Stanisław Srokowski - BRUNO SCHULZ W KUDOWIE ZDROJU

Kudowa Zdrój przez wieki mądrze wykorzystywała
swoje atrakcyjne położenie. Przybywali tam wielcy ludzie, przywódcy państw, intelektualiści, artyści. Jednym z gości uzdrowiska okazał się znakomity polski pisarz, Bruno Schulz. To mało znany epizod z jego biografii.   
Kiedy to było? I czy tylko raz gościł w Kudowie? Zajrzyjmy do dokumentów, listów i wypowiedzi samego twórcy.

Pierwszą wzmiankę znajdujemy w dziele Brunona Schulza p.t. „Księga listów", w opracowaniu Jerzego Ficowskiego, wydanym w 1975 r. w Wydawnictwie Literackim, w Krakowie. Otóż w liście z dnia 13.03.1934 r., pisanym do Arnolda Saeta, germanisty, tłumacza Goethego  i nauczyciela gimnazjum w Stryju,  Schulz pisze: „List pański  obudził we mnie najczulsze wspomnienia. Jakże bym Pana nie miał pamiętać i naszych rozmów kudowskich...  Z wielką przyjemnością skorzystam z Pańskiego miłego zaproszenia i odwiedzę Pana – ażeby po 11 latach kontynuować przerwaną rozmowę…".
List ten pisze Schulz z Drohobycza ( ul. Floriańska 10). Nie widział się ze swoim korespondentem przez jedenaście lat, a list napisał w 1934 roku, czyli w Kudowie spotkali się w 1923 roku. To ważny szczegół. Bowiem za chwilę dowiemy się,  że był też w Kudowie w innym czasie. To znaczy,  że był tutaj przynajmniej dwa razy. Ale czy to możliwe? Sprawdźmy dokładnie. Musiał być w lecie, bo na ogół kuracjusze i turyści przyjeżdżali do Kudowy latem. O tej porze Kudowa jest najpiękniejsza. Czy był zadowolony z tego pobytu? Z pewnością tak, skoro pisze, że list Spaeta wzbudził w nim „najmilsze wspomnienia". Z czym się mogły te wspomnienia wiązać? Pewnie z podziwianiem krajobrazu, spacerami po alejkach parkowych, z atmosferą miasta i ciekawymi rozmowami, jakie tutaj prowadził.  Poznał więc w Kudowie  także Spaeta.  Nawiązał z nim  rozmowę. Musiała  to być interesująca i ważna rozmowa, skoro później  podarował mu cykl swoich grafik „Xsięga Balwochwalcza". A nie daruje się takich prac byle komu.
W innym liście do Spaeta,  z 1936 roku, znowu mu się przypomina Kudowa i pisze: ... „Dawno Pana profesora nie widziałem, jeszcze w Kudowie i każde zetknięcie listowne z Panem przypomina mi dawne, stracone czasy..."
Nie bójmy się tych słów. „Stracone czasy" znaczą tu odeszłe czasy,  minione,  nie do odzyskania. Smutna refleksja nad przemijaniem. Taka refleksja  każdego wrażliwego człowieka dopada. A Schulza szczególnie. Delikatnego, nadwrażliwego i depresyjnego. Kudowa pozostawiła w nim niezatarty ślad.
Co tutaj robił? Kurował się? Odpoczywał?  
We wspomnieniach  Ireny Kejlin-Mitelman , z 1980 r., która jako mała dziewczynka bawiła wraz z matką w Kudowie, czytamy:   
„Czas: sierpień 1921. miejscowość: Zdrój-Kudowa, Niemcy. Dramatis personae: Ja, dwunastoletnia dziewczynka, z Mamą na kuracji…."
