Czesław Dziemidowicz - W salonie filozofów

Ironia jest znanym od wieków tropem retorycznym stosowanym z rozmachem w starciach polemicznych. Retoryka teoretyczna rozróżnia co najmniej pięć gatunków ironii, spośród których charientyzm (szyderstwo uprzejme) jest formą najłagodniejszą, zaś sarkazm (szyderstwo zjadliwe) formą najostrzejszą. Skąd się bierze ironia w pismach filozofów? Czy ma ona uzasadnienie filozoficzne, czy jest „wypadkiem przy pracy"? Zanim sformułuję odpowiedź na te pytania, przedstawię wybrane ze skarbca filozoficznych fragmentów ironicznych interesujące – moim zdaniem – frazy retoryczne, aby źródło zagadnienia należycie udokumentować. Formy ironii, których ze względu na zasady retoryki normatywnej i pocieszycielską funkcję filozofii nie mogę cytować za klasykami, zastępuję komentarzami własnymi, które Czytelnik niech raczy traktować z wyrozumiałością, jako lżejsze formy poglądowe bez głębszego uzasadnienia filozoficznego.
Widzieć należy, że w czasach współczesnych pocieszycielsko–mądrościowa funkcja filozofii wieczystej zmalała znacznie na rzecz szczegółowych funkcji poznawczych filozofii tak zwanej analitycznej.
Philosophiae perennis z jej psychodelicznymi kadzidłami dla odwiecznych uniwersaliów jest współcześnie coraz mniej zrozumiała wśród samych filozofów. Leszek Kołakowski zebrał kilka historycznych przykładów, które tu za Mistrzem referuję:
Według Wittgensteina Russell nie uchwycił sensu jego „Traktatu". O Heglu miał powiedzieć, że tylko jeden człowiek go zrozumiał i zrozumiał źle. Niektórzy dowodzą, że Arystoteles po dwudziestu latach pobytu w Akademii, nie potrafił zrozumieć Platona, który z kolei spędziwszy wiele lat w towarzystwie Sokratesa nie wiedział, o co mu chodziło. Awicenna przestudiował „Metafizykę" czterdziestokrotnie, zanim zaczął coś rozumieć, zaś Jansenniusz dopiero po dziesięciokrotnym czytaniu całego Św. Augustyna i trzydziestokrotnym – jego pism o łasce odważył się zrozumieć. James nie zrozumiał Peirce'a, jak i Sartre Heideggera (1990, s. 122–123).
Nie znaczy to, że Kołakowski sam rozumie. Stanisław Lem udowodnił, że jest właśnie odwrotnie: „uprawiałem po amatorsku filozofię, uważam jej prace w dość sporej części za jałowe". Lem na tej podstawie stawia Kołakowskiemu zarzut, że ten zmienia poglądy: „najpierw utwierdzał marksizm (...) przeciw chrystianizmowi (który marksizm obalał), a potem utwierdzał chrystianizm przeciw marksizmowi" (1991, s.12). Lem stawia też Kołakowskiemu zarzut jeszcze mocniejszy, ten mianowicie, że Kołakowski nie zmienia poglądów: „nic twierdzeń asertorycznych Kołakowskiego wzruszyć nie zdoła, co jest dziwne u filozofa" (tamże). Lem powołuje się na biskupa Georege'a Berkeleya (esse est percipi) i Bernarda Russella, który – jak twierdzi Lem – „Hegla miał za durnia" (tamże). Sam zaś przedmiot sporu dotyczy możliwości zrealizowania tzw. fantomatyki, czyli złudzeń doskonałych (symulatorów). Jeśli porządek ustalony przez Lema jest prawidłowy, to symulatory mają prawo istnieć z mocy filozofii, która jest jałowa (...).

