Tomasz Owczarzak - W drodze do Wielkości

Obudził nas budzik elektryczny o godzinie 3:30 nad ranem. W kalendarzu, na który nikt z nas nie zwrócił uwagi zaistniał czwartek dzień 15 lipca 2010.
Wstałem z fotela, udałem się do kuchni na papierosa, Piotr wstał po chwili, kiedy już parzyła się poranna kawa na wzmocnienie przed podróżą.

Szybkie pakowanie się do drogi, pośpieszne śniadanie, ubieranie się i chociaż częściowe mycie - również w pośpiechu.
O godzinie 4:50 staliśmy już na przystanku w Rynarzewie czekając na busa do Bydgoszczy…
Następna ważna godzina to odjazd naszego pociągu do Warszawy o 6:09. I byliśmy tam, siedzieliśmy cali w zachwycie, aczkolwiek nie zapomnieliśmy wyłożyć już na niewielki blat przedziałowy komórki, dwuosobowego biletu, oraz książek na podróż.
Pociąg ruszył a w nas ciągle rósł zachwyt, że teraz, z Bydgoszczy, w pięknym przedziale klasy drugiej ruszamy stąd do wielkości - zobaczyć Wielkość – poczuć Wielkość – dotknąć to co świat pozostawił po Wielkości!
Piotr w tej – jednak nieco mozolnej i dłużącej się drodze – czytał poezje K.K. Baczyńskiego, ja w drodze do Warszawy zdołałem na szybko przeczytać książkę Hanny Krall, oraz stronę po stronie dogłębnie sam dla siebie analizować album pastelowych obrazów (głównie portretów) S.I. Witkiewicza.
Warszawa z pogłosek krążących między relacjami ludzkimi, w słowie werbalnym, słowie pisanym, choćby w Internecie poniekąd nas odstraszała… o realnych ludziach żyjących w stolicy mieliśmy się dopiero przekonać… Piotr czytał, również na zmianę ze mną analizując portrety Włodzimierza i Marii Nawrockich, jak i przede wszystkim kilka znaczących zwłaszcza dla mnie portretów Anny Nawrockiej, której spojrzenie uchwycone pastelami przez Witkacego przyczyniło się do późniejszego napisania przeze mnie utworu poetyckiego, z nadzieją na publikację.
Pod ręką oczywiście nie mogło zabraknąć zbiorów wierszy Edwarda Stachury i Rafała Wojaczka, dla których to właśnie dwóch panów wybraliśmy się w drogę…
Resztę książek zabranych w torby należałoby pominąć, by nie zawracać tym teraz czytelnikowi głowy.
W „Stolicy" wysiedliśmy około godziny 11. Pierwsze kroki kierując do kiosku w celu zakupienia planu Warszawy.
KIOSK NR 1
- nie ma
KIOSK NR 2
- z planem tras komunikacji miejskiej czy bez
- poproszę - z!
Wyszliśmy z dworca centralnego, stanęliśmy przed przystankiem autobusowym, rozłożyliśmy mapę i – analiza. Z miejsca zaznaczając gdzie leży Komunalny Cmentarz Północny. Próby „na szybko" znalezienia odpowiednich dojazdów spełzły na niczym… ale przecież można grzecznie zapytać:
- przepraszam panią, czy może pani…
kobieta przeszła obok, być możne nawet nie zauważyła, że dwóch młodzieńców odzianych w czerń, zarośniętych na twarzach, z których jeden trzymał mapę, drugi próbował upolować informacje - może coś od niej chcieć.
Zdziwiło nas to, w Bydgoszczy czegoś takiego raczej się nie spotyka, w Bydgoszczy choćby ktoś spojrzał, choćby wskazał na zegarek i pośpiesznie uciekał, ale tutaj nic. Sytuacja kilkakrotnie powtórzyła się z innymi przechodniami, nie liczyliśmy, ale z próby zaczepienia około 10 przechodniów tylko jedna młoda kobieta była nami na tyle zainteresowania by powiedzieć „nie wiem" i szybko od nas uciec w sobie tylko znanym kierunku.
Poleciłem przejść się parę ulic, mijaliśmy kolejnych ludzi pędzących w swoją stronę, jednego młodego mężczyznę, który oddawał mocz przez spodnie i rozcierał sobie ową wydzielinę dłońmi po udach, obraz wydał mi się wyjątkowo odrażający, tym bardziej, że mężczyzna nie wyglądał ani na pijanego ani na odurzonego narkotykami. Być może był to jeden z tutejszych bezdomnych… bałbym się nazwać tego obrazu zjawiskiem codziennym, aczkolwiek nie znamy Warszawy - Piotr był tu raz, znaczącego dnia 10 kwietnia 2010. Ja byłem tu raz - gdzieś na przełomie 2002/2003 roku na wystawie prac Pablo Picasso… na tym opierała się nasza znajomość Warszawy – Warszawa tragiczna, Warszawa artystyczna, Warszawa zwiedzana w mignięciach pamięci – wszystko… Więc czym jest „Stolica"? Kim są ludzie, mieszkańcy centrum naszego kraju? I co to za obrazy?
Po kilku chwilach łamania się nad wspaniałą „życzliwością" ludzi, oraz dzięki mapie, stanęliśmy przed taksówką do szyby, której była przyczepiona kartka 2zł za kilometr… po raz kolejny – coś nowego!
- Tak słucham, dokąd państwa zawieźć?
- Na Cmentarz komunalny ile mniej więcej wyniesie? – zapytałem
- to jest przy ulicy Wórcickiego?
(Szybki wgląd na mapę)
- Tak!
- Prawdę powiedziawszy nie wiem ile tam będzie kilometrów
- 100zł starczy?
- Ja z pięćdziesięciu wydam resztę!
W końcu napotkaliśmy życzliwość w tym mieście, już nawet nie chodziło o życzliwość wymuszoną specyfiką pracy. Po raz kolejny byliśmy zachwyceni i nic innego nie miało znaczenia – poza – Poza Celem!
Mijaliśmy miasto na tyłach taksówki, nieudolnie próbując wdać się w rozmowę na jakikolwiek temat. Taksówkarz sam zaczął, o tym jak poupadały wielkie zakłady pracy, o książce, którą czyta i to, co kolejne rzucało się w słuch i naszą śniadość to „Żydzi tu, Żydzi tam, Żydzi w sejmie, Żydzi rządzą światem" … Czy to Fakt, czy nie Fakt słowa taksówkarza brzmiały wyjątkowo odrażająco…
- Jesteśmy!
Wysiadając i patrząc na przyczepioną do tylniej szyby kartkę z napisem „2zł Km" wywnioskowałem - 16 Km - plus napiwek.
Chwila na papierosa, chwila na oględziny rozkładu jazdy na przystanku i radosny krok za krokiem ku Wielkości!
- no dobra to gdzie my właściwie jesteśmy?
- tam jest tabliczka – odparł Piotr
Analiza nie trwałą długo, po drodze jeszcze krótkie pytanie do robotnika pełniącego swoje życiowe funkcje przy śmieciach, chwila błądzenia, i chwila na zadumę - gdzieś na środku cmentarza:
- Piotrze jak daleko sięgniesz wzrokiem widzisz koniec?
- nie
- a w tamtą stronę, widzisz?
- nie
- w końcu 143 hektary!
Chwila błądzenia, chwila analizowania, chwila doszukiwania… a potem – a potem był by bieg, gdyby tylko to nie był cmentarz!
Gdy zobaczyłem nagrobek Edwarda Stachury byłem tak uradowany, że w panice zachwytu chciałem rzucić się na kwiecisty grób i mocno przytulić. Oczywiście nie było o tym mowy - świętość Edwarda raz, Wielkość Stachury dwa.
Podlaliśmy kwiaty, popstrykaliśmy kilka zdjęć (nie zwracając nawet uwagi można, czy nie można), modlitwa, pokłon - to jest hołd i powolna droga powrotna.
Najpierw autobusem do pętli, potem autobusem na Warszawę Zachodnią – na dworzec. Gdzie dopiero po zakupie biletów poinformowani nas, że tu do pociągu nie wsiądziemy, musimy jechać na dworzec centralny… najlepiej pociągiem.
Pociąg do Wrocławia mieliśmy o 15:35, jechaliśmy przez Poznań. Z lekkim opóźnieniem wynikającym z panujących lipcowych upałów. We Wrocławiu byliśmy o 21:00.
Podczas drogi mordowałem się z zakazem palenia panującym chyba w całym pociągu (długo nie szukaliśmy przedziału dla palących, jednak kilka tych wagonów mijaliśmy), oczywiście są sposoby, aż wstyd.
Piotr był dalej pochłonięty Baczyńskim, ja zająłem się historią Vincenta van Gogha i jego potyczkami z przedstawicielkami płci pięknej. Jedynie pod koniec drogi Piotr nieco przystopował słuchając muzyki z mojego podręcznego odtwarzacza MP3, nie mogłem się na niego napatrzeć, ale zespół Zacha Condona – Bejrut – był dla nas czymś odkrywczym pomimo kilku miesięcy oswajania się z tą muzyką… moje ja marzyło, by włączyć sobie kilka piosenek Jacka Karczmarskiego, ale jest van Gogh i jego kobiety i mimowolne zapatrzenie w radość Piotra – gdy unosiłem swoje oczy znad książki – bezcenne!
Wrocław po raz kolejny wydał mi się miastem świętym, aczkolwiek o jego świętościach i herezjach miałem się dopiero przekonać. Miasta nie znam za dobrze, byłem tu raz w tym samym celu co i teraz – Wojaczek!
Minęły 3 miesiące od kiedy tu byłem. Piotr miał dopiero poznać miasto. A świętość czekała niemalże od ręki. Przeszliśmy niewielki kawałek od dworca i o 21:40 wsiedliśmy do tramwaju 0L, którym dotarliśmy do Placu Grunwaldzkiego, a dalej piechotą do Wielkości… ale po drodze – jeszcze na placu zaczepiła nas „tancerka". Mówiła nam o potrzebie kupna maszyny do szycia, gdyż potrzebuje takowej do uszycia sukni, która ma jej posłużyć do tańców. Zaczęła wywijać długą zwiewną suknią, być może i miała swoje dolegliwości natury psychicznej, jednak to było nieważne. Była „tancerką" jak mawiała, a dla nas Królewną z Bajki, biliśmy jej brawa, zamieniliśmy wiele niedorzecznych acz wzniosłych słów, rozstaliśmy się podnieceni chwilą, w pełnym zachwycie. A przecież tu i teraz, choć minęło kilka dni ona wciąż tańczy, wciąż wywija długą zwiewną suknią – piękna – była piękna i co, że w średnim wieku i co, że mało zadbana – była piękna!
Było po 22:00, a my staliśmy przed cmentarzem i patrzyliśmy się na tablicę „cmentarz czynny od 6:00 do 21:00"
Sama decyzja nie trwała długo, tylko gdzie teraz pójść, co zjeść, jak spędzić noc?
Zaczynała się burza.
Na początek zjeść, ale to też oczywiście nie obyło się bez wniebowstąpienia Piotra:
Widok siedzącego na schodach wewnątrz sklepu narąbanego starszego pijaczka rozwiązującego krzyżówki to było coś! Nikt mu nie zwracał uwagi, nikt nic od niego nie chciał, a on uśmiechał się do każdego wchodzącego i wychodzącego klienta chwaląc się rozwiązywaną krzyżówką – istne cudo – istny cudak – istny cud – oczywiście nie do pomyślenia w codziennej Bydgoszczy.
Usiedliśmy na peronie PKP i spożywając nie szczególnie święty pokarm myśleliśmy: "co dalej?"
- Chodźmy się przejść!
- Ale gdzie?
- Gdziekolwiek
Pozwiedzaliśmy kilka uliczek, pooglądaliśmy wystawy sklepowe, obeszliśmy dookoła dworzec PKS położony tuż przy dworcu PKP. I tyle nam deszcz i świetliste błyskawice szkodziły co - co nic - po prostu - BA! To było jednym z Boskich założeń cudowności Wrocławia - przynajmniej dla nas.
Mijaliśmy ulice miasta, metodą „jak krok po kroku przedreptać chodnik" - żadną metodą - po prostu włóczyliśmy się gdzie nam przyszło na myśl:
- może ta uliczka?
- a  może w tą?
Gdzieśmy się nie obejrzeli, zwłaszcza przy dworcu byli pijacy. Sączyli albo skrycie po kątach, albo całkiem jawnie swoje tanie alkohole, jeśli nie stała przy nich policja można było samemu podejść i obdarować kilkoma papierosami, lub jeśli poprosili kilkoma groszakami.
Usiedliśmy naprzeciwko dworca PKP pod pozostawionymi na pastwę losu parasolkami, zapaliłem, rozmawialiśmy o doczesnych doznaniach. Po chwili podszedł chłopak i o coś zapytał, nie pamiętam o co(?). Papierosy miał, może o ogień, przysiadł się i zaczął snuć swoją historię, a snuł ją do czasu aż odjechaliśmy tramwajem o 4:49 z powrotem na Plac Grunwaldzki.
Na imię miał Krzysztof, miał 19 lat, właśnie dostał przepustkę z poprawczaka i jechał do przybranego wujka na wakacje nad morze. Opowiadał jak alkohol wpakował go do zakładu karnego dla nieletnich, choć przecież nie kradł, choć przecież nie bił, choć przecież był dobrym chłopakiem. Opowiadał jak pije ojciec, jak pije matka, jak alkohol jest dla nich wszystkim i jakiego wyboru dokonali, kiedy postawił im ultimatum „my czy wódka?"… Przykra sprawa, ale to był dobry chłopak, nieco może zagubiony. Z przyjemnością oddałem mu paczkę papierosów, choć mówił „nauczyłeś się palić, musisz nauczyć się jak zdobywać papierosy!".
Przy Cmentarzu świętego Wawrzyńca, gdzie spoczywał Rafał Wojaczek oraz jego brat Andrzej byliśmy o 5:20 , w Żuku przed bramą cmentarną siedział jakiś mężczyzna, zdjąłem całkiem przemoczony sweter - burza dopiero co ustała … teraz wspomnienie, najpierw jak we dwóch, potem we trzech – „jak krok po kroku przedreptać chodnik". Teraz byliśmy tylko ja i Piotr i w napięciu czekamy na godzinę 6:00…
Mężczyzna w Żuku nie wytrzymał, wysiadł i idąc w naszym kierunku zapytał tylko „Do Wojaczka?" , no i cośmy mieli odpowiedzieć. Mężczyzna po pięćdziesiątce, burza niesfornych siwych i przetłuszczonych włosów, twarz alkoholika, wychudły, wynędzniały, niskiego wzrostu - DUSZA CZŁOWIEK !!!
Okazał się zastępcą dozorcy cmentarza, czekał właśnie na „faceta, który ma klucze do głównej bramy, ale chodźcie jest przejście tunelem", i oczywiście - opowiadał.
Opowiadał o szpitalu onkologicznym naprzeciw cmentarza, „przez ostatnie 4 lata zmarło tu 300 dzieci", opowiadał, że do Wojaczka przybywają wszyscy, czerwono-włosi, poeci, ludzie wyżej postawieni i ci postawieni całkiem nisko, kobiety i mężczyźni i, że sam czytał Wojaczka - „na początku myślałem, że to jakiś satanista, ale gdy przy końcu pisał o Bogu naprawdę ujęła mnie jego twórczość", mówił, że sam działał kiedyś jako literat, choć nie podał nam nazwiska, choć w zasadzie nie wiemy, kim dokładnie był. Oprowadzał nas po cmentarzu pokazując najważniejsze nagrobki, te polityków, te dziecięce, te zabytkowe, te najcenniejsze – „trzeba ciągle uważać, po nocy kręcą się tu sami sataniści i skini, którzy z satanistami i skinami nie mają nic wspólnego" – Mówił, że ma rodzinę nad morzem, na mazurach, w Bydgoszczy – „Bydgoszcz to czerwone miasto – nie lubię Bydgoszczy".
Ja i Piotr patrzyliśmy jak poruszają się jego wargi, jak starannie dobiera każde słowo – choć, na oślep pędząc przez cmentarz – w każde najdrobniejsze słowo wkładał ból, emocje, uczucia i wartościowe przemyślenia o życiu, o śmierci, o tych na wojnach poległych, o tych na stołkach, o tym co nurtuje o tym co boli – „kiedyś napiszę kilka artykułów do gazet, jeszcze zobaczą, jeszcze zobaczą!"
I pożegnał nas, on do swoich obowiązków, my raz jeszcze do Wojaczka, za dużo bieganiny, a Hołd oddać należy – „jak będziecie wychodzić patrzcie czy brama otwarta, jeśli będzie jeszcze zamknięta idźcie tak jak pokazywałem – tunelem".
Stanęliśmy przy Wojaczku, zrobiliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Brama była otwarta.
Na PKP ponownie spotkaliśmy Krzysia, wraz z nim zrobiliśmy małe zakupy, i poszliśmy na peron. W trójkę jechaliśmy do Poznania. Z Piotrem staliśmy w napchanym przejściu, patrzyłem przez okno i paliłem papierosy, nie dało się czytać, ale można było porozmawiać: O Bydgoszczy, o Domu , o zostawionych tam naszych poetach i przede wszystkim pięknych poetach. Krzysztof natomiast całą drogę spędził w ubikacji kryjąc się przed konduktorem i mając nadzieję, że nie natrafimy na policję, co prawda nie miał do swoich obaw większych podstaw, jakiś bilet posiadał, rzecz tylko w tym, że się bał. Bał się, że przyjedzie policja i każą mu wracać do poprawczaka, a jedyne, co chciał to pojechać nad morze, spędzić kilka dni z przybranym wujkiem, jak najdalej od domu, jak najdalej od matki, ojca … jak najdalej…
W Poznaniu przyszło nam się żegnać z Krzysiem, pociąg jechał na Ustkę i nie miał w planach zahaczać o Bydgoszcz… w Poznaniu spędziliśmy kilka godzin czekając na pociąg… ale przyjechał, i pojechaliśmy, znów całą drogę stojąc w przejściu, patrząc przez okno, rozmawiając, chłonąc gorący wiatr… wracaliśmy z Wielkości, wracaliśmy do swoich domów, do codzienności, bez grubiaństwa warszawiaków, bez najcudowniejszych wrocławian … tylko jeden jedyny cud jaki przychodził na myśl – święty, święty sen!

Rynarzewo 20 lipca 2010