Stefan Pastuszewski - Bądź sobą- wybierz pepsi

Ostateczne zwycięstwo masom zapewnił konsumizm jako efekt XXI- wiecznej masowości, produkcji, demokratyzacji, liberalizacji, globalizacji. To on dodał masom energii, która wraz z mnogością zwiększyła ich moc.


Wielkie żarcie towarów, usług, sukcesów i satysfakcji. Konsumizm jest stylem życia, czyli formacją świadomościowo-materialną fałszującą, a przynajmniej przewracającą do góry nogami dotychczasowy obraz świata. Zaszczepiony w XIX wieku indywidualizm (społeczna emancypacja własnego ja) sprowadza się w dobie masowości towarów i usług do wyboru spośród 10 gatunków chleba, 5 gatunków bułek i nieskończonej ilości telefonów mobilnych… Bo konsumizm w istocie swojej to szybki ruch w przestrzeni, zewnętrznej i wewnętrznej. Nie ruch dla ruchu, bo to byłoby już absurdalne, a życie ludzkie, bazujące przecież na naturze, która jest celowa i zorganizowana, mimo coraz częstszego odrywania się od tej natury, tak do końca absurdalne nie jest. Jest to ruch dla chwili, kolejnej chwili-dobrej, przyjemniej i szczęśliwej, ale trochę prostackiej, bo przecież prostackie jest samo zjadanie bez smakowania, odbieranie impulsów intelektualnych i wrażeń artystycznych bez kontemplacji. Chwila po prostu nie ma czasu dla rozpoznania siebie, w rezultacie czego człowiek chwilowy przypomina paszczę jamochłona, rytmicznie otwierającą się na przepływający pokarm czy ucho słuchawki mechanicznie chłonące dźwięki. Oko człowieka telewizyjnego, czy internetowego, będącego jedną z wielu odsłon człowieka chwilowego, też mechanicznie pożera obrazy i słowa, oczywiście się tym męcząc. Uparty telewidz, siedzący godzinami przed srebrnym ekranem, nawet w najwygodniejszym fotelu czy przeogromnej sofie, wstaje z tego fotela czy sofy straszliwie zmęczony.
Zmęczenie jest efektem cywilizacji konsumpcyjnej, czyli cywilizacji chwili, ale też efektem jej jest dezintegrujący hiper - pluralizm. W przestrzeni inflacyjnej każdego z nas dotyka co innego, inne są kombinacje towarów i usług, tudzież wytworów intelektualnych i artystycznych, zestawów informacji, które wchłaniamy chwila po chwili. Coraz trudniej o wspólny mianownik, nawet przejście dnia w noc nie jednoczy ludzi tą samą sytuacją, bo oślepiające światła halogenów potrafią przysłonić cienistą prawdę natury.
Człowiekowi jest więc w otaczającej go rzeczywistości duszno i czuje się zmęczony, wręcz przytłoczony tą gęstością, nie mówiąc już o zmęczeniu wynikłym z bezpośredniego udziału w szybkozmienności tego świata oraz dziecięcym wręcz zagubieniu.
Niektórzy odbierają to jako chaos, inni wprost przeciwnie-jako totalitarne, bardzo precyzyjne i konsekwentne zniewolenie. Dopatrują się w tym perfidnej władzy rządów światowych, a to zazwyczaj tylko efekt szybkości obrotów i posuwów maszyn, tudzież rozgrzanych mózgów oraz znerwicowanych rąk i nóg. Wszystko, bardzo precyzyjnie, ale też coraz szybciej się rusza.
Obojętnie, czy chaos to, czy idealny totalitaryzm; w efekcie takie stany jak spokój, pewność czy szczęśliwość, są dziś coraz rzadsze. Stany spokoju (pokoju), a więc zjawiska dłuższego trwania zostają wyparte przez krótkie chwile spokoju, pewności czy szczęśliwości, o ile takie, znerwicowany i pędzący wciąż, a więc na swój sposób oszołomiony, człowiek zdoła odnotować.
Człowiek to zjawisko średniego trwania. Tak, w każdym razie nam, przeciętnym, w porównaniu z rozlicznymi zjawiskami długiego trwania, jak naród czy kultura, się wydaje. Tak więc używajmy póki czas!