A więc nie 1923 r., a 1921. Co to znaczy? Czyżby w Kudowie znalazł się po raz pierwszy w 1921 roku? A potem, w 1923, znowu się tu zjawił?  W Kudowie panna Irena, dwunastoletni wówczas podlotek, spotyka Schulza w sierpniu 1921 r., a więc nie w  1923, kiedy Schulz był tutaj, jak wiemy już z listu samego pisarza. Jak to rozumieć? Albo Schulz przebywał w Kudowie dwukrotnie. I w 1921 i w 1923 r. Albo ktoś się tu myli. Czyżby Schulz?  Możliwe. Mógł zapomnieć o dokładnej dacie swojego pobytu w Kudowie. Tym bardziej, że w kalendarium jego życia spotykamy taki oto zapis:
„1923 Pobyt w Wiedniu (Kaiserstrasse 48/66) od lutego do końca sierpnia.
[zob.: Paolo Caneppele, Bruno Schulz w Wiedniu. – w: W ułamkach zwierciadła... Bruno Schulz w 110 rocznicę urodzin i 60 rocznicę śmierci. Pod redakcją Małgorzaty Kitowskiej-Łysiak i Władysława Panasa. – Lublin: TN KUL, 2003]
A więc w sierpniu nie może być w Kudowie, bo jest w Wiedniu. W 1921 roku
natomiast przebywa tutaj w sierpniu. Ale z kolei w 1923 roku wyjeżdża do Warszawy. I jak znowu się orientujemy z kalendarium życia:„Dzięki pośrednictwu poznanej w Kudowie pani Kejlin, Schulz wykonuje tam szereg portretów na zamówienie.
Czyżby dopiero po dwu latach spotkał się z p. Kejlin. Całkiem możliwe. Ale mogło
też być tak, że po powrocie z Wiednia, znowu na krótko wstąpił do Kudowy i tam spotkał   germanistę, Arnolda Saeta, do którego później pisał list. To tylko hipoteza. Na wszelki wypadek zostawmy tu znaki zapytania
W każdym razie w 1923 roku Schulz przybywa do Warszawy i gości przez jakiś czas
u pani Kejlin, malując i sprzedając namalowane portrety. To musiało być w końcu lata, albo na początku jesieni.    
Wspomnienia pani Kejlin mają zresztą ciekawy walor psychologiczny, obyczajowy, historyczny i kulturowy. Opowiadają, jaki wtedy Schulz był, jak się ubierał, jak chodził, jak i o czym rozmawiał, jak się zachowywał, ale także jaka panowała atmosfera w mieście i co się tu działo.
Posłuchajmy:
„Ale dlaczego Schulz? – pyta już dorosła p. Kejlin-Mitelman. I sama odpowiada: - Może z powodu inflacji. Ale dlaczego w ogóle kurort – nie wiem. Nie pamiętam, żeby przeprowadzał jakąkolwiek kurację. – Pierwsze spotkanie. Park, z daleka słychać orkiestrę. Ja wracam w podskokach ze szkicownikiem do Mamy czytającej książkę zmrużonymi oczami. Mama patrzy  przez lorgnon na moje ostatnie rysunki, ja się rozglądam. Na ławce naprzeciwko siedzi dziwna postać. Słońce praży, zieleń i kwiaty, a on cały ciemny – ubranie, twarz i włosy. Ciemny, skulony, jakby zamknięty w sobie. Nogi i stopy razem, dłonie złożone płasko, zamknięte kolanami, ciemna głowa wtulona między ramiona. Nieruchomo wpatruje się w Mamę.
Matka – przed czterdziestką – była jeszcze ciągle niezwykle piękną kobietą i zawsze się w nią ktoś wpatrywał.
A więc ten ciemny mężczyzna rozluźnia się troszkę, wstaje – mały i wąski – wolniutko podchodzi i wykrztusza: „Czy pani pozwoli? Bo ja z Polski i ja też jestem malarzem… Właściwie – ja też rysuję". Usiadł na brzeżku ławki, obejrzał rysunki, pochwalił, powiedział parę niezdawkowych uwag i kiedy  przyszła po mnie ta okropna „panienka w moim wieku" – został na ławce z Mamą. I został w ogóle. – Trzy tygodnie razem. Co rano czekał na ławeczce w ogrodzie naszego pensjonatu, a potem nam towarzyszył. Po wspólnym „piciu wód" w parku – zaczynał się kontredans. Odprowadzał Matkę na kąpiele, mnie na tenis lub gimnastykę. Gdy ja byłam zajęta – na ławce z Mamą. Ale Mama miała jeszcze dziesiątki planów i obowiązków, {..} wtedy chodziliśmy rysować. W parku zawsze było co – statyczne i dynamiczne. Rysowaliśmy razem – dwunastoletnia dziewczynka w drucianych okularach i Bruno Schulz. On szkicował wspaniale, miękkim ołówkiem lub piórkiem i tuszem. Raz pies ogonem wywrócił buteleczkę, tusz kapał z ławki na żwirek, Bruno się ubabrał, a ja dostałam czkawki ze śmiechu. Bruno uczył mnie patrzeć i eliminować, upraszczać i rysować co ja chcę, a nie jak ołówek poniesie. Najlepszy nauczyciel, jakiego kiedykolwiek miałam. Nie śmiałam nigdy poprosić go o rysunek. Ale on poprosił mnie, żebym mu dała szkic tuszem, który zrobiłam z okna – „Bruno na ławeczce" w tej samej pozie, z dłońmi między kolanami. Powiedział, że to pierwszy raz ktoś go  narysował – w co nie wierzyłam – i stale mi powtarzał, że dzięki mnie tu w ogóle rysuje, bo nie chciał i nic ze sobą nie zabrał – w co wierzyłam, bo wszystko z trudem w Kudowie musiał kupić, co nie było łatwe. – Mama próbowała go wciągnąć do młodego towarzystwa. Milczał i znikał. Próbowała zabierać go na wycieczki w Riesengebirge(Karkonosze – ST.S.)  – ale to go męczyło. Czyżby serce czy płuca? Kiedyśmy, niezmordowane piechurski, wracały z całodziennej wycieczki – czekał na nas, podawał wodę, celebrował powrót zdobywców niebosiężnych szczytów. Ale do Schädelkapelle( Kaplica Czaszek – ST.S.) przyłączył się i przez parę dni szkicował z pamięci fantasmagorie czaszek i piszczeli. Mama była zagniewana i powtarzała, że to, że Niemcy kochają szkielety (słowa, które dziesięć lat później słyszałam od Noakowskiego) nie powinno wprowadzać jego, Brunona, w trans niesamowitości. – Wieczory wolne Matka spędzała z Schulzem w salonie  pensjonatu lub na znanej nam ławeczce w ogrodzie przed naszym oknem. Czasem podsłuchiwałam, ale nie zawsze można było słyszeć wyraźnie. Jego – nigdy, gdyż mówił bardzo cicho, z opuszczoną głową. Bywały też długie milczenia i znowu podejmował – chyba zwierzenia. Mama mówiła przekonywająco i niektóre słowa wymawiane dużymi literami: „Nowe Życie", „Świat jest Otwarty i Piękny", „Pana Talent" – dolatywały na pierwsze piętro. Pewnego ranka nie było go na ławeczce. Szukałyśmy go w parku, nie miałyśmy jego adresu. Znikł. W Warszawie czekało już na Mamę kilka jego listów i zaczęła się korespondencja…
Trudniejsza była sprawa wynagrodzenia za nasze trzy portrety. Ta scena w gabinecie Tatusia (podglądana przeze mnie nakrywającą do herbaty) jest godna lepszego niż moje pióra. Ludzie nieśmiali mają tak wymowne usta w milczeniu, ręce – nawet w bezruchu – i te oczy błagalne… siedzieli tak naprzeciwko siebie na brzeżku fotelików, Ojciec z wygasłym papierosem, Schulz zwijał jakiś papierek. Drzwi do stołowego były otwarte, czasem któryś z nich rzucał rozpaczliwe spojrzenie na te drzwi – może stamtąd przyjdzie wybawienie. Wiem, że w końcu Schulz przyjął te pieniądze, żeby Ojca nie zmartwić. Bruno postanowił zmienić czerwoną różę trzymaną przeze mnie – na bez, który się właśnie ukazał, jako bardziej nadający się „dla takiej małej dziewczynki". Przemalował kwiaty, ale nie był pewny ręki, więc zbalansował obraz w owalnej ramie na sztalugach i ja „siedziałam do ręki". Mama wyszła gdzieś na posiedzenie. Nagle Bruno odkłada paletę, klęka przede mną, pochyla się. Skoczyłam. Bruno został na czworakach na dywanie. Rysunek Nr 7 (i 6) w Drugiej jesieni  [ Wyd. literackie, 1973 r. – J.F.] jest dokładnym, fotograficznym prawie oddaniem jego pozycji i twarzy w owym momencie. Tylko że nie ta pogardliwa, drapieżna kobieta oddalała się od niego, tylko wystraszona dziewczynka o niemodnie rumianych policzkach. Schulz był potem u nas jeszcze parę razy. Wiedział, że nie powiem nic w domu – nie powiedziałam. Ani w domu, ani nigdy nikomu. Ale wszystko w tym jednym momencie zrozumiałam, mimo że nie widziałam wtedy jeszcze jego rysunków, że nie wiedziałam, co oznacza słowo masochizm. Aż raz powiedział, że wraca. Że warszawska atmosfera jest gorsza niż drohobycka, że się dusi i że to nie dla niego. Matka go nie namawiała do zostania…"
Jakie stąd wnioski?
Rodzi się wiele pytań. Jak długo Schulz przebywał w Kudowie? Pani Kejlin-Mitelman mówi o trzech tygodniach. Ale te trzy tygodnie spędzał w jej towarzystwie. A wcześniej? Musiał być więc dłużej niż trzy tygodnie. Powiedzmy, miesiąc. Czyli cały sierpień 1921 roku spędził w Kudowie. Gdzieś tu powinny być papiery, dokumenty z jego pobytu, jakieś księgi wpisu, rejestracja. Na razie nie znajduję.
A po co do Kudowy przyjechał? Pani Kejlin-Mitelman powiada, że nie chodził na zabiegi, nie kurował się, nie przywiózł  z sobą materiałów do malowania, więc w jakim  celu się tu zjawił? Pewnie przyjechał, by odpocząć. Wybrał Kudowę, bo poczuł się tam dobrze. Odpowiadał mu krajobraz, klimat, ludzie, atmosfera. Ta teza wydaje się najbardziej prawdopodobna. W tym czasie miał już kłopoty ze zdrowiem.  Słabe zdrowie będzie go nękać i później. Może więc odpoczywał. A przy okazji podziwiał krajobrazy i poznawał ludzi. Nie wiemy, niestety, w którym pensjonacie się zatrzymał. Na której ławeczce i przed jaką willą tak często siadywał. Wiemy tylko,  że nie chodził po górach, bo góry go męczyły. Odmawiał dłuższych  spacerów z paniami z towarzystwa. Czekał na nie, gdy wracały z wędrówek. Musiał je sobie upodobać. Nie jesteśmy tylko pewni, która z pań bardziej przypadła mu do gustu. Czy dwunastoletnia (a  może czternastoletnia już wtedy) panna Irena, przed którą padł później na kolana? Czy też jej niespełna czterdziestoletnia urodziwa matka, w którą tak intensywnie się wpatrywał w kudowskim parku? Musiało go coś szczególnego urzec w obu paniach, albo w jednej z nich, skoro tak wiele czasu im poświęcał. Bo specjalnie nie lgnął do ludzi.  Z natury rzeczy był bowiem, jak wiadomo,  odludkiem, samotnikiem i człowiekiem bardzo nieśmiałym. Możemy w przybliżeniu powiedzieć, w którym miejscu, na której ławce spotkał obie panie w Parku Zdrojowym. Słychać stamtąd było słabe dźwięki muzyki zdrojowej orkiestry. Czyli mogło to być za zdrojową studnią, w pobliżu stawu.  
Warto dodać inny fragment wspomnień p. Ireny Kejlin-Mitelman. Pisze ona tak:  „Kiedy byłam w 8 klasie, Matka pokazała mi teczkę rysunków Schulza. Było ich trzynaście (…) Wszystkie umęczone i storturowane, trzynaście stopni do piekła. Wyrażały samotność i rozpacz. Kobiety były potworne, okrutna i pogardliwe. Nawet rysunki domów i uliczek były pełne ciemnych tajemnic. Mama zapytała: „Teraz rozumiesz, jaki on jest nieszczęśliwy.
Chodzi tu o fragment „Xięgi Bałwochwalczej".
A dalej autorka pisze: „ Długośmy o nim rozmawiały, pierwszy i bodajże ostatni raz(…) Czy Mama zauważyła, że przypatrywałam się dłużej rycinie, która była wariantem rysunku Nr 6 i 7(…) i domyśliła się? Czy też może ona przetrzymała ją dłużej w ręce, bo przypomniała jej podobną sytuację – gdzie? Chyba w Kudowie, przed ławeczką?  Nie wiem(…) Byłyśmy obie najmniej odpowiednimi modelkami do sceny , którą Schulz obsesyjnie przeżywał, inscenizował i rysował…"
Można z tej wypowiedzi wnosić, że nie tylko przed córką padał Schulz na kolanach, ale także przed matką, gdy rozmawiali przed willą na ławeczce. I wydaje się, co sugeruje wspomnienie, że w Kudowie – być może – został zapoczątkowany cykl jego prac, w których ukazuje artysta padającego plackiem u nóg mężczyznę, z  twarzą Schulza. Ale czy to możliwe? „Księgę Bałwochwalczą" rozpoczął Schulz w 1920 r. w Drohobyczu. A skończył w 1922 r. Jeśli przyjmiemy, że w Kudowie był w 1921 r. , rzecz wydaje się prawdopodobna. Ale mogło być też inaczej. Mógł Schulz najpierw w Drohobyczu tworzyć pierwsze grafiki z postaciami drohobyckich dam, u których nóg zwija się mężczyzna z twarzą Schulza, a potem, w Kudowie i Warszawie, sam pada u nóg obu paniom, jednakże każdej oddzielnie. Tak, czy inaczej, Kudowa odegrała w tej sprawie ważną rolę.          
Bywał Schulz w Kaplicy Czaszek w Czermnej i rysował piszczele. To wiemy. Wiemy też że siedział obok dwunastoletniej p. Ireny i rysował ją. Pracował ołówkiem, piórkiem i tuszem. Robił p. Irenie i jej matce portrety. Pewnie szkicował też krajobraz, architekturę albo przygodnie spotkane  twarze. Lubił tak robić. W taki sposób zaskakiwał swoich znajomych, a przede wszystkim znajome w Drohobyczu.
Nie wiemy nic więcej o innych jego znajomościach z tego pobytu. Wiemy tylko o pani Kejlin-Mitelman, jej matce, Cecylii i tłumaczu Goethego,  panu  Arnoldzie Saecie. Z nimi na pewno się spotykał i prowadził rozmowy. Tylko nie wiemy, czy to było w tym samym czasie, czy w różnych czasach. Z pewnością inni badacze do tego dojdą. Wiemy, że  obu poznanym paniom zrobił 3 portrety. I wiemy, że ta znajomość bardzo twórczo zaowocowała w przyszłości. Bo gdy pojechał do Warszawy, jak wspominaliśmy, znowu się spotkał z paniami, odwiedził je w domu, poznał tam wielu ich przyjaciół  i malował im portrety. Czyli inspiracje kudowskie zaowocowały. Dzięki Kudowie, jego dzieła artystyczne rozprzestrzeniały się.
923 Być może, jak twierdzą  znawcy Schulza, chorobliwa nieśmiałość pisarza, kompleksy niższości oraz fobie i uprzedzenia wykreowały masochistyczny typ estetyki i erotyki w jego twórczości, w której dominuje kobieta, potężna, władcza i dumna, a mężczyzna staje się jej skromnym, uniżonym  sługą. Niewątpliwie wiązało się to z typem wyobraźni pisarza, rodzajem jego wrażliwości i skłonnościami do przerysowywania.