Andrzej Dorobek - RAPORT Z TITOLANDU"

1. W polskim rozumieniu pojęcie „kultu jednostki" kojarzy się głównie ze stalinowskim imperium albo też z Koreą Północną. W Jugosławii z czasów marszałka Tity widzimy, dla odmiany, symbol komunistycznego liberalizmu - na ogół nie dostrzegając bardziej umiarkowanych przejawów tegoż kultu. Może dlatego, że Stalin, niepomny na tradycyjną prorosyjskość Serbii, największej i najbardziej ekspansywnej części „Titolandu", pod koniec lat 1940-tych uznał go za państwo nieprzyjazne wobec ZSRR - odwiecznego wroga Polski... Przy grobie zmarłego w 1980 roku marszałka w jego belgradzkim mauzoleum przez całą następną dekadę stała warta. Obecnie widać tam, między innymi, jego dwa pomniki, mundury galowe, pieczołowicie zrekonstruowany gabinet oraz... pałeczki, które tradycyjnie przynosiły mu sztafety młodzieżowe, obiegające cały kraj, by ostatecznie zameldować, co się w nim zmieniło na lepsze. Jak dalece - i czy w ogóle - marszałek oczekiwał wieści innego rodzaju, trudno dziś jednoznacznie stwierdzić. W każdym razie o obozach, w których bez większych skrupułów zamykał przeciwników politycznych, ze zgromadzonych w mauzoleum dokumentów nie dowiemy się nic. W hoteli „Petrus" w centrum serbskiego Paraćina w niektórych pokojach brak papieru toaletowego, głównymi schodami można dojść tylko do zdewastowanych pomieszczeń na pierwszym piętrze, a winda chodzi, kiedy jej się podoba. Zegar uliczny nieopodal nie chodzi natomiast wcale - czyżby po to, by unaocznić przyjezdnym, że najlepszy czas Serbii przeminął nieodwołalnie wraz z odejściem marszałka?
Nie znaczy to, że przeminął też czas turystyczny dla byłej Jugosławii - o czym świadczy choćby... „Czas na Bałkany", jedna z wielu tras autokarowych w tamte strony (4-13 lipca 2009, organizator: BP „Rainbow Tours"). Autorowi tych słów daje ona możliwość pogłębienia ubiegłorocznej inicjacji w historię i teraźniejszość tego wyjątkowo barwnego regionu Europy, także dzięki „naszej Kasi kochanej" - jak, per analogiam do wiadomej „Basi", w zaprzyjaźnionym gronie wycieczkowym nazywamy naszą miłą i kompetentną pilotkę, Katarzynę Mikołajczyk.
2. Zegar w centrum Skopje, stolicy Macedonii, też nie pokazuje właściwej godziny - może dlatego, że najlepszy czas dla tej części byłej federacji jeszcze nie nadszedł. Świadczyć o tym mogą gromady małoletnich cygańskich żebraków, w swej nachalności posuwających się wręcz do wpychania turystom rąk do kieszeni, albo fatalny stan miejsc użyteczności publicznej - sądząc po toaletach na głównym placu Bitoli, drugiego co do wielkości miasta republiki. Jest ona jednak niewątpliwie krajem o znacznym potencjale turystycznym.
Choć, jak Serbia po secesji Czarnogóry, pozbawiona dostępu do morza, Macedonia ma niebagatelny atut zastępczy w postaci Jeziora Ochrydzkiego - najgłębszego i, po Jeziorze Szkoderskim, największego na Bałkanach, malowniczo położonego wśród gór (po części już na terytorium Albanii). Atutem równie mocnym jest nadbrzeżna Ochryda, miasto o niemal śródziemnomorskiej urodzie, harmonijnie łączące funkcje nowoczesnego kurortu, centrum zabytkowej architektury i współczesnej sztuki (przez całe wakacje odbywa się tu letni festiwal muzyczny, którego gośćmi bywają artyści tak renomowani, jak amerykańska sopranistka Jessye Norman czy włoski kompozytor i dyrygent Ennio Morricone). Atrakcją osobną jest okoliczne, położone wyżej w górach Jezioro Prespańskie, zagłębie smakowitych ryb i siedlisko dzikiego ptactwa w rodzaju licznych pelikanów. W sensie infrastruktury wczasowej wydaje się ono nieomal dziewicze - co, w sensie bardziej ogólnym, sugerowałoby, że Macedonia to kraj szczególnie godny polecenia tym, którym niezbyt miłe są zatłoczone plaże Wybrzeża Dalmatyńskiego. Walorem turystycznym tej części byłego „Titolandu" - zamieszkałej w ponad 60 procentach przez Słowian - może też być jej wieloetniczna przeszłość, nieuchronnie rzutująca na teraźniejszość. O starogreckiej prehistorii świadczą może już tylko ruiny miasta Heraclea nieopodal Bitoli - żywe są natomiast tradycje religijno-kulturowe państwa otomańskiego, którego autonomiczną prowincją Macedonia była do zarania XX stulecia (nim, w wyniku wojen bałkańskich, została częściowo rozparcelowana między Grecję, Bułgarię i Serbię). Meczety spotyka się tu bodaj częściej niż świątynie chrześcijańskie (wśród których szczególną uwagę zwraca kościół Matki Boskiej Wszystko widzącej w Ochrydzie z unikatowymi freskami ściennymi zapowiadającymi przełomowy dla malarstwa europejskiego styl Giotta) - pamiętać trzeba jednak, że w Skopje urodziła się matka Teresa z Kalkuty, a z Ochrydy pochodził św. Klemens, uczeń św. Cyryla, uważany za twórcę cyrylicy. W historii tych ziem ślad swój pozostawił też, a jakże, marszałek Tito - vide okazała rezydencja nad Jeziorem Ochrydzkim, obecnie do dyspozycji władz Republiki Macedonii.

3.    W Albanii, przez którą wiedzie nasza droga z Macedonii do Czarnogóry, swoistym
odpowiednikiem marszałka był Enver Hodża. Podobnie jak Tito, doszedł on do władzy dzięki
zasługom w walce o wyzwolenie kraju spod okupacji hitlerowskiej i odrzucił polityczny dyktat
Moskwy - o ile jednak powojenna Jugosławia szybko zaczęła być postrzegana jako najbardziej
„zachodnie" z komunistycznych państw europejskich, Albania okazała się bastionem dogmatyzmu
oraz iście stalinowskiego terroru, trwającego mniej więcej do połowy lat 1980-tych. Stąd też w
centrum stolicy kraju, Tirany, rzucają się w oczy przede wszystkim monumentalne gmaszyska
rządowe w socrealistycznym stylu czy też bardziej nowoczesna - i, dalibóg, bardziej monstrualna -
Piramida, zaprojektowana przez córkę Hodży (mieściło się tu kiedyś poświęcone dyktatorowi
muzeum). Zabytkowa architektura uchowała się w miasteczku Kruja, którego główną atrakcją jest
twierdza Skanderbega, bohatera narodowego Albanii, równocześnie z Władysławem
Warneńczykiem mężnie stawiającego czoła tureckiej ekspansji - najbardziej uderzający element
lokalnego krajobrazu stanowią wszakże... bunkry. Wybudowane na rozkaz Hodży w liczbie około
300 tysięcy (i w warunkach dramatycznego deficytu mieszkań) w celu zapewnienia wszystkim
obywatelom ochrony przed „imperialistyczną" inwazją, są iście absurdalnym pryszczem na
atrakcyjnym obliczu turystycznym tego niewielkiego, gościnnego kraju - toteż Albańczycy
żartobliwie proponują cudzoziemskim gościom, by przy okazji wyjazdu zabrali ze sobą choćby
jeden z tych bunkrów. Dodatkową przynętą ma tu być... butelka znanego koniaku „Skanderbeg".

4.    Wjeżdżając na Wybrzeże Dalmatyńskie od południowej, czarnogórskiej strony, przekraczamy
barierę dzielącą kraje rozwijające się od rozwiniętych - to i cóż, że w obrębie tej samej byłej
federacji (do której mogła kiedyś należeć także i Albania, w sensie cywilizacyjnego zaawansowania
sytuująca się mniej więcej na poziomie Macedonii czy obecnej Serbii). Znalazłszy się na magistrali
biegnącej wzdłuż Adriatyku, mijamy Budvę, podobno najbardziej atrakcyjny spośród bałkańskich
kurortów (ze starówką liczącą ponad 2000 lat), i niebawem docieramy do Kotoru, uroczo
„przytulonego" do podnóża masywu górskiego Lovcen, a ze względu na jeszcze wspanialszą
starówkę wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.
Po zachodniej stronie odkrywa się krajobraz porównywany z norweskimi fiordami: malownicza
zatoka adriatycka zwana Boką Kotorską, na jej brzegu potężny stadion, gdzie występują gwiazdy
rzędu The Rolling Stones czy Madonny, a mniej więcej pośrodku - dwie wysepki, niemal w całości
zabudowane przez dwie rzadkie perełki architektury sakralnej: barokowy katolicki kościół Matki
Boskiej na Skałach i prawosławną cerkiew pod wezwaniem św. Jerzego. Harmonijna konfiguracja
przeszłości i teraźniejszości w niepospolicie pięknych „okolicznościach przyrody".
Wrażenie elegancji i luksusu, typowych raczej dla Riwiery niż dla krajów bałkańskich, towarzyszy nam także podczas podróży chorwacką częścią magistrali nadmorskiej: na przykład w Szybeniku z tejże listy UNESCO, znanym z imponującej, gotycko-renesansowej katedry św. Jakuba oraz, inaczej niż inne miasta dalmatyńskie, założonym nie przez przybyszy ze starożytnej Grecji, Rzymu czy Bizancjum, lecz przez władców średniowiecznej Chorwacji. W należącej do tego kraju części półwyspu Istria znów natrafiamy na barwną mozaikę różnych tropów historycznych i kulturowych: w Puli, kilkaset metrów od słynnego, nadspodziewanie dobrze zachowanego amfiteatru z czasów rzymskiego cesarza Wespazjana, znajduje się pomnik dublińczyka Jamesa Joyce'a, który na początku XX stulecia udzielał się tutaj w mało wdzięcznej roli anglistycznego belfra, niezbyt licującej z jego późniejszą renomą „papieża" światowej awangardy literackiej. Na Istrii słoweńskiej czujemy się natomiast bez mała jak w północnej Italii - centralnym punktem ślicznego Piranu na skalistym wybrzeżu Adriatyku jest bowiem plac noszący imię Giuseppe Tartiniego, wybitnego włoskiego skrzypka i kompozytora epoki baroku, zapewne najsłynniejszego z synów tej ziemi.
Jakim zaś sposobem uchowała się tu jeszcze ulica imienia Lenina...
Bardziej stosownym patronem byłby w tym wypadku marszałek Tito - Chorwat z pochodzenia, Jugosłowianin z politycznego wyboru - który towarzyszy nam zresztą niemal przez całą dalmatyńską trasę. Nad główną bramą muru otaczającego kotorską starówkę widnieje data oswobodzenia Czarnogóry spod nazistowskiego panowania, a nad nią - sentencja jego autorstwa: „Cudzego nie chcemy, swojego nie damy". Na archipelagu Wysp Briońskich przy północnym wybrzeżu Chorwacji znajduje się kilka dalszych rezydencji marszałka - najważniejsze, choć pośrednie skojarzenia z tą epokową w dziejach Bałkanów postacią nasuwają się jednak znacznie bardziej na południe, w Dubrowniku: najpiękniejszym mieście chorwackiej Dalmacji zwanym czasem „perłą Adriatyku" (vide choćby średniowieczny klasztor franciszkanów albo Muzeum Apteki).
W latach 1204-1808 owo miasto było stolicą republiki kupieckiej Jej władze, odgrodzone od panujących wówczas w Europie absolutyzmów granicznym Murem Iliackim - pono jednym z najdłuższych na świecie i w dużej mierze zachowanym do dziś - starały się dochować wierności szlachetnej rzymskiej zasadzie „Salus rei publicae suprema lex esto" („Dobro rzeczpospolitej najwyższym prawem"). Zasadzie organicznie obcej wszelkim totalitarnym autokratom - do pewnego stopnia z wyjątkiem marszałka Tity, który, podążając zgoła wyjątkową drogą komunistycznego „absolutyzmu oświeconego", skutecznie wykreował federację jugosłowiańską na fenomen niemożliwy, zdawałoby się, w obrębie bloku państw tak zwanego realnego socjalizmu. I choć idea powojennej integracji większości ludów Słowiańszczyzny południowej przeżyła swego herolda zaledwie o dziesięć lat, można chyba zaryzykować hipotezę, że wysoki, prawdziwie już „zachodni" status cywilizacyjny Słowenii czy imponująca szybkość, z jaką Chorwacja podźwignęła się ze zniszczeń po ostatniej wojnie domowej, to w jakimś stopniu konsekwencja wcześniejszej polityki marszałka.
Tutaj też kryje się najgłębszy sens niniejszego „raportu". Casus „Titolandu" sugeruje bowiem, że, nawet mając do czynienia za społeczeństwem (społeczeństwami) maksymalnie skonfliktowanym i rozwarstwionym, warto jest pokazać mu nowe, nieoczekiwane wartości wspólnej egzystencji w płaszczyźnie socjopolitycznej, a następnie próbować - przynajmniej - w owym kierunku je prowadzić. Szkoda tylko, że strategia ta nie wydaje się realna w kraju, gdzie głośny pisarz Andrzej Stasiuk fundament środkowoeuropejskiej czy raczej post-„demoludowej" tożsamości widzi w cokolwiek perwersyjnej radości z nie do końca utraconego śmietnika (jak można by sparafrazować antysanacyjną formułę Juliusza Kadena-Bandrowskiego) - a członkowie tak zwanych elit politycznych coraz skuteczniej realizują posępny scenariusz zarysowany w epilogu epopei narodowej, „plując na siebie i żrąc jedni drugich".