Próżno dziś komukolwiek szukać poparcia u Hegla, bo właśnie na niego mieli nieszczęście powoływać się klasycy: Marks, Engels i Lenin. Hegel nie ma dobrej opinii w ogólności, i w szeregu pecking order zajmuje bodaj ostatnia pozycję. Oto fragment szeregu: „Nicolai Hartmann ma rację, gdy nazywa Hegla największym bluźniercą w historii" (1993, s. XXXIX) – mówi J.M. Bocheński, najwidoczniej sam nie mogąc dobrać lepszego epitetu. W innym dziele znajduje Hegla z Kantem w jednej parafii: „Kant i Hegel – znali tylko jakieś mizerne i w dodatku źle rozumiane resztki logiki antycznej i średniowiecznej" (1992, s. 49).
Karol Prantl, autor czterotomowej historii logiki, wydawanej w latach 1855–1870 w Lipsku, zastosował metodę wykładu, którą J. M. Bocheński określił jako „humanistyczną". Oto wyjątki z dzieła Prantla: „działalność Chryzopa polega na tym, że w sposobie traktowania materiału zstępuje na godny pożałowania poziom banalizowania, trywializowania i szkolnej matni (...) jest (on) uosobieniem umysłowej ciasnoty i nudziarstwa". O logice stoickiej: „Jest bezgraniczną głupotą". O logice średniowiecznej: „Ogarnia nas uczucie litości, gdy widzimy, jak w skrajnie ograniczonym horyzoncie wszystkie możliwe jednostronności są wypracowane z tępą pilnością aż do wyczerpania – albo, gdy w ten sposób marnuje się wieki w beznadziejnych wysiłkach, by sprowadzić metodę do bezsensu". O wieku XVIII: „Również Albert Wielki był niejasną głową (...) rzekoma filozofia Tomasza z Akwinu jest nierozumnym pomieszaniem dwóch istotnie różnych punktów widzenia, co może być tylko rzeczą niejasnego rozumu". J. M. Bocheński, za którym cytaty te podaję, komentarzy Prantla znieść nie może: „Prantl co do jednego jest troszeczkę lepszy niż większość »nowożytnych«: uwielbia Arystotelesa, chociaż bez zrozumienia, zabawne że cała jego interpretacja opiera się na pomieszaniu dwu znaczeń" (na czym to pomieszanie polega Bocheński nie wyjaśnia, a autor tego artykułu mimo dociekliwości nie rozumie) (Bocheński 1993, s. 133–142).

Bocheński przyznaje, że nie potrafi zdefiniować pojęcia „warzywa" (1993, s. 164), ale kto nie potrafi zdefiniować „miłości", może się znaleźć w kręgu filozofów drugiej kategorii. Oto Spinoza (po polsku: śliwa) zdefiniował nieopatrznie miłość jako „przyjemność połączoną z ideą przyczyny zewnętrznej", co Scheller skomentował (zdaniem Bocheńskiego całkiem słusznie), że „jeśli tak jest, muszę miłować kiełbasę, skoro zjadam ją z przyjemnością, i z ideą, że ona jest w stosunku do mnie czymś zewnętrznym". Summa tej kwestii filozofii nowożytnej w ujęciu Bocheńskiego sformułowana jest następująco: „W filozofii zostali (w przeciwieństwie do Starożytności i Średniowiecza) tylko ludzie drugiej klasy" (1992, s. 50). Zdanie to znajduje liczne potwierdzenia empiryczne. Russell pisze: „Przeczytałem "Wielką Logikę" Hegla i przekonałem się, jak i dotąd wciąż myślę, że wszystko, co mówi on o matematyce, wynika z umysłowego pomieszania" (cyt. za Gawrońskim 1984, s. 83). Alfred Gawroński, zapewne pod wpływem Russella pisze o Gadamerze, że „ignoruje cały dorobek nowoczesnej filozofii języka (...) Jest to dziwny przykład izolacji pewnej szkoły filozoficznej od całokształtu badań współczesnych w imię prawa do orzekania z fotela o zjawisku, którego się nie bada" (tamże, s. 251).
Nie jest sprawą do dziś rozstrzygniętą, czy bardziej upadłą była filozofia Hegla, Hume'a czy Kartezjusza: „Austin (...) uważał empiryzm Hume'a za filozofię najgorszą z możliwych, jakkolwiek i pod adresem Kartezjusza kierował on zastrzeżenia, zarzucając mu w wielu punktach niedokładność, powierzchowność i schematyzm" (Życiński 1983, s.88).
Pod adresem Kartezjusza kierowany był zarzut powierzchowności, Hegel był nienawidzony. I to jest argument przeciw Heglowi największy. „Schopenhauer nienawidził Hegla. Nie filozofował z Heglem, lecz przeciw niemu. Heidegger filozofował przeciw Hartmannowi (...) Hartmann, dystyngowany elegant, zwracał uwagę na prowincjonalny krój spodni Heideggera. Ten ostatni filozofował też przeciwko (...) Diltheyowi, kto wie, czy nie przeciw Husserlowi" (Paczkowska–Żogowska w: „Znak – Idee" nr 4. s.65–66).
Ernest Gellner uważa, że każdy początkujący może czegoś nie rozumieć, na przykład Hegla. Zdarzają się jednak osoby zaawansowane w filozofii, nie rozumiejące tak klarownych myślicieli jak B. Russell czy A. J. Ayer: „Słyszałem, jak Austin twierdził, że nie rozumie
Ayera, Hart zaś – że nie rozumie Russella" (1984, s.147). O Wittgensteinie Gellner zauważa, że „umysłowy horyzont Mistrza nie sięgał poza zmagania z własnym „Traktatem" (tamże, s. 204), zaś oksfordzka filozofia analityczna służy głównie „dla zabicia czasu" (s. 311).To samo, lecz innymi słowy wykłada się u G. Broada: „W pismach tej szkoły (tj. oksfordzkiej – przyp. Cz. Dz.) słowo »Filozof« oznacza kogoś, kto żywi opinię (...) która w mniemaniu autora jest głupkowata" (s. 427). Austin musiał jednak to i owo rozumieć, gdyż „użył ex cathedra (...) zwrotu »trzeciorzęd«, mając na myśli tych wszystkich, którzy próbują uporać się z kwestią wolnej woli (...) oświadczył wówczas także, iż nie rozumie, co oznacza determinizm" (s. 312). Austin poparł, jak się wydaje, G.E. Moor'a Wzywając słów biskupa Butlera „Wszystko jest tym, czym jest, a nie czymś innym" jako motta do znakomitej rozprawy „Principia Ethica". Na tej podstawie podjęto mozolne analizy, by wykazać, że pojęcia są tym, czym są (s.313). Uzyskano wówczas niezbite dowody empiryczne na potwierdzenie założeń filozofii lingwistycznej, które Gellner komentuje następująco: „Warto zauważyć, jak dalece pogląd na świat i pogląd na język uzupełniają, się tu wzajemnie: ponieważ świat jest dokładnie taki, jakim się wydaje, zwłaszcza człowiekowi bez wyobraźni, z samego rana" (s. 85) Wynik ten odpowiada metodzie badawczej, co referuje sam Austin: „Nasz zestaw słów (...) zasługuje na większe zaufanie niż teorie, które wymyślamy sobie przed południem w wygodnej pozycji siedzącej – a tak się właśnie dzieje najczęściej" (za Gellnerem, s. 444)

(…) Ale oto następny bluźnierca na horyzoncie postulatu otwartości ontologiczno–leksykalnej świata: sam Stephen Hawking.
Życiński informuje: „Być może konieczność ciągłego przezwyciężania fizycznych ograniczeń, jakie niesie postępujący paraliż, wpłynęła w pewnym stopniu na radykalizm ocen i prostotę obrazu proponowanego w Hawkingowej filozofii fizyki" (1990, s. 124). W innej książce: „Być może Hawkingowska walka z ograniczeniami (...) usprawiedliwia jego przyrodnicze komentarze, które w normalnych warunkach robiłyby żenujące wrażenie" Wreszcie rzeczy nazywa po imieniu: „stwardnienie boczne zanikowe (...) sukcesywny paraliż", „rozwód po dwudziestu pięciu latach małżeństwa", troje dzieci na lodzie (1993, s. 205,193). Nie ma „w pewnym stopniu", I ani „być może", jest tryb orzekający i przyspieszony. Po określeniu „mózgowiec doskonały" Życiński spisuje epikryzę: „późniejsza choroba i towarzyszące jej ograniczenia sprzyjały kształtowaniu się wrażliwości na piękno formalizmu (...) nie zaś na odczucie tajemnicy" (tamże, s. 208). Pogląd Życińskiego pozostaje w związku z orzeczeniem A. Ouintona: „Rozstrzygam, czy ktoś jest mym współwyznawcą, nie na podstawie jego argumentów, lecz na podstawie tego, czy widzę go na kolanach w moim kościele" (cyt. za Gellnerem s. 390). Życiński wie, że Hawking nie jest współwyznawcą, chodzi mu, chodzi mu tylko o to aby Hawkinga widzieć w Kościele na kolanach. Warunki brzegowe stanu osobliwego materii wszechświata nie byłyby przez to jeszcze opisane, ale za to pozostawałaby miła tajemnica. Przeciwko „składowej racjonalnej" teorii Kosmosu i warunków brzegowych osobliwego stanu materii przed Wielkim Wybuchem Życiński przytacza słowa żony Hawkinga: „Przez całe dwadzieścia dwa lata naszego małżeństwa nie byłam w stanie zrozumieć tego" (1993, s. 209).
Obok zagadnień epikryzologicznych (stwardnienia bocznego i kryzysów rodzinnych) Życiński podejmuje tematy popularyzatorskie, op. UFO (1990, s. 63–64, 66, 76, 81, 93 i inne) powołując się często na Trofima Łysenkę: „Elementy Łysenkowskiej pragmatyki łatwo dostrzec we współczesnych dyskusjach na temat zjawisk paranaukowych (...) Duch Trofima Łysenki pozostaje niezmiernie bliski tym, którzy potrafią szybko rozwiązywać najtrudniejsze kwestie, nie przeszkadzając sobie przy tym w prowadzeniu salonowych gawęd" (tamże, s. 84). Pozostaje tylko rozstrzygnąć, czy egzegezy na temat nieślubnych dzieci (tamże, s. 26–27), UFO itp., to jeszcze „najtrudniejsze kwestie" czy już gawędy salonowe (salomonowe).
(…) Schopenhauer nienawidził Hegla, a Schopenhauera Nietzsche: „Schopenhauer pomylił się w tem, jak się we wszystkim pomylił (...) zatrąca niemiło Heglem" (Nietzsche 1989, s. 62). Wydaje się to trochę dziwne, bo Schopenhauer dobrze znał Hegla i miał o nim wyrobione zdanie (die Hegelei) – to był częsty w jego ustach synonim tandety intelektualnej i blagi" (cyt. za Wolniewiczem, 1989, s. 109). „Leibniz i Kant to dwa największe hamulce intelektualnej rzetelności Europy" (Nietzsche 1989, s. 109), „Niemcy zapisali się samymi nazwiskami dwuznacznemi, wydawali zawsze tylko bezwiednych fałszerzy monet (–Fichtemu, Schellingowi, Schopenhauerowi, Heglowi, Schleiermacherowi, przystoi to równo (...), oni wszyscy to tylko tkacze zasłon" (tamże, s. 110). O Sokratesie: „Antropologowie kryminalni powiadają nam, że typowy zbrodzień jest brzydki: monstrum in fronte, monstrum in animo. „Dante: czyli hyena towarzysząca na grobach – Kant czyli cent jako charakter intelligibilny" (1991, s. 15, 66). O Kancie mawiał też: „Królewiecki Chińczyk".
Cóż to takiego „fałszerz monet" w porównaniu ze współczesną aparaturą aksjologiczną. John Wheeler uznał, że eksperyment Einsteina–Podolsky'ego–Rosena oraz istnienie wzajemnych połączeń kwantowych w izolowanych formach świadomości – są „robieniem wody z mózgu" i „prostytuowaniem instytucji naukowych" (cyt. za Życińskim 1993, s. 140–141).
Tadeusz Kotarbiński wspomina Stanisława Leśniewskiego: „Dla wielkiego syntetyka Wilhelma Wundta miał tylko jedno słowo w prywatnych koleżeńskich rozmowach: »cham!«. Tak piętnował niedoanalitycznione wszystkoznawstwo" (1979, s. 305). W wersji popularyzatorskiej mógł ów predykat personalistyczny przybierać inną postać. Bogusław Wolniewicz przytacza słowa Leśniewskiego o pewnym historyku filozofii: „wszystko wie a nic nie rozumie", („Edukacja Filozoficzna", 1992, nr 14, s. 26).
Aby zatem uniknąć grzęzawiska filozofii niedoanalitycznionej wycofujemy się na teren epistemologii syntetyzującej, to jest w krainę metametanauki samego Karla Poppera. W polemice z Kuhnem Popper przedstawia „naukowca normalnego" jako „pożałowania godną figurę, ofiarę indoktrynacji", źle nauczonego, co stanowi niebezpieczeństwo dla nauki i cywilizacji (cyt. za Mendelskim, s. 21). Ozdobną, lecz znacznie wytworniejszą figurę stosuje K. Irzykowski:„Jest to sekta gderaczy, czepiająca się drobiazgów, dyletanci, zoile, podkreślacze błędów studenckich, ludzie, którzy idącym podstawiają nogę, ludzie tego samego typu duchowego, co wegetarianie, homeopaci, zbieracze marek i grafolodzy" („Słoń wśród porcelany"). Nie wiem o co chodziło Irzykowskiemu, ale takiej frazy nie powstydziłby się niejeden filozof.
Interesującą metodę falsyfikacji teorii w związku z postulatem poznania „bez podmiotu poznającego" zastosował Popper do filozofii analitycznej Wittgensteina. Zderzenie to przyniosło następujący wynik: „Jeśli ktoś zmusiłby mnie pod groźbą pistoletu do wyjaśnienia, na czym polega moja krytyka „Dociekań filozoficznych" Wittgensteina, musiałbym powiedzieć »A bo ja wiem?«. Nic szczególnego (...) ale jestem znudzony – znudzony do łez" (za Mendelskim, s. 99).
Jednakże Hilary Putnam nie miał dobrego zdania o metodzie Poppera i innych syntetyków, co dał wyraz w znanej frazie: „Wszystkie formalne algorytmy proponowane przez Carnapa, Poppera, Chomsky'ego itd., jako sprawdziany teorii, są (...) śmiechu warte" (tamże s. 24).
Metodami hipotetyzmu można jednak całkiem interesująco opisać dialektykę Hegla. Popper na jej określenie stosuje następujące kategorie epistemologii falsyfikacyjnej: „bezwstydna ekwiwokacja", „fantazja imbecyla", „sabat czarownic", „wściekle próbujący omamić naiwnego widza", „pruska metoda", „patologiczny werbalizm", zaś o samym Heglu woła w tenorze „płatny agent rządu pruskiego" (powołując się na Schopenhauera), „służebny lokaj państwa głoszący bombastyczny i histeryczny platonizm" (1945, s.31–54).
(…) Spośród wielu filozoficznych uzasadnień retoryki ironicznej dwa wydają się godne wyłuskania: to antropologia Schopenhauera i zasada filozoficzna, którą określam jako „źródło i horyzont". Jeśli charakter człowieka tworzy egoizm, złośliwość i współczucie –jak mówi A. Schopenhauer i zaświadcza S. Wolniewicz – i jeśli na przestrzeni życia ta suma duchowa nie przesuwa się w żadną stronę ani o milimetr, i jeśli dla współczucia pozostaje w duszy ludzkiej jakieś 10%, a sprawiedliwość ma charakter śladowy jak czterolistna koniczynka (Wolniewicz 1989, s. 3–16) – to jest rzeczą antropologicznie naturalną, że filozof wcześniej czy później musi skorzystać ze skarbnicy retoryki ironicznej. W przeciwnym razie jego pisarstwo przeczyłoby charakterowi antropologicznemu. Pod tym względem filozof nie różni się od człowieka i od literata. Spod pióra znakomitego filozofa i wolnomyśliciela, Woltera, autora „Traktatu o tolerancji", wyszły następujące słowa: „Kto to jest ten gruby wieprz – rzekł Kandyd – co tak wymyślał na sztukę, na której się spłakałem (...) To wieczny malkontent (...) to jeden z tych płazów literackich żywiących się błotem i trucizną zwykła wesz kałamarzowa".
Dziś po samych tekstach trudno rozpoznać, kto je napisał, pisarz czy filozof: „Wczoraj salon Kotów. Nic. Kot oczywiście »brzydzi się« Miłoszem. Hertz upozorowany na chrześcijanina i Polaka. Irena Krzywicka głupia, że aż strach (...) Estreicher żywy, gadatliwy, raczej ograniczony megaloman z ambicjami... Dzisiaj w PIW–ie Osmańczyk. A cóż to za idiota!... Słobodziankowie – obrzydliwe, obleśne staruchy. Obserwowaliśmy Kazia Brandysa, jak szedł drugą stroną ulicy (...) z krawatem zarzuconym na ramię, na znak, że on także ma wyobraźnię (...) Dzisiaj w PIW–ie Iłłakowiczówna, sucha, nerwowa, apodyktyczna ciotka. Aha, jeszcze wczoraj ten dureń Kossobudzki" (Andrzej Kijowski, „Twórczość" VI, 1994).
