteresowania literackie niż nieżyjący mąż, czwarty z kolei, wybitny tłumacz z języków słowiańskich, przy tym adept wieczny „niby-poezji". Ona była za to lepszą poetką, piszącą według kanonu poetyckiego Juliana Przybosia i nigdy nie osiągającą czynu swego mistrza. Bartek trzymał się od niej na dystans, a od czasu pogrzebu Janeczka odwiedził wdowę tylko kilka razy, po pół godziny czy trzech kwadransach mieszcząc ich rozmowy o poezji. Nie rozumiał mowy wiązanej Basi, jej życia, podobnego bardzo do wielkich rosyjskich poetek, o których mało kto u nas pamięta, chociaż i one miały słowiańskie dusze.
„Dziki Zachód zabrał nam naszą kulturę, pani Basiu!" – rzekł, gdy już usiadł w wygodnym fotelu, w narożnym pokoju, który określił „białym salonem". Przez ten „biały salon" przewijało się za życia nieboszczyka bardzo wiele osób. Teraz tylko nieliczni, wybrańcy Basi. I wtedy, i teraz rozmowy toczyły się o poezji. Śmietanka międzyleska, kilku poetów, dwaj tłumacze i malarze awangardowi.

Bartek bardzo lubił Basię. Gdy dysponował dużą ilością czasu – mogliby przegadać całe wieczory. W istocie – niewiele im do tego dzisiaj zabrakło. Grające w sypialni radio „Złote Przeboje" w niczym im nie przeszkadzało. Mogli spokojnie sączyć przez zęby zieloną herbatę, gryźć słodkie pierniki toruńskie i białe winogrona. Zaraz po przyjściu skierował rozmowę na temat Kongresu Kultury Polskiej, na który został zaproszony i o którym tak źle się wypowiadał. Według niego patroni Europy, jej Stanów Zjednoczonych, skierowali poezję na boczny tor.
–    Francuzi na przykład, w ogóle nic z poezji nie wydają, a jeśli już, to w 50 egzemplarzach, koniecznie z reklamą w telewizji. I cóż to za poeci?! U nas ich więcej i dużo lepszych. Nie na darmo przyznano dwa Noble polskim poetom w ostatnim czasie.
–    Oj, Bartku! Dobrze wiesz, że najlepszy był u nas, w XX wieku, nie Miłosz ani Szymborska, ale Herbert właśnie. To on pisał, jak przystało na goja, to on był wybitny. A że masoni nie dopuścili go do tej najwyższej, było nie było, nagrody literackiej na świecie, to osobna sprawa. Ja kocham poezję Herberta!