Chwilowość obecnej cywilizacji wzmogła się wraz z przyspieszeniem ruchu maszyn produkujących towary czy usługi, ale także wzmożeniem aktywności mózgów, piór, pędzli i dłut, wraz z coraz wydajniejszą pracą naukowców, a przede wszystkim środków komunikacji i komunikowania się. Szybkość i łatwość przemieszczania się, tudzież przekazywania informacji zaowocowały zagęszczeniem się przestrzeni realnej i wirtualnej, przeradzając się w inflację wszystkiego, w potocznym, intuicyjnym rozumieniu tego wszystkiego. Wprawiona w rytm szybkich zmian istota ludzka pragnie wciąż „nowych" chwil spokoju, pewności i szczęśliwości, bo „stare" zaczynają ją nudzić. W ten sposób człowiek konsumuje swoje życie i siebie samego. Nie jest, ale bywa. Coraz bardziej ulotny i przelotny.
Konsumpcjonizm obecnej epoki objawia się nawet w czymś tak banalnym jak pocztówki. Kiedyś eksponowały one jeden motyw, zachęcając do kontemplacji i zapamiętania czegoś niezwykłego lub charakterystycznego, bądź w zamyśle autorów mającego uchodzić za niezwykłe lub charakterystyczne. (Pocztówki to też pewien typ manipulacji). Dziś zawierają one kilkanaście bądź kilka motywów, które oko wchłania bez satysfakcji, a mózg przetwarza bez zapamiętania. Siedząc u znajomej i pisząc ten esej wziąłem do ręki pocztówkę z Grecji, zawierającą na prostokącie o wymiarach 16×11 cm aż 53 obrazki, w wielu przypadkach mniejszych od najmniejszego znaczka pocztowego. Ot, taki konsumpcyjny stół szwedzki rodzący poczucie szczęśliwość z powodu jego obfitości. Może i to radosne, ale czy pożyteczne? Taka pocztówka to jawna manipulacja człowiekiem konsumpcyjnym, mająca przytłoczyć go obfitością, a nie porazić wyższym sensem czy pięknem.
W XXI wieku osiągnęliśmy poziom przedziwnej równowagi. Wszystko jest towarem i śmieciem zarazem. Tak jak w przyrodzie ożywionej; wszystko jest żywe i wszystko jest zarazem martwe, bo dąży a raczej skazane jest na śmierć. Liczy się tylko iskra życia, która przeskakuje z osobnika na osobnika. W przypadkach produkcji liczy się energia, ruch. To taka iskra życia gospodarki.
Konsumizm jest prostą, quasi-filozoficzną jednak, ideologiczną, a nie teologiczną, praktyczną jednak, czyli zrozumiałą i dostępną dla każdego, odpowiedzią na odwieczny ludzki problem sensu i istoty życia. Głosi: Skoro wszystko jest w ruchu i się zmienia, skoro dominują, także w egzystencji człowieka zjawiska krótkiego, a nie długiego trwania, to sens i istota ludzkiego życia sprowadzają się do chwili. Żyj więc chwilą. Carpe diem.
Pełnia i szczęśliwość, choćby chwilowa to sens mej egzystencji. Istota zaś jej, to chwila po chwili, złożone niczym cegiełki w średnią chwilę - życie.
Nie jest to wcale myślenie ateistyczne, bo zakłada istnienie Stwórcy i Prawodawcy, który tak właśnie rzeczywistość skonstruował. Poza tym Bóg chrześcijański zaleca radość. Choćby chwilową… Tak więc wszystko jest w porządku (?).

Indywidualność sprowadzona do wyboru
Inflacyjna podaż wszelkich wytworów, ich masowość, w tym także płodów intelektualno-artystycznych, obniża ich obiektywną wartość, sprowadzając je do ziaren piasku na plaży czy pustyni. (Określony produkt może mieć jednak szczególną wartość dla danej jednostki, ale bardzo szybko wartość ta czeźnie pod wpływem kolejnych propozycji rynkowych).
Masa umasawia dziś nawet… indywidualizm. Staje się on dostępny dla każdego, bowiem każdy może poczuć się indywidualistą, wybierając w morzu produktów i usług. Także - proponowanych przez media - postaw, zachowań, image.
Każdy może być sam dla siebie autorytetem. Kiedyś, w społeczeństwie klasowym, mniej demokratycznym, wyborów takich nie było. Należałeś do określonej klasy, a w ramach niej do warstwy i zachowywałeś się, ba, myślałeś nawet, jak dana klasa czy warstwa. Istniała określona hierarchia wartości.
Hasło reklamowe: „Bądź sobą-wybierz pepsi" najprecyzyjniej oddaje istotę kreacji indywidualnej tożsamości poprzez wybór określonych produktów do konsumowania. (A gdzie budowanie świadomości i charakteru?). Każdy swobodnie (a presja mediów i reklamy?) żłobi sobie w śmietniku cywilizacyjnym XXI wieku własny kanalik i czuje się w nim wyjątkowy. (A może sensem naszej ziemskiej egzystencji jest właśnie taka indywidualna wyjątkowość?).
Nie ulega wątpliwości, że mamy obecnie do czynienia z indywidualizacją społeczeństwa według konsumpcjonistycznych zasad.
Ludzie interpretują przykazy religii i tradycji po swojemu, wybierają z nich to, co im odpowiada. Coraz częściej traktują wiarę i filozofię życia jako własny suwerenny wybór, a nie dziedzictwo przekazane przez przodków. Wierzący są równie zindywidualizowani co ateiści. Nad wpisanie się w zbiorową tradycję przedkładają własne poszukiwanie celów i tożsamości. Taka postawa może owocować twardym zaangażowaniem nie tylko w dogmaty, lecz także w te cele, które ujawniły się podczas własnych poszukiwań. Wtedy nie ma miejsca na rozmowę, najważniejsze jest trwanie przy tak zbudowanej tożsamości. Wtedy też „ja" staje się jednym autorytetem. Człowiek broni się wtedy przed dezintegracją.
„Przymus indywidualnego nadawania sensu własnemu życiu, niezależnie od odziedziczonych wzorów oraz wiar, jednych wyzwala, innych paraliżuje. Obok wolności rodzi się pożywka dla starych - zdawałoby się, dawno już pogrzebanych - doktryn oferujących zaprowadzenie porządku, nawet przemocą. I, co ważniejsze, jedni i drudzy skupiają się raczej na manifestowaniu swojej tożsamości tworząc własne samowystarczalne światy" - zauważa Marek Beylin.
Przy niemożliwości wyartykułowania wspólnych celów pozostaje konsumpcja, nie tylko towarów i usług, ale też religii, wartości i idei. Konsumpcja na swój sposób w istocie swej pozornie zindywidualizowana.

Wolność wyżej niż moralność
Najwyższą wartością w obecnym świecie stała się wolność, realizowana głównie poprzez wolny wybór. Spowodowało to relatywizację wartości moralnych i załamanie się tradycyjnej hierarchii społecznej. Każdy może ogłosić się autorytetem. A przecież klasyczna antropologia mówi, że najwyższą wartością jest moralność…
Sprzymierzeńcem konsumizmu jest więc liberalizm, nie będący wcale ideologią całościową, tylko trywialnym hasłem: każdy może sobie stworzyć ideologię, filozofię, religię nawet, jaką mu się żywnie podoba, bo każdy jest wolny. Doszło więc do relatywizacji wartości moralnych, załamania się tradycyjnych hierarchii społecznych, zaniku autorytetów, indyferentyzmu religijnego, osłabienia duchowości. Chaos, który na początku jeszcze nie niszczy, ujmowany jest w karby szybkich zmian: mód, nawyków, potrzeb konsumpcyjnych. Istotnym elementem tej dynamiki, trzymającej ludzką magmę (masę) w ramach koryta, jest codzienna inwazja informacyjna oraz inne socjotechniki stosowane przez reklamę i massmedia. Ostatnio taką manipulacją stało się nadanie rangi wojen narodowych mistrzostwom kontynentów lub świata w piłkę nożną. Odpowiednie impulsy - materialne (gadżety) i niematerialne (hasła, pieśni, stany emocjonalne) wywołują euforię bądź załamanie się ludzi kompletnie ogłupionych i sprowadzonych do poziomu zdziecinniałej masy.
Twórczość w społeczeństwie masowym to umiejętność synkretycznego łączenia różnych kopii, ale przede wszystkim umiejętność lokowania się w mediach, które potrafią z byle czego czynić kolejny cud świata. To one są rzeczywistymi kreatorami kultury, a nie kandydaci na artystów. Można bez większych trudności udowodnić, że byle kicz dzięki odpowiedniej propagandzie staje się wydarzeniem artystycznym. Tylko, że bardzo szybko zastępuje je inne wydarzenie.

Pieniądz jako jedyny regulator
Aktywność życiowa z kolei, samorealizacja, sprowadza się do ślepej pogoni za pieniędzmi otwierającymi drzwi do konsumerycznego raju. Teraz piwo „Heineken" i wczasy w Chorwacji, potem koniak „Hennessy" i Hawaje, wreszcie…Nie, nie ma żadnego wreszcie, bo wciąż jest potem, potem, potem… Jest tylko taśma konsumpcyjna, spopularyzowana przez reklamę i media, w Polsce z „Just quality" na czele. Jakość nie jest dziś cechą produktu czy usługi, ale efektem działania mediów. To one okrzykują coś najlepszym, trendy.
Poczytajmy tytuły z nr 3/2008 tegoż jarmarcznego (jarmark, czyli targowisko) czasopisma, a wszystko będzie jasne:
Jager, sztylet, i wódka; Papier z Pól Elizejskich (papier toaletowy- przyp. S.P.), Madera: cesarz, konsul i premier; Trunek weneckiego mnicha, która whisky lepsza?, Eksplozje smaków; Na kwiecistą nutę, Koniak wpisany w DNA, Mechaniczna generacja, Bez bikini?. Mój pies ubiera się u Prady, Fiklektyzm i gladiator, Wszystkie kolory Juli i piękno luksusu…
No i co? Nie podnieca, nie pociąga? Mnie w każdym razie nie, bo ja, konsumencki abnegat, choć dostaję to czasopismo, nie wiadomo zresztą z jakich powodów za darmo, nawet je nie kartkuję i odkładam do kartonu, w którym gromadzę „kolorówki" w celu wywiezienia ich do polskiego sierocińca w Podbrodziu na Litwie, aby zgromadzone tam dzieci miały czym tapetować swoje skromne pokoiki. Czy je demoralizuję? Chyba nie, bo to dzieci zazwyczaj życiowo rozsądne, a trochę kolorków, choć zafałszowanych, każdy z nas w życiu potrzebuje.
Główną, a coraz częściej nawet jedyną miarą wartości jednostki staje się dziś pieniądz. Coraz mniej jest czynności czy nawet zachowań nie opłacanych (za lojalność czy dyspozycyjność też się płaci), coraz mniej jest spontanicznych działań społecznych. Reakcja ta ma charakter łańcuchowy. Skoro ode mnie coraz częściej żądają pieniędzy, to i ja, aby mieć te pieniądze, muszę żądać ich od innych. Najjaskrawiej absurdalność takiej sytuacji jawi się w sferach zdrowia, opieki i religii. Za nakarmienie niedołężnego starca opiekun żąda pieniędzy, a kapłan niemal już za każdy gest, nie mówiąc już o bardziej skomplikowanych obrzędach. Bo jeden i drugi, atakowani przez innych żądających, muszą się utrzymać.
A nie daj Bóg, gdy jeden i drugi działa w oparciu o jakąś instytucję, która ma to do siebie, że doskonaląc się wewnętrznie - coraz więcej kosztuje (prawo Parkinsona). W ogóle instytucjonalizacja to też signum naszej epoki. Bez siedziby obrośniętej przeróżnymi sprzętami, pieczątkami, środkami komunikowania się, bez udziału w różnych, płatnych oczywiście rejestrach, żadna instytucja nie ma dziś racji bytu. Biurokracja czerpie zyski nie tylko z podatków, ale i bieżących opłat niemal za każdą czynność.


Neofag
Konsumizm wykształca nowy podgatunek człowieka- konsumera.
Konsumer z racji nadmiernego wykonywania funkcji konsumenckich (także wrażeń) przypomina dżdżownicę, która w istocie jest jednym długim przewodem pokarmowym, przez który z jednej strony wpada pokarm, zmieszany z ziemią, a z drugiej wylatują odchody, w których gros jest właśnie niestrawionej ziemi. Takiej masa tabulette. Dżdżownica nic, tylko je i je. Konsumer też przede wszystkim je (żre?) i źle się czuje, gdy nie je. Je pokarmy, usługi, informacje, wrażenia, wciąż nowe i nowe, przez co zyskuje przydomek nowofaga (neofaga). Spośród jego życiowych funkcji dominuje owo patologiczne łykanie, w którym nie może ustać, bo natychmiast byłby chory. (Oczywiście, że najlepszymi konsumentami są kobiety, usiłujące uzupełnić swą naturalną niepełność nowymi zakupami).
Zachłanność konsumera, nowofaga ogranicza jedynie fizjologiczne zmęczenie, bo na pewno nie jego krytyczna psychika, którą posiada w formie szczątkowej w porównaniu z rozbudowanym aparatem konsumpcyjnym. Kręcą się więc za sprawą konsumenckich mas maszyny produkcyjne, migocą ekrany telewizorów i Internetów, kreatorzy mód i ideologii wciąż mają pełne ręce roboty.
Nieustanne żarcie „masowej dżdżownicy" przypomina monotonny rytm ruchów frykatywnych, tylko, że ruchy te kończą się wniebowzięciem orgazmu, podczas gdy nieustanna konsumpcja nie przynosi już takich uniesień. Najwyżej chwile odpoczynku, nasycenia, czy gorzej - przeczyszczających wymiotów… Przystosowane tylko do ustawicznego żarcia ciało ludzkiej dżdżownicy, chwilę odsapnąwszy, znów wprawia się w swój monotonny ruch, który codziennie daje o sobie znać na ulicach miast, w brzuchach marketów, ale także w strużce samochodów, krążących przez całą dobę miedzy sklepami, sklepikami i knajpami a rozproszonym niczym piegi po całej tej naszej biednej ziemi, rozrośniętymi do absurdalnych rozmiarów, sadybami. Wewnątrz nich też trwa ustawiczny ruch miedzy kuchnią a salonem, praca szczęk i przełyków, migotanie ekranów telewizyjnych i internetowych, używanie wykafelkowanych i wyfiokowanych ubikacji (Marek Głogoczowski: Ziemia, planeta Oranusian?, „Akant" 2007, nr 2, s. 1-2, 4-7).
Towary masowe i dla mas nie mają klasy, nie mówiąc już o tym, że ich jakość pozostawia wiele do życzenia, bo związana jest z określonym, raczej krótkim terminem żywotności, po to, aby trzeba było kupić kolejny produkt, gdyż maszyny przecież wciąż muszą się kręcić, a ludzie muszą mieć jakieś zajęcie, aby nie zwariowali.
Zbigniew Herbert pisze o „erze szybkich głupiopisów, aroganckich przedmiotów bez wdzięku, imienia, przeszłości". I o „Hunach postępu, cwałujących przez ziemskie i niebieskie stepy, niszcząc po drodze wszystko, co godne szacunku, dawne i bezbronne".
To współcześni kapitaliści, ale też konstruktorzy i naukowcy, inżynierowie chodzący na pasku konsumerycznych mas, a raczej wielkiej dżdżownicy pożerającej, wszystko czyli innymi słowy „morderczej bestii dialektycznej" (Z. Herbert).
Przeciętny, czyli masowy konsumer staje się istotą miałką. 54 procent Hiszpanów między 18. i 34. rokiem życia przyznaje, że nie ma żadnych planów na przyszłość. Jest to pokolenie ani-ani, czyli osoby, które porzuciły naukę, ale nie szukają pracy. To rzesza trzydziestolatków, których jedynym celem jest konsumpcja: chcą dobrze się bawić i nie mieć problemów. A przede wszystkim obowiązków. - Moim celem jest przejście kolejnych etapów gry komputerowej i przesiedzenie piątkowej nocy w barze. Reszta mnie nie interesuje - mówi Marco z Hiszpanii. Młodzi polscy konsumerzy zachowują się podobnie, ale część z nich jeszcze wyjeżdża na Zachód na przysłowiowy zmywak. Nie liczy się jednak dla nich jakość pracy i jej suwerenność, niewolnicze usytuowanie wobec bogaczy, tylko pieniądz.