Na tym tle jakoś całkiem niepoważnie wyróżnia się tekst Kazimierza Koźniewskiego: „Sam, ja sam, wypisuję zupełne głupoty, nie mając na swoje usprawiedliwienie niczego, oprócz jakiejś zaćmy umysłowej w chwili pisania" („Polityka" 1994, nr 32, s. 26). Ale Koźniewski filozofem nie jest.
Filozofowanie prawdziwe jest zjawiskiem niezwykle rzadkim. Może to być kilka minut w życiu („Znak – Idee" nr 4, s. 60, 76). Może te parę minut to wrota, przez które należałoby wyprowadzić retorykę ironiczną z kart filozofii? Nie sądzę, aby to było możliwe i konieczne. Na przeszkodzie takiemu rozwiązaniu stoi sam zakres dociekań filozoficznych, źródło i horyzont. Rozważania usnute wyłącznie w wysokich rejestrach metafizyki – to pustosłowie. Filozofia zaś wyłącznie analityczna jest jakąś formą degenerowania się rozumu ludzkiego, jest zagubieniem myśli na poziomie „diabelskiego szczegółu" (Cackowski 1994, s. 144). Łatwo filozofowi zejść w manowce i liczyć diabły na czubku szpilki lub tropić procesy rozwodowe swych filozoficznych przeciwników.
Retoryka ironiczna w wykładzie filozofii wieczystej jest echem natury antropologicznej, chroniącym teksty filozoficzne przed hipokryzją uprzejmej elokwencji. „Mawia się chętnie – pisze Wolniewicz – że idea odwetu »oko za oko« jest barbarzyńska. Być może, ale jest też wolna od owej cywilizowanej hipokryzji, która cechuje utylitarne substytuty" (1989, s. 14).
Ta sama nuta ironiczna w wykładzie filozofii, będąca rysem antropologicznym, jest cechą idiomu także samej filozofii. Ironia występuje tu w funkcji falsyfikatora. Jeśli zatem autor rozprawy filozoficznej zdradza samą filozofię (np. z pociągającą publicystyką), to pozostaje przecież w kręgu własnej natury antropologicznej, racząc się poetyką ironiczną. Jeśli pozostaje wyłącznie w kręgu wielkich zagadnień filozoficznych opuszczając naturę złośliwą wąską ścieżką sprawiedliwości, to potrzebuje tej odrobiny osobistej dezaprobaty dla twierdzeń bezsensownych, strojących się w pióra filozofii. Nie można przecież podejmować głębokich dyskusji z myślą bełkotliwą, ta właśnie bywa traktowana po żołniersku.
Jest zawsze tak, że filozofię uprawia człowiek, nie zaś filozofia człowieka. Ironia musi zatem wystąpić w pismach filozoficznych choćby w postaci niewyraźnego echa.
Oto przykład prawie ostatni: „W zasadzie żaden filozof nie jest osłem zarówno »filozof« jak i »osłem« występują w suppositio distributiva, jeśli bowiem imię »Sokrates« pojawi się w wykazie filozofów, to nie może być tak, że żaden filozof nie jest osłem jest prawdą, a Sokrates nie jest osłem jest fałszem" (Geach 1994, s. 494).
W zbiorze znakomitych rozpraw, Leon Chwistek na określenie filozofa stosuje między innymi następujące nazwy pospolite: niebożęta, karierowicze, warchoły, tumany, przeżuwacze. Wreszcie powiada: „Gdyby ktoś chciał mi zarzucić, że jako racjonalista krytyczny nie powinienem uciekać się do argumentów ad hominem, które z racjonalizmem nie mają nic wspólnego, odpowiedź będzie łatwa (Poszukiwało się odpowiedzi trudnej, a ona okazuje się łatwa! – przyp. Cz. Dz.). Jeśli jedna ze stron stoi na stanowisku, że lotnictwo trzeba zwalczać, bo jest to przejaw bolszewizmu albo żydowskiej perwersji, to wtedy jest jasne, że bez argumentów irracjonalnych, takich jak np. marszałkowska propozycja, obyć się nie można" (1961, s. 231–232). Chwistek sugeruje, że mocnych słów panamarszałkowych użyć można w stosunku do myśli nieokrzesanych. Jednakże żadna teoria filozoficzna, do której odnoszą się zebrane tu fragmenty ironiczne, nie jest teorią nieokrzesaną. Przeciwnie, są to prace ogólnie znane i znakomite. Łatwa odpowiedź Chwistka na pytanie o argument ad hominem okazuje się zbyt prosta.
Retoryka ironiczna jest – jak sądzę – przejawem dojrzałości filozoficznej, nieczęstym co prawda i słusznie nie nadużywanym, jak portamento w grze skrzypcowej. Ten tylko filozof pozwolić sobie może na ironię, który nie lęka się konfrontacji, bo filozofię poznał i zrozumiał. Przynajmniej własną.



Źródła:

Bocheński I.M.: Sto zabobonów, krótki filozoficzny słownik zabobonów, Wyd. PHILED, 1992: Logika i filozofia, PWN, 1993

Cackowski Z.: Philosophia – vitae humanae pars magna, w: „Edukacja Filizoficzna" 1994, nr 17, s. 142–147

Chwistek L.: Pisma filozoficzne i logiczne, t. I, PWN, 1961

Gawroński A.: Dlaczego Platon wykluczył poetów z Państwa?, Społ. Inst. Wyd. ZNAK, 1984

Geach P.T.: Nauka o rozłożeniu terminów, w: Znaczenie i prawda, red. J. Pelc, PWN, 1994

Gellner E.: Słowa i rzeczy, czyli nie pozbawiona analizy krytyka filozofii lingwistycznej, Książka i Wiedza, 1984

Kołakowski T.: Horror metaphysicus, Wyd. Res Publica, 1990

Kotarbiński T.: Szkice z historii filozofii i logiki, PWN, 1979

Korolko M.: Sztuka retoryki, Wyd. Wiedza Powszechna, 1990

Lem S.: Trzydzieści lat później, „Wiedza i Życie", 1991, nr 6

Mendelski T.: Karl R. Popper–metodolog czy ideolog, wyd. Książka i Wiedza, 1978

Nietzsche F.: Ecce homo, Wyd. BIS, 1989; Zmierzch bożyszcz, Wyd. BIS, 1991

Wolniewicz B: Z antropologii Schopenhauera, „Studia Filozoficzne" 1989, nr 5, s.3–17

Życiński J: Trzy kultury, Wyd. „W drodze", Poznań, 1990 , Granice racjonalności, PWN, 1993


Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież