Krystian Medard Manteuffel - SEZON NA MOTYLE

...non est bonum esse hominem solum

Poczta dostarczyła mi trzy nowe tomiki z wierszami Marii Danuty Betto. Poznałem tę poetkę, gdy nie miała jeszcze na swoim koncie żadnej książki. Ale była" już poetką. Było nas wtedy we Włocławku kilkoro z takimi ambicjami, została tylko ona.
Zanim przejdę do zwierzenia się ze swoich impresji po kilkudniowej lekturze zbioru tuzina wierszy pod wspólnym tytułem „Sezon na motyle", muszę zdradzić, że im dalej jestem fizycznie od Włocławka, z tym większym wzruszeniem wspominam atmosferę mieszkania przy Placu Wolności; Matkę Marii Danuty, witającą mnie serdecznie śpiewnym kresowym akcentem, jej Siostrę rozważną i szczerą, i tę emanację Poezji i Historii Kraju, które przybyły z nimi z domu rodzinnego.
Po tylu latach (po wielu, bardzo wielu) poezja Marii Danuty przeszła dawno fazę dojrzewania. Dziś poetka nie musi zatrzymywać pióra, aby znaleźć filozoficzną formułę dla metafory, ani dosadną mentorykę dla puenty. Nad jej poezją zatrzymywali się recenzenci, krytycy i poeci posiadający mir i pióra najlepszej marki. Więc co ja mogę tutaj wnieść nowego? Pamiętam jak najwyraźniej zaskoczona była jej wierszami Jolanta Baziak. Ale chyba właśnie w wyniku tego zaskoczenia, wtedy, szesnaście lat temu, przypisuje ta świetna recenzentka teizm liryki Marii Betto inspiracji liryką Teresy Ferenc, a oschłości - (Jolanta Baziak nazywa to: „esencjonalność" i „okrutność") - wpływowi Anny Świerczyńskiej. Ja wiem, to nic złego, źle byłoby gdyby Betto nie czytała innych, tylko, że u Marii Danuty Betto wszystkie pierwiastki niezbędne do bycia poetką tkwiły w niej, jak to bywa, gdy ktoś rodzi się poetą.
Krąg problemowy doświadczeń autorki z których czerpie tworzywo, jest ograniczony. Ale przy jej opanowaniu warsztatu poetyckiego nie jest to zarzut dehumanizacji. To teza. Tak. Kiedyś Stefan Pastuszewski wydając w swoim wydawnictwie tomik z wierszami Marii Danuty Betto, najwyraźniej trafiony jej metaforyką, rozwinął tę tezę: „...pozostaje przekonanie, że sens życia tkwi w miłości. Miłość ogarnia wszystko, co w nas i wokół nas. Z miłości rodzi się wszystko, w tym także ból i nienawiść. " Drogi Stefanie, spójrz na puentę zamykającą w tym zbiorze wiersz „Poranek VI". Wyobraźnia poetki krąży gdzieś, gdzie być może nie była sama, zbiera i zapisuje w wierszu z czułością: robaka, który wyłonił się z piachu; trzcinę chyboczącą się w nurcie potoku; wiewiórkę krzątającą się wśród drzew; wreszcie perspektywa zawęża się i zapisuje miasto budzące się za oknem jej samotnego mieszkania, aż w tym roztargnieniu nie zauważa, że kipi mleko grzane do śniadania i wtedy ma już tego rozczulania dość; wyładowuje swą frustrację, chwyta za stojącą pod ręką miotłę i... „wymiatam z kątów myśl o tobie", „...non est bonum esse hominem solum". (...nie jest dobrze człowiekowi być samemu.) „Poranek VI". Ile jest tych poranków w metaforach poetki? Ona chce ciągle zaczynać od nowa. Wymiata i... zaczyna od nowa. I nie potrzeba było innych inspiracji poza biegnącym życiem, aby w każdym odpowiednim jego momencie pojawiły się w wierszu tej poetki, jako metafory, pierwiastki, tkwiące w jej esse: w jej byciu urodzoną poetką. Metafora i puenta... Gdzie ona jest w jej poezji? Tak niedostrzegalna, jak lot motyla i wyrazista, jak motyle barwy. Pojawiająca się jakby mimo woli. Mimo woli, ale nie niedostrzegalna! Skąd w moim własnym esse ten nerwowy tik i wytrącenie serca z jego rytmu przez jakieś słowo w wierszu Marii Danuty? Nie mogę sobie tego odpuścić, aby zapytać was, poeci, kto z was wpadłby na takie skojarzenia: kopka śniegu nad potokiem - czapę zgubił mróz; wiosenne polskie błonie (pewnie spod rodzinnej Rudawki) - sąsiad już w polu / przy nim wiosna / na bosaka idzie; wiersz „Wiosna", po kilku metaforycznych błyskach jesteśmy już w wiosennym krajobrazie i nagle puenta: ...poluje orlica / wzmacniają się lotki piskląt / krwią ociekają dzioby. Czyżby to miała być ta drapieżność? Boże! A czy jak już orły, to czy białe? A jakież by? Tylko na białym tle krew przemienia się w atrybut poetycki. I następny wiersz. Znów kilka błyśnięć krajobrazu, które nie tylko dają nam obraz, ale zapisane już metafory chwytają i anektują samą poetkę w obszar jej wiersza: lalka moich myśli / trzepoce rączkami /-/ wpadam / w obszar wiersza. Dosyć! Tak jest w każdym następnym wierszu. Weźcie i czytajcie, bo takiej drugiej nie znajdziecie. Motyle nadlatują, aby zwiastować przemiany. Puenta dla powstającego wiersza o przedwiośniu: ...ślepy jeszcze/jak szczeniak/skomle wiersz.
Według Janusza Odrowąża-Pieniążka: ...autorka kieruje się jakże stale aktualną przybosiową maksymą „najmniej słów". Tak, ale ilu to potrafi z taką maestrią, prześcigającą samego mistrza.
I wreszcie to wielkie słowo: teizm, którym według niektórych recenzentów poetka jest zniewolona. Tam gdzie w tych wierszach pojawia się co boskie, nie pochodzi ono z tabularyzowanego ołtarza ofiarnego, lecz z naturalnego sacrum samotności, jako coś, z czym ona idzie, gotuje, sprząta, igra i przeżywa rozterki. Dostrzega, że: ...kryje się w trzcinach przeciwnik Boga. Ale podczas mszy niedzielnej w kościele, dostrzega też, że: ... ukrył się anioł za obrazem.
A co się dzieje, gdy znów pojawia się On? Kim on jest? Czy był? Odszedł? Milczę / jak milczy drzewo / z tęsknoty za ptakiem. Ale ptak już nie doleci do tego drzewa: na skraju lasu / zostały kości / i strzępy piór /-/ idę /-/ zaledwie furkocze / mój sztandar pobożności / wciąż drogę / przecina twój cień. Dlaczego nie było pomocy nawet od nieba? Fragment wiersza bez tytułu: Mój mężczyzna / ma wiele twarzy /-/ nakładam / kolejną żałobę /-/ noc / w papilotach odeszła /-/ znikł anioł / służalczo machając skrzydłami.
Podobno Janusz Żernicki, gdy dostał do rąk wiersze Danki nie mógł zrozumieć: „Jak ty to robisz? Wplotłaś mnie w zawirowania metafor, wczytuję się, a tu nagle pojawia się puenta. I to jaka! Ja bym na nią nie wpadł." Janusz by nie wpadł. Nie wiem o który wiersz chodziło.

A kto by wpadł na to? Zbiór „Sezon na motyle" kończy wiersz bez tytułu. Ot, trzy gwiazdki...

Owoc krzewu
zjada jemiołuszka
na wiosnę czeka

topnieją śniegi

na dnie rzeki
wylęgają się chruściki
będą wzmacniać
skrzydła ptaków

zacznie się ruch

wyjdą młode wilczki
z legowiska
bawić się skórą ofiary

Znów ktoś powie, że drapieżność. A to przecież życie. Tylko może trochę inne. Samotne. Aż żal, że nie jest się już młodym wilczkiem, a tak chciałoby się...


Maria Danuta Betto: Sezon na motyle, Włocławek 2010, Biblioteka Miejska