Wyścig szczurów i masowe tycie
Masy w gospodarce konsumerycznej tyją. Mechanizm tego tycia jest prosty. Masy podejmują decyzję „samostanowiące", kupując określone towary i usługi. Aby utrzymać je w tym kanale „samostanowienia" trzeba wciąż umasawiać kolejne towary i usługi, a więc demokratyzować konsumpcję poprzez zwiększanie dostępności towarów i usług (duży wolumen, niska cena). A równocześnie, aby „suwerenność" mas nie przelała się przez brzegi kanału, trzeba wciąż wymyślać nowe towary i usługi i tak dawkować pieniądz, będący środkiem nabycia tych towarów i usług, aby wprawdzie był on powszechnie dostępny, lecz nie w nadmiarze i aby wciąż trzeba było go gonić. Jest to oczywiście zjawisko „wyścigu szczurów", bardzo obrazowo przedstawione, bo szczury, i idą, i łowią, i każdy z nich ma swoją egoistyczną inteligencję oraz satysfakcję. Każdy jest sam dla siebie autorytetem.
Niemniej próby sterowania masami poprzez demokratyzacyjną konsumpcję rodzi niebezpieczeństwo rozwarstwiania się tych mas (coraz więcej osób chce towarów wysoko konsumerycznych, co oczywiście nie znaczy wcale, że wysokiej jakości) oraz ciągłego przyspieszania produkcji, w tym także nowych gadżetów konsumpcyjnych. W ten sposób dochodzi do swoistego wywłaszczenia właścicieli fabryk i centrów usługowych z ich suwerennych decyzji. Z dyktatorów rynku przechodzą oni na pozycje wykonawców woli i chuci konsumenckich mas.
Procesy te następują bez pełnej świadomości obydwu stron; kapitaliści tylko od czasu do czasu skarżą się na „wolę rynku". Nawet jeśli któryś z nich miałby ambicje kreacyjne, co czasem i w tym środowisku się zdarza, to i tak, aby utrzymać się na powierzchni, w „skonkurowanym" do granic absurdu świecie wytwórczości i usług (uboczny efekt postępu naukowego i technologicznego), muszą oni działać zgodnie z wolą mas (rynku). Wsłuchiwać się weń.
Celnie zauważa Ryszard Prężyna („Akant" 2009, nr 6, s. 12), że masy zawsze mają liczebną przewagę i dysponują siłą, która dokonuje zmian, choć o ich kierunku nie zawsze decydują. Zgodnie z teorią elit Vilfrego Paretto, masy wyłaniają elity i wspierają je tak długo, jak im to odpowiada. Różnice interesów pomiędzy masami i elitami wywołują napięcia, które powodują, że po pewnym czasie dochodzi do głosu nowa elita, która lepiej potrafi wyrazić aktualne potrzeby i ambicje mas, co potwierdza słuszność stwierdzenia, że historia jest cmentarzyskiem arystokracji (elit). Mas można się bać, mieć zastrzeżenia do poziomu edukacji i gustów, uważać, że są czynnikiem zaniżającym poziom kultury i opóźniającym rozwój cywilizacyjny, ale nie można ich ignorować, bo ostatecznie to one decydują o zmianie.  


Sukces jako kolejny towar
Pogoń się za pieniądzem, to jest oczywiste, a że nie wypłukano jeszcze do cna z ludzi duchowości, to dodaje się do tego jeszcze sukces. Sukces jako duchowa, bardziej ludzka strona zagarniania konfitur tego świata. Telewizja, gazety, a nawet szkoły uprawiają apologię, a nawet pedagogikę sukcesu. Aby masy miały po co gonić i aby cały czas były czymś zajęte. Aby było cyniczniej, i nie doszło do galopującej inflacji pieniądza, w wielu przypadkach za sukces płaci się tylko wywiadem w telewizyjnym studio czy, wydrukowanym na komputerowej drukarce, papierowym dyplomem. W rezultacie mamy, inflację sukcesu, a nie, jakże niebezpiecznej dla ekonomii, inflacji pieniądza. Drukarnia dolarów czyli Rezerwa Federalna USA ma dzięki lansowaniu sukcesu jako ekwiwalentu za trud, mniej zmartwień na głowie, mniej pustego pieniądza musi wydrukować. Grunt to gospodarka. Ona jest podstawą wszystkiego!
Oprócz pogoni za sukcesem, dla zajęcia mas wymyśla się różne konkursy, akcje, rekordy Guinessa. Coraz częściej polski rząd i jego agendy rozdaje różne medale i papierowe nagrody.
Mechanizm konsumpcyjny wpisany jest w naturę ludzką od jej zarania. Tylko, że do niedawna przyhamowywała go bariera technologiczna, ograniczenia komunikacyjne, czy zaszczepiona przez religię i tradycyjne wychowanie, powściągliwość. Teraz wszystkie bariery pękły, a religie odeszły w kąt. Jedyną barierą jest dziś stopień chłonności organizmu.
Paradoksalnie, ale ta zwierzęca strona człowieka chroni go przed pęknięciem z nadmiaru, co wcale nie znaczy, że nie przed popsuciem takich czy innych organów i zmiękczeniem mózgu. Osłabione jest także to, co winno być koroną sił duchowych człowieka -wola.
Konsumer jest w zasadzie bezwolną istotą wpisaną w łańcuch konsumpcyjny tego świata, mający jednak fałszywą świadomość samostanowienia. Nazywa siebie indywidualistą, będąc w rzeczywistości tylko zindywidualizowanym wyborcą towarów i usług.


Nie ma odwrotu
Odrzucenie konsumpcjonizmu? Wykluczone! To przecież taki styl życia napędza gospodarkę. I taki styl życia jest nie tylko rzeczywistością krajów rozwiniętych, ale i marzeniem krajów rozwijających się. Jedni mieliby się wyrzec swojego stylu życia, drudzy marzeń? A producenci mieliby zrezygnować z produkcji? Nigdy!
Nie zmienia to jednak faktu, że przy takich aspiracjach zrównoważony, czyli humanistyczny i ekologiczny wzrost jest po prostu niemożliwy. Bo gospodarka konsumeryczna nie tylko niszczy człowieka, ale i środowisko, zaśmieca je niemożebnie.
Będąc umasowionymi komsumerami jesteśmy istotnym ogniwem w masowej produkcji śmieci. Największą ich masę stanowią bowiem opakowania, które tak lubimy (często są one wielokrotnie większe i bardziej wyszukane niż sam towar) i produkty o świadomie zmniejszonym okresie trwałości, bowiem maszyny produkcyjne wciąż muszą się kręcić. Z sensem czy bez sensu…
Wyprodukować, sprzedać…Oto podstawowy problem ludzi biznesu. Relacje międzyludzkie
też mają charakter kupna-sprzedaży. Moja życzliwość za twoją życzliwość (do ut des), moje ciało za twoje ciało. Coraz powszechniejsza wśród młodzieży jest prostytucja aspiracyjna.
Dzisiejsze nastolatki nie chcą reklamowanych towarów lizać przez szybę. Chcą je mieć. Tak więc oddają swoje dziewczęce czy chłopięce ciała bogatym erotomanom i pedofilom. Prostytucja kulturowa wpisuje się natomiast we współczesny styl eksponowania własnego ciała jako towaru. Lansowane jest to dodatkowo przez stacje muzyczne, treści piosenek, filmy, a także czytelne komunikaty werbalne, na przykład: „idź na całość", „daj sobie szansę", „rób, co chcesz".



A jednak masy są zwycięzcami
Obudzone, pobudzone i wyemancypowane masy, zarówno przez demokratyzację konsumpcji jak i kulturę masową, są najpoważniejszymi odbiorcami towarów, usług i kultury. To one dyktują skalę i warunki jego odbioru i w tym pojęciu są zwycięzcami. Nawet wtedy, jeśli ich „masowe" potrzeby i gusta częściowo zostały uformowane przez producentów i nadawców.
Formacja ta nie jest jednak na wprost. „Masowa" reakcja na zewnętrzne bodźce jest efektem „masowej" świadomości, ale też swoistej inercji wielkich liczb (masy). Choć cały czas trwają zmagania ze strony mediów i systemów reklamy z ową świadomością i inercją, jednak ostatecznie masy wychodzą z nich zwycięsko. To one, albo kupują albo nie kupują. Nie można więc mówić o procesie starowania masami, tylko o podsterowywaniu mas. Nikt, do końca bowiem nie wie, jaki będzie efekt takiego czy innego słowa lub bodźca. Masy, choć wielkie, nie są słoniem o ściśle określonym kształcie swego organizmu, który warunkuje takie czy inne odruchy. Historia niejednokrotnie wykazała reakcje odmienne od założonych i to nie tylko w sytuacjach rewolucyjnych.
Są jednak sytuacje, w których media zazwyczaj górują nad masami. To rozstrzygnięcia społeczno-polityczne. Głosują masy, ale wybierają massmedia. Świadomość mas, w tym również świadomość wyborczą buduje się poprzez wspólną wiedzę i wspólne przeżycia. W procesie tym prym wiodą massmedia, głównie telewizja i Internet, nawet jeśli same nie tworzą określonych show, to o tych show informują i do nich zachęcają, nie mówiąc już o współpartnerstwie poprzez określony przekaz. Pogoń za pieniądzem, towarem, sukcesem, uciechą oraz inwazja informacyjna powodują, że ludzie patrzą, a nie widzą.
Żyjemy w oparach ideologii, które lansują najbardziej karkołomne teorie, a my bezrefleksyjnie je przyjmujemy i uznajemy za prawdę objawioną. A potem bez własnego rozeznania, tylko pod wpływem obcego podszeptu rzucamy kartkę wyborczą.
Specyfika obecnej sytuacji dziejowej i jej odmienność w stosunku do poprzednich epok polega na tym, że masy są żywsze i bardziej wymagające niż kiedyś, choćby kolejnych dawek konsumpcyjnych, a elity starające się te wymagania spełnić, ale też je moderować, to już nie politycy, intelektualiści, duchowni, ludzie kultury, tylko producenci. A ci w większości przypadków też wywodzą się z mas i mają w znacznym stopniu „masowe" potrzeby i gusta. Nawet naukowcy i artyści mają mentalność producentów, czyli realizatorów konsumenckich zachcianek. Coraz częściej o książce, obrazie, kompozycji mówi się: produkt, dla którego trzeba znaleźć nabywcę. I to jest kolejny składnik obecnego zwycięstwa mas. Masom dziś za sprawą konsumpcjonizmu został nadana wieka energia, co w sumie czyni z nich dominujący podmiot życia zbiorowego.
Dziś państwo w coraz większym stopniu jest tylko instrumentem społeczeństwa masowego. Samo nie formułuje już celów polityki, a jeśli to czyni, często napotyka na opór, bo zadania polityki mają określać obywatele. Ci zrzeszeni w trwałych grupach nacisku albo ci zrzeszający się przygodnie. Są oni zazwyczaj wobec polityki nieufni.
Nie potrafią też często jasno określić swoich celów. Wówczas to wkracza komsumerski sufler: media. A za nimi kartka wyborcza.
„Współczesne społeczeństwa składające się z przygodnych lub trwałych grup nie wytwarzają akceptowanego przez większość obrazu siebie jako całości" - twierdzi socjolog Michel Maffesoli. A to daje szansę manipularskim systemom. Spada znaczenie państwa, rośnie rola struktur globalnego oddziaływania. „Państwo mobilizowało ludzi, przewodziło społeczeństwu, wypełniając „naturalne" zadanie: oferowanie przyszłości. Często kosztem teraźniejszości, w tej mierze demokracja była za pan brat z tradycyjną mentalnością mieszczańską nakazującą chronienie i powiększanie majątku, by przekazać go potomnym. Bo wiara w przyszłość  stanowiła jeden z dogmatów demokratycznego katechizmu) - pisze Marek Beylin („Gazeta Wyborcza" 2010, nr 201, s. 17".
Tak więc rzecz publiczna rozgrywa się niczym nieustanny mecz miedzy masami a strukturami globalnego oddziaływania, w tym przede wszystkim massmediami. Zazwyczaj wygrywają masy.
Zwycięstwo mas odnotowane też zostało w sferze językowej. Kultura masowa wygrywa z kulturą wysoką, środki masowego przekazu z czasopismami i książkami niszowymi, produkcja masowa z produkcją niskoseryjną i oczywiście z rzemiosłem. Mamy nawet do czynienia z komunikacją i turystyką masową.
W oparciu o to można wywieść masowe potrzeby i gusta, a także świadomość masową. Skoro najbardziej opłacalne jest dziś „robienie w masach", to nie dziwnego, że w epoce masowości (mnogości) masy są najważniejsze. Ich obsługa jest istotą dziejących się wokół nas procesów.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora