Bogusław Biela - Smak naszego świata

Są książki do których wracamy z niezmiennym zainteresowaniem. Do takich należy tom wierszy WALDEMARA MICHALSKIEGO pt. Lekcja wspólnego języka. Wydany przed laty w lubelskim wydawnictwie „Norbertinum" błyszczy żółtą bryłą słońca na okładce, zielone liście spadają w przestrzeń świata a całość rozcina brązowa, niepewna i wahająca się – jak widziane z oddali wzgórza – linia elektrokardiogramu.
Po licznych w dwudziestym wieku podróżach poetów na inne kontynenty, do dalekich i egzotycznych krajów albo na wyspy szczęśliwe, Michalski proponuje nam na przełomie wieków podróż do naszego fizycznego świata, świata na wyciągnięcie reki:

któregoś ran/ca odnajdziesz
zdjęcie i zasuszone skrzydło
wiersza – bez adresu
i zapachu –jak gałązka
z wiosennej palmy (Nagroda i kara).

Podróż poety jest nade wszystko dialogiem z bezpośrednio otaczającym światem. Dialog ten nosi często znamiona dramatyczne:

wychodzę z domu
spotykam znajome drzewa i mur
który udaje że coś jeszcze grodzi (Znak na drodze).

Świat to nieustanny ruch w przestrzeni i w przyrodzie, z którą podmiot liryczny intensywnie współistnieje zmysłowo i od której nie ucieka w krainę intelektualnych złudzeń czy metafizycznych spekulacji. W tej poezji żywioł jest nam dany z całą siłą impetem i –chciałoby się powiedzieć – z naturalnym ciężarem wiatr poplątał się w ramionach. Zmysłowy, bezpośrednio odczuwalny język, którym mówimy „wtapia" się w naturę: jedną stronę czytaj w tataraku drugą mów na pamięć. Są w tej poezji niemal dionizyjskie uniesienia co się spała ogniem żyje. Są doznania niezwykle intensywne, bliskie niewątpliwie wizjom teatralnym Jerzego Grotowskiego: puls śpiewa słowo, które pieści. Są tu również bardzo szczęśliwe aliteracje odzwierciedlające częsty motyw światła, blasku, iluminacji, jak na przykład: strumień światła spływa po dolinie. Wszystko jest tu dźwiękiem, głosem, światłem, ruchem. Podłoga śpiewa, dom lśni jak panna w weselnym orszaku, a kreska w kalendarzu kojarzy się z kroplą w oceanie.
Michalski pisze swoje wiersze tak jak chińskie ideogramy. Liczy się tam bowiem absolutnie pewność gestu. Piszący „walczy" poniekąd z papierem i – wiemy to – walkę tę musi wygrać. Nie wolno mu marnować ani starannie zastruganego, umaczanego w tuszu patyka, ani płachty rozłożonego uprzednio papieru, a każdy ruch winna charakteryzować bezwzględna precyzja. Wynikiem takiej postawy są niezwykle piękne porównania w rodzaju: słowa zapałają się jak ogniska (s. 35), albo to – na stronie trzydziestej: jak życie i śmierć rozdzielone parawanem.

Całe nasze życie a również i życie wiersza jednoczy się z naturą: jak przydrożne wierzby nasze stare matki. Zauważmy przy okazji, że podobnie postrzegał świat zmarły kilka lat temu, wybitny rosyjski poeta Josif Brodski, porównując w swoich wierszach – pisanych w dalekiej Ameryce zmoknięte na deszczu stare ptaki do swoich rodziców. Wrażliwość to pewnie słowiańska a interioryzacja przyrody (owa „uzdrawiająca moc natury") posunięta bardzo daleko, tak jakby pamięć chciała ogarnąć cały otaczający świat i objąć go zmysłami. Jakże odmiennie patrzą na świat, na przykład Francuzi, z ich teatralizacją życia! Podróż Michalskiego po drodze gładkiej jak wyprasowane świąteczne nogawki to także powrót do dzieciństwa. Znaczy go garść ziemi, lot bociana, drewniany płot, który skrzypi jak bieda i –zieleń – kolor ojczyzny, nadający jej sens uniwersalny.
Czytając te wiersze odnosimy wrażenie, że słowa muskają świat, że próbują być z nim w naturalnej zgodzie a harmonia wdzięku, światła, zapachów kolorów tworzy delikatną orkiestrację tej wierszowanej symfonii. Ów chór, owa melodia to głos Michalskiego. Wyłania się on z przestrzeni wiersza powoli, z namysłem, ostrożnie, nie płoszy czytelnika nadmiarem erudycyjnej „ekwilibrystyki" – lecz pozwala mu „objąć" frazę i „wsączyć" ją do swojego wnętrza tak jak dziecko kontemplujące tęczę. Nie wydaje się również, aby te krótkie zdania szeleszczały książkowymi zwrotami lub „rdzewiały" w czas burzy.
Tomik wierszy Lekcja wspólnego Języka składa się z sześciu części. Są to: Konspekt na wersety, Na krawędzi, W pielgrzymce, Wołyń... Wołyń..., Spotkanie z poetą i Wiersze nałęczowskie. Co łączy te 73 wiersze powstałe w ostatnich latach? Jeden jest – jak się wydaje – ton i wątek zasadniczy. Stanowi go próba osiągnięcia pewnej równowagi między normą dnia i pasją nocy, między dniem dzisiejszym a wczorajszym, między pamięcią historyczną a pamięcią wyborów politycznych, między zdrowiem a chorobą która jest najpoważniejszym egzaminem – testem naszej psychicznej i fizycznej równowagi. Z jednej strony mamy bowiem świat natury, ten co tak zawładnął wyobraźnią poety, że przenika nieustannie niemal każdą „tkankę" wiersza, z drugiej świat kultury, który go ukształtował, uformował i podsunął życiowe wybory. Z napięcia między współistnieniem tych dwóch światów (w pamięci?, w życiu?) rodzi się poezja Michalskiego.
Sześć części tomiku „Lekcja wspólnego języka" jak sześć witrażowych okien paryskiej katedry „spina", scala, jednoczy i łączy jedna myśl:


Trzeba się gdzieś zadomowić
przeprosić historię jako nauczycielkę e wciąż zatrudnioną na etacie
przedszkolanki i czerwonego kapturka (Z nałęczowskich spacerów).

Średniowieczne witraże były lekcją wspólnego języka biblijnego tak dla architektów, jak dla budowniczych. Michalski natomiast zadomawia się w historii naszego polskiego świata jakże złożonego i pełnego szyfrów. Przestrzeń tej poezji jest wyraźnie określona: Wołyń, Lubelskie, Kazimierz nad Wisłą Nałęczów... Wiersze dedykuje poeta osobom bliskim i znajomym. W ten sposób zyskują one rangę wspólnoty doświadczenia – kulturowego?, historycznego? – a także humanistycznego: dotyk, gest, zatrzymane spojrzenie jak zmarszczka na wodzie. Słowem, to wszystko co nadaje naszemu światu smak sensualnego doznania. Bo nawet piękno (bo jeśli piękno) to krążące soki. A to znaczy zapach, ruch powolny, sensacje podniebienia.
Poeta, który pewnego dnia (jak tylu innych przed nim) odnalazł swoją fizyczność na krawędzi, a więc – jak podaje „Słownik języka polskiego": linii zetknięcia dwóch powierzchni: świtu i nocy, chybotliwej kładki, elektrod i monitora, spełnień i niespełnień –
daje nam piękne skondensowane zapisy dni długich zapewne jak towarowe pociągi, kiedy „czas przepływał kroplówką".
Wołynianin z pochodzenia czyli człowiek pogranicza kultur, zwyczajów, obyczajów, zmiennego pejzażu – świadom jest Michalski, że mowa słowiańska różne miewa brzmienia i że historia nie dla wszystkich była łaskawa. Na pytanie: kto tu zawinił i kiedy? – niełatwo dziś dać jednoznaczną odpowiedź. Zresztą czy takie jest zadanie poety. On przecież tylko wiersze składa. I może dlatego jego modlitwa tak właśnie się kończy:

wiary jako miecz i ogień
nie pamiętaj Panie (W drodze na Wołyń).

Znamienny jest ten powrót do kraju lat dziecinnych. Wiara, miłość i pojednanie towarzyszą mu na przemian. Tak jakby po dziesiątkach lat życia w innym kraju wracało się do swojego krajobrazu i prawd najpierwszych katechizmu objaśnianych przez księdza katechetę uczniom wciśniętym w drewniane ławki. W środku – między jednym i drugim siedmiolatkiem – otwór na kałamarz. Reszta jest...
Oryginalne są również w poezji Michalskiego rozmyślania o epizodach życia innych poetów, szczególnie te w części Spotkania z poetą, poświęcone Słowackiemu. Na kilka miesięcy przed końcem XX wieku, który nam się wymyka zanim zdążyliśmy się w nim jako tako zadomowić, jakże smutno brzmią te dwa wersy streszczające bolesne prawdy polskie i ukraińskie:


Twój Krzemieniec nie po myśli politykom Hotel Lambert także już sprzedany (W Paryżu).

Bo jednak misją poety (jeśli o takiej można dzisiaj mówić) jest również przypominanie rzeczy nieprzyjemnych dla rządców tego świata a i dla nas czytelników wierszy. Że mianowicie niepodległość kraju z takim trudem wywalczona winna być zauważona i solidniej analizowana nie tylko na parkietach paryskich salonów. A piękną pamiątkę politycznych zmagań polskiej emigracji czyż należało sprzedać bankierom? Kończą się emigracje bez politycznych swarów i wielkich uniesień. Pamięta o tym poeta kiedy trzeźwo patrzy na dawną Lutecję:

Prezent dla przyjaciół Zapuszkowane powietrze z Paryża Spinka do biustonosza – wierna kopia krzyża I kartka z wieżą jak szyja żyrafy... (W Paryżu).

Zamyka się koło namacalnego świata, zostają znaki – ideogramy Michalskiego: pas czerwony skórzany, kapelusz słomkowy, mocne trzewiki na grubej podeszwie z wiersza Z poetą w Alpach. Przedmioty poetyckiej „codzienności", wierni towarzysze rekwizytorni artystycznej ze świata konkretu, kupieckiego sprytu, sprawnej ekonomii. Kończą się emigracje, ale poeta pamięta i wystukuje tę pamięć na maszynie do pisania albo na szybkim i sprawnym komputerze. Czymże jest więc Michalskiego Lekcja wspólnego języka? Możemy odpowiedzieć, że nieustannie zadawanym pytaniem w rodzaju: „co jest silniejsze kropla wody czy kamień" (Dokąd idziesz?). Sporo trzeba skromności i pokory aby tak patrzeć na świat.


Waldemar Michalski: Lekcja wspólnego języka; Lublin 2010, Wydawnictwo „Norbertinum".