Ta rzekoma opozycja Basi nie tylko nic nie ujęła z poglądów Bartka, ale ubarwiła rozmowę. Zanosiło się na poważną dyskusję.
–    Nie jesteś jedyna – odparł jej. – W moim otoczeniu jest wielu miłośników Herberta i jego poezji. Chodzi wszak o co innego: o odbiór poezji naszej, polskiej. I o nakłady tomików. Tamci nasi XX-wieczni poeci wychodzili w tysiącach egzemplarzy, dzisiejsi XXI-wieczni uważają wydanie tomiku w nakładzie 500 czy 1000 egzemplarzy za oczywisty sukces. No i brak nam trochę nowatorstwa, błąkamy się po obrzeżach, szukamy realizmu, a właściwie jego nad-, szukamy haiku, nowych form wyrazu...
–    O! – przyklasnęła Basia – i z tym sprawa poezji wygląda lepiej. Nawet szaleni poeci PRL-u zeszli mimo mecenatu na manowce. Jakiś turpizm na przykład, większość trupów artystycznych, przerost formy nad treścią. Reportaże zabierały najpiękniejsze tematy na wiersze.
–    Kochana! Dziś po tamtym czasie nie ma śladu. Wszystko, co nowe, żyje w obiegu czytelniczym. Choć przyznaję, elitarnym. Mamy wąskie grono czytelników i asów poezji ją tworzących.
Przerwali na chwilę. Basia pociągnęła cztery mocne razy swego e-papierosa. Biały obłoczek pseudo-dymu rozlał się nad okrągłym stolikiem. Patrzyli na siebie jakby zastanawiając się, w jakim kierunku poprowadzić rozmowę. Chwilę zamilkli. Przez firankę w jedynym oknie wpadł do pokoju platfus księżyca. Rozjaśniło to twarz Basi. Patrzyła przez moment w oczy Bartka, aż ten – w odpowiedzi – zaczął mówić:
–    Słuchaj! Znamy się nie od dzisiaj. Spokojnie możemy rozmawiać i wierzyć w to, co mówimy. Albo – nie. Twój małżonek, gdyby żył, powiedziałby ci tę prawdę: poezja polska lat Nowej Ery, XXI wieku, zaczyna być rozkładana na łopatki przez brak sponsorów, edytorów, fundatorów czy mecenasów. Ale to jest celowa polityka kulturalna naszego ministra kultury czy nawet całego rządu...
–    Masz rację: nieboszczyk powiedziałby to na pewno. Nawet za cenę milczenia. Pod tym względem był bardzo odważny, nie lękał się niczego. Myślę, że w swoim testamencie twórczym pozostawił niezapisane miejsce i dla naszej odwagi, i dla naszej poezji.
Znów zaległo milczenie. Basia wstała, podeszła do najwyższej z półek, wyjęła jakiś maszynopis i zaczęła czytać.
–    Teraz trochę mojej najnowszej poezji, najnowsze wiersze, które chcę wydać. Posłuchaj. Zacznę od „Wejścia po schodach".
Wolno, wyraźnie, donośnie deklamowała wers po wersie swój najnowszy wiersz. Przypadł Bartkowi do gustu:
–    Ja bym to zatytułował „Bieg po schodach". Cecha epoki, w której żyjemy. Taki amerykanizm.
–    Ooooo.... Trafiłeś! To, co było modne w USA w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, jakby nadrealizm. To dopiero, jak widzisz, przywędrowało do nas, i zdaje mi się, rozgości się tutaj. Kultura hamburgerów i coca coli. Amerykanie mają to za sobą, drążą science fiction, różne kody, rewelacje na wzór gier komputerowych...
–    Że ci przerwę... U nas pora jest raczej na nawrót do klasyki, łącznie z Herbertem i Miłoszem, z Szymborską. Niedługo wybuchnie, zdaje mi się, bineoromantyzm, czuję to w trzewiach swego ciała i rozumu.
–    Nie wiem, czy nie zje nas Harry Potter?....
–    Patroni Europy sczezną! W literaturze zawsze liczył się tylko naród, świadomość narodowa, piękno i mądrość narodu. Reszta to spacer ślepców.
–    Myślę: oby tak się stało! Mimo że sama piszę inaczej. Wydaje mi się, że tak być powinno. Poezja na usługach narodu.
–    Brawo! – prawie krzyknął Bartek – to cud, że na to wpadliśmy tutaj, w Międzylesiu, a nie w jakiejś plebani czy dworku. Uwspółcześnić poezję i tradycję narodową – to zadanie na dziś, na pięć czy dziesięć lat, na całe pokolenie....
–    Zgadzamy się jak rzadko kiedy!
Spojrzeli po sobie. Jakaś dziwna iskierka nadziei, niczym błysk flesza, była przez moment widoczna w ich oczach. To trwało może ułamek sekundy. Zrozumieli obydwoje, że w narodzie tkwi sedno wszelkiego życia i rozwoju, także – literackiego.
Basia znów puściła kilka e-obłoczków z e-papierosa i dopiła herbatę. Bartek zrozumiał, że jest już dzisiaj zmęczona. Wstał z fotela, wziął jej prawą dłoń w swoją rękę i mocno, po męsku ścisnął. Zrozumieli się bez dalszych słów: kto? co? naród, z kim, z czym – z narodem!!!
Pocałował tę dłoń kobiecą i – już wychodząc – powiedział:
–    Twój stary pewno by się ucieszył! Spełniamy jego wolę, nic więcej. Więc do dzieła!
Na dworze było ciemno. Kilka gwiazd zdawało się być świadkami ich rozmowy. Kolejny dzień nadziei miał nadejść jutro. Wola zmarłego zdawała się możliwa do realizacji od już, od zaraz. Zrozumieli to obydwoje. Echo dopowie resztę.

Wielkanoc 2010

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież